Wielkie halo się zrobiło, bo Rosomak ponoć nie nadaje się do Afganistanu, jak twierdzi mądry pułkownik. Trzeba było nie brać, przecież KTO nie miał być chyba zabawką na pokazy dla VIPów. Ale poważnie. Sprzęt wojskowy jest niełatwy do projektowania i wykonania. Rosomak zaś jest konstrukcją tyleż nowoczesną, co po prostu nową i naturalne jest, że cierpi na choroby wieku dziecięcego. Nie wszystko da się sprawdzić na próbach, nie od razu wychodzą pewne wady konstrukcji. A tych już było sporo, jak choćby słynna przez artykuły w GW sprawa pływalności wozu. Wszystko okazuje się dopiero w praniu, a to pranie dla bojowego wozu piechoty oznacza po prostu - wojnę...
Nie jest jednak Rosomak polskim wyjątkiem. Brytyjczycy mają całą litanię zastrzeżeń do ich sprzętu, a chyba nie postawimy wiele na to, że mniej dbają o swoich chłopców, mają mniejszy budżet obronny i mniejsze doświadczenie bojowe. Mało tego, Amerykanie do dziś nie wiedzą co to było, co przebiło na wylot pancerz Abramsa w Iraku w 2003 roku. Na wojnie tak bywa, że zdarzają się dziwne rzeczy.
Teraz wniosek: Rosomak i inne tego typu zabawki są dla dużych chłopców. Nie ma innego sposobu na sprawdzenie, czy nadaje się na wojnę, niż wysłanie go tam. Przykro mi, ale żaden raport MON tego nie zmieni - ani lament wszystkowiedzących mediów. Dobranoc.


Komentarze
Pokaż komentarze