Książka była taką sobie zwykłą książką o ludziach, których wychowanie i pochodzenie zdeterminowało poglądy i status społeczny. Znalazły się tam jednak osoby, które poglądy zdobywali sobie bez udziału przodków i przypadkiem są one, te poglądy, takie same, jak tych „dziedzicznych”.
I ze zwykłej książki zrobił się wór, do którego nie należy wrzucać wszystkiego, jak leci, bo jak się okazuje, ale dopiero po wrzuceniu, że jest to wór obrzydliwy.
Ani pani Kurczab, ani pan Żakowski nie chce być w jednym worze z panem Lisem, ani z panią Olejnik. Wstrzącha ich takie towarzystwo do tego stopnia, że jedna postanowiła się zlustrować, a drugi postraszyć autorów wora sądem.
W relacji rodzice - dzieci sprawą zupełnie naturalną jest, że rodzice dbają o swoje dzieci od samego poczęcia aż do – jak długo się da. Zupełnie naturalnym jest, że dbają o zapewnienie bytu na poziomie posłania do jak najlepszej szkoły, załatwieniu jak najlepszej pracy. Zupełnie naturalnym jest, że rodzice przekazują dzieciom szacunek, do wartości, które sami szanują. Książka „Resortowe dzieci. media” opowiada o pewnej grupie ludzi, którzy są w ten sposób do siebie podobni, że można ich zamknąć, określić jako grupę; łączy ich - zawód wykonywany, ideologia, wartości, ideologia rodziców również. Panu Żakowskiemu, jak twierdzi brakuje tylko jednego składnika – ideologii rodziców. Wszystkie pozostałe składniki ma tożsame z owymi dziećmi. I co? Jest już „lepszy”? Może sobie obrażać pana Lisa i panią Olejnik? Nie poda ręki żadnemu „dziecku”? Nie chce z nimi być w tym obrzydliwym wspólnym worze, ale przy mikrofonie będzie skonsolidowany z nimi zasiadał.
Czy może solo będzie pluł na PiS i Macierewicza?
Swoją drogą nie wiedziałam, dopóki mi Żakowski nie uświadomił, że to towarzycho aż takie wstrętne.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)