Zwolennicy PiS, wybaczcie ten wpis, który znów możecie odebrać jako "anty". Chodzi mi o wystąpienie prezydenta RP w sali Senatu RP. Zaraz wyjaśnię, dlaczego piszę, że w sali a nie w Senacie.
Ale najpierw o wystąpieniu. Jeśli patrzeć na sam tekst, w większości poświęcone historii - taki pobieżny wykładzik o genezie Senatu, przebiegnięcie się po inicjatywach jego likwidacji i konkluzja, że tam gdzie wolna RP, tam i Senat. UWAGA! Panu prezydentowi przeszła przez gardło III RP, ale nie wspomniał o IV. Może uznał, że tej nigdy nie było i nie będzie?
W części poświęconej współczesności banały o doniosłej roli Senatu w procesie legislacyjnym. Nieszczęsne sformułowanie "izba refleksji", nie do końca dające się potwierdzić sformułowania o tym, że Senat wyłapuje błędy legislacyjne Sejmu. Nieprawdy albo życzeniowe półprawdy o ostrości sporów, rzekomo mniejszej niż w Sejmie (vide Niesiołowski-Putra). Ale wskazanie na Romaszewskiego jako nestora senatorów wolnej Polski. Miłe, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak niedawno Kaczyński i Romaszewski różnili się w kwestii lustracji. Może jednak Lech też wybacza? A nie jest jak Legia...
No i w końcu: gdzie przemawiał prezydent? W Senacie - instytucji już działającej, czy w pomieszczeniu będącym miejscem urzędowania członków tej instytucji? Bo marszałek-senior Bender dopiero po przemówieniu prezydenta otworzył Senat VII kadencji...
Nie ma Lech Kaczyński dobrych speech-writerów. Albo z ich pomocy nie korzysta. Teatralne spotkanie z odchodzącym premierem w Pałacu nie zastąpi przemówienia na inauguracji nowego parlamentu. Historyczny wykładzik w kameralnym Senacie nie zastąpi przemówienia jedynego aktywnego politycznego lidera odsuniętej formacji w izbie poselskiej. Jutro mowę tronową premiera Gordona Browna wygłosi w Izbie Gmin królowa Elżbieta II. Słuchać i uczyć się!


Komentarze
Pokaż komentarze