Pretekstem do dzisiejszej notki jest wczorajsze, bodaj pierwsze oficjalne (!) wystąpienie z serii wyborczych p. Jarosława Kaczyńskiego. A dokładniej sposób, w jaki wypowiadal slowo „wladza”, także w kontekście zmiany barw partyjnych przez posla Antoniego Mężydlo. Chcialbym w tym miejscu zlożyć wyrazy uszanowania Staremu (dawniej też staremu) za twórcze napoczęcie tego tematu.
Otóż do tej pory wydawalo mi się, że w naszym systemie (nie podejmuję się jego dokładnego zinwentaryzowania i nazwania, bowiem w Polsce znaczenie pewnych slów, np. demokracja, nie zawsze odpowiada znaczeniu, jakie jest im przypisywane gdzie indziej) slowo „wladza” należy traktować w pewnym stopniu umownie. Wladza w Polsce, zgodnie z umownym zalożeniem, winna być wladzą przedstawicielską tzn. wybrani przez większość ogólu obywateli powinni sprawować zarząd (!) nad sprawami bieżącymi (prezydent, rząd) oraz zajmować się także myśleniem o przyszłości (parlament czyli stanowienie prawa, co niekoniecznie musi być jednoznaczne z wladzą). Kontrolę nad sprawowaniem zarządu oraz egzekwowaniem mają różnego rodzaju sądy.
Wracając do wczorajszego wystąpienia p. J. Kaczyńskiego. Zaczęlo się od sformulowania, które jeszcze jestem w stanie przyjąć, biorąc pod uwagę rodzaj partii oraz sposób, w jaki się nią zarządza: oto p. Jarosław Kaczyński stwoerdzil, iż tylko jemu (!) p.Mężydlo zawdzięcza, że był tak, a nie inaczej traktowany przez PiS, bo jego koledzy mieli dużo zastrzeżeń, co do jego sposobu zachowania (nie jest to dokladny cytat, ale taki był mniej więcej tenor tego wystapienia). Gorzej już było ze slowem „wladza” a właściwie z jego brzmieniem, gdy p. Kaczyńskiemu chodzilo o Polskę czyli państwo. Otóż wygląda na to, że p. Kaczyński (a razem z nim PiS, a tym samym jego zwolennicy) uważa wladzę za jednoosobowe dzialanie wyposażone w atrybut boskości, czyli władzę absolutną. W trakcie jej sprawowania nie powinno być mowy o delegacji społecznej (oczywiście poza wyborami, ale tylko tyle), kontroli przez inne, prawem do tego powolane instytucje, czy – nie daj Boże – referenda, które mogą jedynie dezorganizować „dzialania rządu” (tzw. odzyskiwanie poszczególnych obszarów nie tyle dla wlasnych ludzi, ile na realizację jedynie słusznych koncepcji, które z kolei są składnikami idei wyglaszanych tak naprawdę przez jednego tylko człowieka).
Jak zdobyć wladzę, czyli jak sprzedać produkt, w jakim opakowaniu? Sposób przekształcenia pochodzącej z wyboru delegacji do zarządzania (i innych funkcji) we wladzę absolutną jest procesem powyborczym, a więc nim się tu nie będę zajmowal. Natomiast w procesie przedwyborczym należy w zasadzie robić to, co robi p. Kaczyński i kierowany przez niego PiS. Tylko tyle i aż tyle. Nie wiem, czy metody oraz sposób realizacji są pomyslu p. Kaczyńskiego, Bielana czy Kamińskiego (p. Ziobro raczej nie, bo ten jest zajęty już podgryzaniem kolegów w perspektywie procesu dziedziczenia). Jeśli nawet nie, to dobrze o nich świadczy wybór firmy politycznego PR, która się podjęla wykonania tego zadania, i to bodaj po raz drugi (typuję Francuzów – są bardzo cyniczni, aczkolwiek pewne zapożyczenia z kampani amerykańskich mogą wskazywać na firmę z USA, sprzedającą nieco przeleżaly w magazynach amerykańskich, ale ciągle nadający się do sprzedaży w Polsce towar). Nawiasem mówiąc nieodparcie przychodzi mi na myśl slogan reklamowy Forda: „Możesz mieć samochód w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny (zbieżnośc koloru przypadkowa). Któż nie chciałby mieć samochodu, a że technologia niemal XIX-wieczna? Coż, nie można mieć wszystkiego na raz. Nie pamiętam też, w jaki sposób reklamowano volkswagena, aż tak stary nie jestem.
Opakowanie, w jaki proponuje się nam towar przez jedynego aktualnie sprzedawcę, jest trzeba przyznać efektowne: kolorowe (gdzie trzeba czarno-biale, by nie epatować rozrzutnością), napisy na nim duże, wyraźną czcionką, bez wydziwiań, za to jednoznaczne (przynajmniej z pozoru). Nikt się nie pomyli co do przeslania, które trafia do PT publiczności latwo i przyjemnie (choć w efekcie nie dla wszystkich).
Co do samej zawartości opakowania, to trudno się wyrazić, jako że sprawdzanie jakości (i prawdziwości tego rodzaju) towaru dokonuje się w zasadzie gdzieś po 3 – 3,5 roku używania. Tym razem udaje się (i słusznie) zwalić winę na sąsiadów (w szerokim tego slowa znaczeniu), którzy robili wszystko i wszelkimi dostępnymi metodami, by nam produkcję i ostateczną dostawę towaru utrudnić lub wręcz uniemożliwić. Tym samym utrudniono konsumpcję szerokiej rzeszy klientów, którzy zakupu dokonali 2 lata temu.
Lącząc treści zawarte w pierwszych i kolejnych akapitach dochodzę do wniosku, że towar proponowany na sprzedaż niekoniecznie odpowiada temu, jaki chcemy kupić (a przynajmniej nie odpowiada części z potencjalnych nabywców). Wychodzi bowiem na to, że kupić możemy (w przypadku tego producenta) produkt-wladzę, która co prawda całkowicie odpowiada sprzedającemu, ale nam, a przynajmniej części kupujących, już nie bardzo. Na dokładkę towar jest tak opakowany (ilość kolejnych warstw papieru, tektury, nie mówiąc już o styropianie, jest wręcz nieprawdopodobna), że rozpakowany ostatecznie będzie dopiero za lat kilka. I wtedy może dojść do niespodzianki. Może się bowiem okazać, że sprzedawano nam jeden rodzaj towaru, a sprzedano inny. Winny – przynajmniej w Polsce – może być tylko jeden, mianowicie nabywca, a to z różnych przyczyn: nie miał za bardzo czasu, nie dopytal,(a sprzedawca skrzętnie ukryl wady – pokażcie mi sprzedawce, który zachowalby się inaczej!, nie mówiąc już o kelnerach z politowaniem patrzących na konsumentów pytających, czy dana potrawa jest świeża, dobra etc.), zapomniał o podbiciu gwarancji, a wreszcie – zapłacił, ale z roztargnienia nie odebral, bo śpieszyl się na samolot do Wielkiej Brytani czy Irlandii.
Co do innych rodzajów i gatunku towarów nie będę się wypowiadal, jako że do niektórych sklepów z zasady nie chodzę, a inne mają zbyt slabych sprzedawców, względnie nie rozpoczęli kampanii reklamowych, nie mówiąc już o produktach, które być może w ogóle nie istnieją.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)