Onegdaj, bodajże w czwartek Urban wypowiedział się jak to po 4 czerwca 1989 spawacz tak się bał, że Gorbaczow może mieć pretensje o okrągły stół, że wysłał go do Moskwy w celu uspokojenia Gorbaczowa, że niby to ogłoszono, że koniec komuny, że jakieś inne ustalenia niż do tej pory w sprawie wyborów poczyniono, ale tak naprawdę to jaruzelski trzyma rękę na pulsie, wszystko kontroluje i w zasadzie nic się nie zmieni i nadal będzie z właściwą atencją traktował ustalenia z Moskwy.
Gorbaczow widocznie przestał się interesować „bratem”, bo potraktował posłańca jak natręta, jak najszybciej zakończył wizytę, a ten po powrocie do kraju razem z Jaruzelskim popadł w konfuzję: to jak to? Nic ich nie obchodzimy? I teraz zostaniemy bez pana? To co mamy robić?
Poczuli się jak sieroty bez dyrektyw.
Nie wiem, czy to było zamierzone, niemniej w tej jednej scence Urban przedstawił obraz tchórza, który nie tylko chowa się za plecami, który nie potrafi podjąć samodzielnie żadnej decyzji, który w dodatku nie potrafi żyć bez bata.
Podobnie było w innych sytuacjach.
Podobnie było z tą jego spowiedzią. Całe życie miał obojętny stosunek do wiary, wierzył w śmierć jedną i ostateczną, a tu trach! A jak tam jednak jakiś szef jest? To co? To już się tak nie da wymigać przed sądem, jak tu. To może jednak spełnić te warunki, tym bardziej, że to 5 minut i po przedstawieniu.
I w żadne tam nawrócenie nie da się uwierzyć (ci wierzący mogą spróbować) patrząc na cały życiorys. Nie da się uwierzyć w nagle wybuchniętą miłość do Boga. Nie da się uwierzyć w wyznanie win, skoro całe swoje życie twierdził, że przeprasza „jeśli” kogoś skrzywdził. A jeśli dostał to skłamał i to jest pic i pitoleniekotka a nie spowiedź i powrót na łono.
A jeśli nie, to co?
Jak zwykle – asekuracja!


Komentarze
Pokaż komentarze (3)