Maly przyczynek do dyskusji o polityce zagranicznej Polski, jaka – mam nadzieję – rozwinie się na blogu Rzeczpospolita Poprawiona
Przyrównanie naszego kraju do brzydkiej panny podczas balu (kiedy to wszyscy starają się skoligacić swe rodziny – glównie poprzez panny na wydaniu – z innymi, potężniejszymi i bogatszymi rodami), stalo się od pewnego czasu kamieniem obrazy dla reprezentantów jednej z linii postępowania w polityce zagranicznej Polski. Przez reprezentantów drugiej określenie to uznane zostalo za rodzaj swoistego pragmatyzmu w tejże polityce.
Zanim jednakże zacznę się, niczym Stańczyk (to ten od medycyny, błazeństw i wiedzy wszelakiej) zastanawiać, która z tych koncepcji jest bardziej sluszna, proponuję pewien zabieg, jakim dość rzadko posługują się dyskutanci. Odejdźmy mianowicie od argumentów typu „co nam się należy” i „kto nam co zawdzięcza, bo my opoką cywilizacji” etc. i spróbujmy, przynajmniej bardzo pobieżnie, zobaczyć co się to od pewnego czasu na arenie światowej polityki dzieje, a także z tamtej – ich – perspektywy, spojrzeć na nasz kraj.
Polityka międzynarodowa jest pochodną sytuacji gospodarczej na świecie. To truizm, ale dość często zapominany i zastępowany argumentami opartymi na emocjach. Otóż wieloletni, dwubiegunowy, podzial świata sprzed lat bez mala dwudziestu odszedł już w zapomnienie, aczkolwiek naszym ekspertom (glównie tym bardziej pamiętliwym) nadal wydaje się być prawdziwy, przynajmniej po części. USA sprzed lat dwudziestu i ówczesne ZSRR, a potem Rosja, to już dziś naprawdę nie te same kraje (choć niekiedy mogą sprawiać takie wrażenie) i nie do końca takie same cele mają przed sobą. Na dodatek do grona krajów rzeczywiście będących mocarstwami (USA, Rosja i Chiny) dołączyło kolejne – Indie, za którymi czai się trochę w ostatnich latach oslabiona Japonia, która z roli mocarstwa przechodzi zwolna na bardziej uleglą pozycję sprzymierzeńca USA w grze wobec Chin; chociaż jej przewaga technologiczna w wielu dziedzinach wyrównuje negatywne skutki kryzysów polityczno-gospodarczych, z jakimi ten kraj miał do czynienia. Ale ta przewaga może nie być wieczna, o czym świadczą np. zdecydowane sukcesy gospodarcze Tajlandii, Malezji, Tajwanu czy innych krajów tego regionu.
Oczywiście pozycja Rosji w tym mocarstwowym towarzystwie wydaje się aktualnie najslabsza, ale ten kraj robi wszystko, by ta sytuacja nie trwala zbyt dlugo. I jak możemy zaobserwować, robi to dość skutecznie. Widać to choćby po zrównoważonych wpływach lobby wojskowego na politykę międzynarodową tych krajów, a wojskowi, jak wiadomo, są najlepszymi zleceniodawcami dla przemyslu, itd., itd. Kiedy trzeba, to straszą swoje parlamenty, te zaś z kolei, kiedy trzeba, to przyznają odpowiednie kwoty na zmianę czy rozwój uzbrojenia, urządzeń „obronnych” itp. Nie widać natomiast zdecydowanej wrogości wobec siebie, wyrażanej przez wladze poszczególnych mocarstw. Znaleziono bowiem króliczka, którego można dlugo gonić, a którym także skutecznie straszyć się będzie wszystkich parlamentarzystów tego świata.
Wydawać by się moglo, że w tym towarzystwie jest także miejsce dla państw europejskich. I tak i nie. Otóż, moim zdaniem, jedynym państwem zdolnym walczyć o miejsce wśród wymienionych mocarstw jest Unia Europejska czyli państwo, którego nie ma. Na miejsce bowiem wśród mocarstw nie mają co liczyć Niemcy, Francuzi, Wielka Brytania, czy Wlochy, a to ze względu na brak surowców, niski od pewnego czasu przyrost PKB, napływ imigrantów z krajów pozaeuropejskich (brak wlasnej sily roboczej), stagnacja (choć np. Niemcy przez pewien czas woleli używać slowa „stabilizacja”) rozwoju gospodarczego, relatywnie niska liczba ludności, czy wreszcie malo efektywna polityka spoleczna wewnątrz kraju. Światowa stolica finansów w Londynie, przy dzisiejszym rozwoju technologii informatycznych, dość szybko może być przeniesiona tam, gdzie rzeczywiście od dłuższego czasu funkcjonuje czyli do przestrzeni wirtualnej. Zaś wspaniale budynki londyńskiego City staną się kolejnymi zabytkami, tlumnie odwiedzanymi przez turystów. Takimi zabytkami staną się także nasi dyrektorzy w postaci choćby p. Marcinkiewicza, o naszym salonowym p. Kismecie nie wspominając. Ich rolę przejmą momentalnie (choć nie wiadomo czy już nie przejęli) panowie z Delhi, Bombaju, Szanghaju czy np. z przedmieść któregoś z miast na Tajwanie czy w Malezji. Na Bliskim Wschodzie buduje się też coraz wspanialsze, wyższe budynki, a nawet sztuczne wyspy w kształcie palmy.
W miarę silna pozycja NATO tylko zaklóca obraz Unii Europejskiej. Widać to szczególnie od czasu eskalacji terroryzmu światowego i walki z nim. Tak naprawdę do działań natychmiastowych, w odpowiedniej skali, zdolni są aktualnie tylko Amerykanie. Gonią ich Rosjanie, czego dowodem niedawne ćwiczenie antyterrorystyczne (powiedzmy że taki był główny cel tych zajęć terenowych) z udzialem sil specjalnych glównie z Rosji, Chin i Indii, podczas których zgromadzono 25 tysięcy żołnierzy oraz odpowiednią ilość sprzętu w dość szybkim czasie. Jeśli więc z jakichś powodów NATO przestanie być USA potrzebne, sila i możliwości tego związku spadną tak naprawdę w pobliże zera - NATO stanie się sojuszem obronnym na bardzo ograniczonym terenie, na dodatek sojuszem malo mobilnym i między stale spierającymi się partnerami.
Jedną z koncepcji wprowadzenia Unii Europejskiej do grona mocarstw jest przeprowadzana aktualnie dość mechaniczna próba utworzenia z niej swego rodzaju ersatzu państwa ponadnarodowego (niektórzy nazywają go eurokolchozem). Próba z dość niklymi elementami dokonania zmian mentalnych, bez których cala ta operacja zakończy się raczej fiaskiem. Czym się to może skończyć w Europie, bez tych zmian w mentalności, wiemy z doświadczeń ostatnich dwóch wojen światowych. Wtedy bowiem też próbowano stworzyć mocarstwo, tyle że oparte na wiodącej roli jednego z państw. Tym razem inżynierowie tego projektu starają się osiągnąć swój cel poprzez stworzenie konsensusu pomiędzy 27. państwami o różnym poziomie rozwoju gospodarczego, różnej liczbie ludności, i w końcu o zróżnicowanej mentalności oraz determinacji, o narodowej zgodzie na cel ostateczny nie wspominając.
Z gospodarczego punktu widzenia (a ten jest, jak wiadomo, podstawowym, jeśli idzie o politykę międzynarodową) jest to w zasadzie ostatni dzwonek dla Unii Europejskiej jako tworu zbiorowego. O roli poszczególnych państw Europy, po przeniesieniu centrum polityki międzynarodowej i gospodarczej na Daleki lub Bliski Wschód czy do USA, raczej nie trzeba pisać, bo będzie ona raczej mikra. Sama wymiana ludności między nowymi a starymi członkami Unii sprawy nie zalatwia, a nawet ją pogarsza. Malo kto pamięta taką migrację, tyle że na dużo mniejszą skalę, z początków lat 70-tych: mlodzi Austriacy emigrowali do Niemiec w poszukiwaniu lepszych warunków pracy i życia. Z kolei Niemcy wyjeżdżali do Afryki Południowej, Kanady, USA czy Australii. Byli to glównie przedstawiciele średniej kadry technicznej. W sumie było ich wszystkich kilkaset tysięcy. Pozostala, etablowana klasa średnia Unii, stala się potem hamulcowym jej rozwoju. Jej przedstawicielom było już tak dobrze, że właściwie lepiej być nie moglo. Ci z niższej klasy też nie chcieli być gorsi, pomagali im w tym przedstawiciele związków zawodowych i politycy. Wtedy Niemców uratowali emigranci zarobkowi z krajów najpierw aktualnej, a potem bylej Jugosławii, Turcji, Portugalii. Ale i oni po pewnym czasie etablowali się w socjalnych systemach krajów Starej Europy.
Pod koniec lat 50-tych XX wieku do Starej Europy napłynęła pierwsza fala imigrantów spoza Europy, z krajów arabskich. Najpierw do Francji, z przyczyn sentymentalno-historyczno-politycznych. Minęly kolejne lata. Emigracyjny ruch wewnątrz Unii osłabł czy chwilami zamieral na czas jakiś, by ożywić się po wejściu do UE Polski.
Jednak już niebawem może dojść do kolejnej próby kolonizacji naszego kontynentu z zewnątrz. Pierwsza z nich, jak napisałem powyżej, trwa już bowiem od pewnego czasu: obywatele krajów arabskich czy muzułmańskich znaleźli się w wielkiej liczbie we Francji, Wielkiej Brytanii (gdzie dolączyli do Hindusów), Federalnej Republice Niemiec czy we Włoszech oraz Hiszpanii.
Tym razem kolej na Chińczyków. Kto wie, czy pierwszym objawem tego przemieszczania się ludności chińskiej nie będzie pomoc Państwa Środka dla Polski w przygotowaniu Mistrzostw Europy w pilce nożnej. Pamiętamy zazwyczaj, że Chiny są gigantycznym rynkiem zbytu, zapominając przy tym trochę o tym, że one też coś produkują i chcialyby te swoje towary gdzieś sprzedać, najlepiej za granicą. I nie są to tylko tenisówki czy zabawki dla dzieci i dorosłych. Pierwsze chińskie samochody, może i nieco toporne, mialy już swoja premierę w EU. Ciąg dalszy nastąpi. I to niebawem. Robotnicy chińscy – ze względu na swą taniość – zapewne nie będą wracali do siebie, tylko znajdą pracę u sąsiadów. Ściągną też rodziny. Kupować będą towary raczej tańsze, a te produkowane są w Chinach, bo przecież nie w Europie. By z nimi konkurować, trzeba będzie obniżać koszty produkcji, czyli m.in. sprowadzać nową, tańszą, a sprawną silę roboczą. O problemach z innym spojrzeniem czy sposobem pojmowania cywilizacji nie będę wspominal. Aby pojąć mentalność Chińczyków czy Hindusów trzeba, by cywilizacja lacińska miala choć w przybliżeniu tyle lat, co tamte.
Wtedy też pojawią się klopoty z rodzimą silą roboczą, związkami zawodowymi, populistycznymi i nacjonalistycznymi politykami.. Młodym Europejczykom pozostanie emigracja. Emigracja tam, gdzie będą pracownikami lepiej wykształconymi, choć może niekoniecznie tańszymi. Czyli gdzie? Chciałbym w tym miejscu nadmienić, że konstatuję jedynie fakty i zjawiska, przewidując możliwe kierunku rozwoju (choć nie pretenduję do roli eksperta, a jedynie Stańczyka), ich ocenę pozostawiając Szanownym Komentatorom.
Rosnącym apetytom Chin i Indii, a także znajdującej się w dość trudnej sytuacji Unii Europejskiej, przypatrują się z uwagą Rosjanie, robiąc wszystko, by do czasu osiągnięcia odpowiedniego poziomu rozwoju gospodarczego swojego kraju, relacje między pozostałymi uczestnikami tej gry w szachy były dość niejednoznaczne i w miarę niestabilne. Mają w tym na dodatek niezle doświadczenie, dużo surowców i odpowiednie polożenie geograficzne. Wszyscy uczestnicy tej partii szachów mają, w przeciwieństwie do Unii Europejskiej, dość jednolity sklad ludnościowy i niezbyt demokratyczny (poza USA) system polityki wewnętrznej.
Co może zrobić Unia Europejska, by zdobyć upragnione (i między nami mówiąc – konieczne) miejsce wśród mocarstw światowych? Ano może zrobić to, co robi, czyli przeprowadzić próbę utworzenia parapaństwa ponadnarodowego, prowadzącego jednolitą politykę gospodarczą i międzynarodową. Tyle, że w przeciwieństwie do wymienionych przeze mnie prawdziwych mocarstw (USA, Chiny, Indie, Rosja), żadne z państw europejskich tak naprawdę nie ma doświadczenia w tej materii, bo o roli światowego mocarstwa, jaką kiedyś pełniła Wielka Brytania można już w aktualnej sytuacji spokojnie zapomnieć: nie te czasy, nie ci ludzie, nie te uwarunkowania, nie te pieniądze. Podobnie w przypadku Francji czy Niemiec. Na dodatek, o czym wspominal obszernie i rzeczowo nader w jednym ze swych tekstów p. Witold Sokala, unijne próby doszlusowania do grona rzeczywistych mocarstw, napotykać będą raczej na przeszkody niż na poparcie ze strony tychże. Przeszkody polegające na utrudnianiu realizacji tego celu zarówno na plaszczynie gospodarczej (lepiej by pewne klopoty mieli inni niż my, chociaż z punktu widzenia globalnego, to trochę krótkowzroczne), jak i politycznych (podobne zastrzeżenie jak obok). A przeszkody można stawiać różne i różnie; na przykład Causescu upadl na skutek działań tajnych służb amerykańskich, które do tego celu wykorzystaly Francuzów. Całość operacji trwala dość krótko, bodaj niecaly rok.
A co ma zrobić Polska? Cóż, jesteśmy zbyt mali, by mieć wpływ na grę prowadzoną przez mocarstwa na szachownicy świata. Jesteśmy jednakże zbyt duzi w Europie, by nas nie zauważono. Na dodatek to polożenie geograficzne: ciągle się ktoś o nas potyka, albo komuś przeszkadzamy; aczkolwiek ostatnio udowadnia się nam, że równie latwo jest na przykład zaopatrywanie Europy Zachodniej w pewne surowce drogą przez południe Europy, lub też omijając nas na północy. Samodzielne szukanie przez nas partnerów do tej gry na innych półkulach przypomina próby wygrania czegoś w Lidze Mistrzów w pilce nożnej przez nasze kluby (że poslużę się tym przyziemnym przykładem); ze względów gospodarczych/logistycznych dzialanie takie nie wróży większych sukcesów (wspomniałem o tym powyżej w przypadku tzw. sil szybkiego reagowania). Próba stworzenie tzw. mocarstwa regionalnego, ulubionej koncepcji niektórych naszych polityków, też raczej spali na panewce, bo kilku malo majętnych (za to o dużych ambicjach) raczej nie stworzy silnego partnera dla dużych potentatów.
I tu powróciłbym do określenia Pana Bartoszewskiego czyli wspomnianej „brzydkiej panny bez posagu”. Rzeczywiście, piękni w tym względzie to my raczej nie jesteśmy (mówię o obrazie z zewnątrz, a nie naszym subiektywnym odczuciu), z majątkiem też u nas nie za bardzo. Za to, co do pretensji czy ambicji, na pewno mieścimy się w czolówce, jeśli nie światowej, to na pewno europejskiej. Tyle, że tam tlok w tej dyscyplinie. Jakoś tak jest, że na balach pretendentek więcej jest tych brzydkich niż pięknych. Tupanie nóżką przez brzydką pannę i wymuszanie należnych jej (?) komplementów czy względów jest widokiem smutnym, jeśli nie żenującym dla potencjalnych partnerów. Z kolei zwieszanie nosa i czekanie na to, co przyniesie los, kończy się zazwyczaj sianiem rutki, która to roślina do energetycznych chyba nie należy, a wyciągu z niej raczej nie da się zastosować do produkcji biopaliw.
Jest jednakże pewna cecha, która pozwala brzydkim pannom, przynajmniej niektórym, bardziej optymistycznie spojrzeć w przyszłość. Tą cechą jest mianowicie spryt. Ten spryt to znaczy dobra orientacja na rynku perspektywicznych malżeństw (lub nawet zamierzonych, ale skutecznych mezaliansów), szukanie sprzymierzeńców w najdrobniejszych choćby sprawach, a nie przeciwników w sprawach wielkich, umiejętność dawania drobnych prezentów dużym (drobne prezenty umacniają przyjaźń, bo przecież na duże nas nie stać), by zyskać potem maly prezent od dużego, który dla nas może okazać się być jednak calkiem dużym prezentem. Jeśli jeszcze przy tym owa brzydka, a sprytna panna cechować się będzie wesołym, ujmującym charakterem, to przy dzisiejszych osiągnięciach przemyslu kosmetycznego okazać się może, iż ta brzydka panna stanie się duszą towarzystwa. A wtedy wszyscy ją będą chętnie zapraszać na bale, a może także i do gry w szachy. A jak wiadomo sprytne osoby o optymistycznym uosobieniu, statystycznie rzecz biorąc (oczywiście mowa o statystyce przypadków medycznych) o wiele częściej niż tetrycy czy żolądkowcy dożywają późnego wieku. Poza tym piękne panny z czasem brzydną, a ich mężowie - dziwnym trafem - coraz częściej wtedy zaczynają wychodzić z domu na dlugie godziny.
Lorenzo


Komentarze
Pokaż komentarze (27)