Pisałem już w komentarzu u marudy Leszka z Sopotu, że nie interesują mnie politycy i ich partie, tylko idee i wizje jakie jeden z drugim wrzuca w publiczny obieg, a one raz wrzucone niestety pozostają na łasce i niełasce naszych mediów i dziennikarzy. Na szczęście dzięki internetowi oraz internautom również te niezauważone lub celowo pomijane sensowe wizje czy tylko spostrzeżenia mają szansę się przebić i zaistnieć. Tym bardziej jeśli zostaną przez kogoś dostrzeżone i dalej rozpropagowane. I oczywiście nie chodzi mi tutaj o komentowanie jakiejś wypowiedzi pani Olejnik przy Środzie, czy kolejnego lapsusa Bronka przy sobocie.
Jak już z pewnością niektórzy się domyślają pragnę właśnie rozpropagować myśl genialnie prostą i dźwięczną jak struna, którą wyartykułowała była szefowa MSZ pani Anna Fotyga, podsumowując aktualną sytuację międzynarodową i dzieląc się z nami wnioskami z niej wynikającymi dla Polski i naszych polskich interesów, ze szczególnym uwzględnieniem naszej sytuacji geopolitycznej, czyli bezpośredniego sąsiedztwa Rosji i Niemiec, cytuję:
"Nasz problem polega jednak na tym, że żaden postsowiecki cykl się nie zakończył. Zakończyła się tylko koniunktura międzynarodowa dla naszego regionu. Musimy z wielką pieczołowitością, wręcz chirurgicznie "preparować" nasze interesy. Bardziej niż kiedykolwiek przedtem są one wspólne dla nowych państw Europy Środkowej i Wschodniej. Bo jedynymi naturalnie "zainteresowanymi" nami są Niemcy i Rosja. Musimy wyrwać się z tego kręgu, tworząc napięcia i obszary interesów w relacjach neutralizujących te dominujące".
całość tutaj: A. Fotyga o Afryce Północnej i Obwodzie Królewieckim
To prawda, co twierdzi pani Fotyga, prawda dla Polski niejako uniwersalna, już od wieków. Okazuje się jednak, że trzeba o niej pamiętać i przypominać zwłaszcza obecnie A.D. 2011 w czasach trudnych dla Polski. Tym bardziej, że Polską rządzi aktualnie ekipa, która tej prawdy nie zna, a tym samym nie stosuje w swoich poczynaniach na arenie zarówno krajowej jak i międzynarodowej. Woli się łasić a to do władz w Berlinie, a to do władz w Moskwie. Doskonale pamiętamy czym taki klientelizm kończy się dla naszej Najświętszej Rzeczpospolitej.
Dziękuje za uwagę
post scriptum
Ponieważ nie ma szans na owocną dyskusję pod tą notką, dorzucę jeszcze kilka uwag, które "chodzą mi po głowie".
Rzecz jasna wypowiedź pani Fotygi rodzi automatycznie pytanie w jaki sposób "wyrwać się" z tego piekielnego kręgu i wybić na niezależność. Zadanie to, jak pamiętamy z historii, nie jest łatwe, gdyż w przeszłości okresy błogiego sobiepaństwa zawdzięczaliśmy w dużej mierze temu, że nasi najwięksi sąsiedzi byli zajęci sobą. Natomiast pierepałki się zaczynały, gdy już jedno z nich urosło na sile, a robiło się zupełnie dla nas nieciekawie, gdy dwaj sąsiedzi poczuli się mocarstwem pełną gębą.
Od niedawna zarówno Niemcy, uporawszy się z transformacją byłej NRD, jak i Rosja pod rządami Putina zaczynają mieć coraz większe pretensje do wpływania na politykę przede wszystkim Europy, a w tym także Unii Europejskiej. Niestety po katastrofie smoleńskiej, a zwłaszcza po sposobie jej potraktowania przez polską stronę rządową, nasza pozycja zarówno w UE, jak i w NATO uległa wyraźnemu osłabieniu. Co zawdzięczamy w głównej mierze totalnemu niezgulstwu rządzącej ekipy, chociaż nie wykluczam także celowego działania na niekorzyść naszego kraju. W tej sytuacji wybicie się na całkowitą niezależność i prowadzenie samodzielnej polityki zagranicznej będzie szalenie trudne. Wszak sztuka dyplomacji zna jednak wiele skutecznych sposobów działania i sądzę, że umiejętnie będziemy potrafili z nich skorzystać, ale chyba dopiero po zmianie ekipy rządzącej.
Tutaj chciałbym podzielić się tylko jednym moim spostrzeżeniem na temat tego jak zachodni politycy układają sobie stosunki z obecnymi władzami w Rosji, a wcześniej w ZSRR.
Dyplomacja to gra, która polega na przestawianiu figur w odpowiedniej kolejności i częstotliwości, przy pełnym wykorzystaniu lub totalnym pominięciu mediów, traktowanych tak jak na to zasługują, czyli instrumentalnie. Dyplomacja potrzebuje tworzyć zależności oraz napięcia między figurami, które są w grze, po to, aby następnie te napięcia łagodzić przy pomocy rozmów i negocjacji, a przy okazji coś ugrać i załatwić dla swojego kraju (albo kumpli ;-) Pamiętam jak mnie irytowali swego czasu francuscy politycy i politolodzy stale doszukujący się we władzach ZSRR tzw. reformatorów na których stawiali, dając dyskretnie do zrozumienia, że co najmniej budzą ich sympatię. Z czasem wreszcie zrozumiałem, że to jest głównie tylko taka gra obliczona na rozbicie jedności w szeregach politycznego przeciwnika.
Obecnie, jak już chyba wszyscy zauważyli, politycy świata zachodniego wyraźnie stawiają na prezydenta Miedwiediewa, którego zachodnie media wręcz kreują na demokratę i reformatora, co może się nam Polakom wydawać lekką przesadą, ale mniejsza o to. Tym bardziej, że to jest oczywiście ściema, ale ściema, która ma służyć dobrej sprawie, to znaczy głównie interesom świata zachodniego. Zgodzę się, że można się obruszyć na ten cynizm, ale tak to w dyplomacji się dzieje i nic na to nie poradzimy. Natomiast możemy do tej gry się przyłączyć. To znaczy nasze oddane Polsce służby dyplomatyczne przez zacieśnienie współpracy z naszymi partnerami w UE czy z NATO. Dopiero biorąc czynny udział w tej dypolmatycznej grze możemy próbować z jednej strony na nią wpływać, a z drugiej strony przepchnąć i załatwić coś witalnego dla naszego kraju i społeczeństwa, coś co wzmocni nas gospodarczo, a tym samym wzmocni, czy raczej przywróci nam naszą niezależność, czyli podmiotowość.
Tyle.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)