Crazy Diamond Crazy Diamond
15
BLOG

Z 11 na 10, czyli awans

Crazy Diamond Crazy Diamond Polityka Obserwuj notkę 2

Gburliwy Szkot, protestant Gordon Brown po 13 latach mieszkania pod nr 11 przeniósł się numer w dół Downing Street i jest od dzisiejszego popołudnia premierem Zjednoczonego Królestwa. Zastąpił na tym stanowisku "znanego i lubianego" Anglika, niemal katolika, Anthony'ego Blaira. Jedno z głupszych pytań, jakie można zadać w tej sytuacji, brzmi: co z tego wynika dla Polski?

A wynikaż może kilka rzeczy, oczywiście nie wprost.

Po pierwsze Brown uchodzi za zatwardziałego przeciwnika federalizmu europejskiego i wspólnej polityki ekonomicznej, w tym Unii Walutowej. To przez niego i jego politycznych stronników, nader silnych nawet w Partii Pracy, Blair nigdy nie wypowiedział się za wprowadzeniem euro w Wielkiej Brytanii, mimo że sam był tego zwolennikiem. 5 ekonomicznych testów, jakie wprowadził Brown okazało się de facto blokadami na tyle silnymi, że w Londynie o euro nikt dziś na poważnie nie myśli. Eurosceptycyzm Browna może mieć pośrednio konsekwencje dla Polski. Wielka Brytania oczywiście nie zniknie z unijnej sceny, ba, może być na niej bardziej aktywna, ale w kierunkach innych, niż tradycyjnie promowane przez Warszawę. Brown z pewnością zabiegał będzie o pomoc rozwojową dla Afryki, rozwój relacji z południową Azją i poszukiwanie dialogu z Ameryką Południową. Ukraina nie jest jego priorytetem, problemy energetyczne Polski są mu odległe a kłótnia handlowa z Rosją niezrozumiała. Jeśli może trzymać stronę Warszawy, to w relacjach z Niemcami, których jak całej starej Unii, nie darzy zbytnim zaufaniem.

Po drugie, Brown jest znacznie bardziej amerykosceptyczny. To nie oznacza, że wycofa wojska z Iraku czy Afganistanu, ale z pewnością będzie mniej chętny jakimś kolejnym operacjom tego typu. Ameryka ma w nim nadal sojusznika, ale raczej nie pudla, a wiernego buldoga, który ma swoje zdanie. To zaś oznacza, że raczej nie mająca w tych sprawach swojego zdania Polska jest na słabszej pozycji wobec USA.

Po trzecie, Brown jest introwertykiem i to w dwóch znaczeniach. Daleko mu do blairowskiej fanfaronady, ale także woli skupiać się na polityce wewnętrznej niż zagranicznej. Bliższe mu są problemy szkockiego zadupia niż londyńskiego City. To znaczy, że będzie dbał o dobrobyt Brytyjczyków przede wszystkim, a dopiero później reszty społeczeństwa, w tym napływowych Polaków. Nie podniesie im zapewne podatków, o ile nie będzie tego wymagał interes kraju, ale zapewne nie zrobi niczego, co mogłoby zdenerwować związkowe zaplecze Labour Party. A związkowcom Polacy napsuli już trochę krwi.

Pisać można by jeszcze wiele, ale chociażby z powyższego wynika, że awans na Downing Street nie jest dla Polski całkiem korzystny. Nawet jeśli Gordon Brown nie zdaje sobie z tego sprawy...

Najlepsze życzenia dla pozostałych

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka