Peter Garrett, niegdyś leader i wokalista grupy Midnight Oil, został nowym australijskim ministrem ds. zmian klimatu, środowiska, dziedzictwa i sztuki. Połączenie resortów osobliwe, ale w australijskich warunkach symboliczne. Połączenie tej kombinacji z osobą Garreta jeszcze bardziej symboliczne.
Garrett to taki Bono z antypodów. Jeśli Irlandczyk mówi raczej o wierze, porozumieniu i szacunku - Australijczyk o prawach Aborygenów, wielorybów i mieszkańców wysp Pacyfiku, którym naprawdę zagraża globalne ocieplenie. Politykę z muzyką łączył od dawna, choć nie z tak wielkim sukcesem komercyjnym jak U2 i Bob Geldof. Sukces polityczny odniósł niewątpliwy. W poprzedniej kadencji zasiadł w federalnej Izbie Reprezentantów i został członkiem gabinetu cieni, od razu specjalizując się w dziedzinie, o której napisał swój największy hit. Kiedy lewica wygrała ostatnie wybory, premier-elekt Kevin Rudd nie czekał długo z nominacją.
The time has come... Przebój sprzed 19 lat wtedy mógł być manifestem zielonych, dzisiaj staje się mottem polityki liczącego się kraju świata, walczącego o pozycję lidera Południowej Półkuli globu. Kevin Rudd ukształtował swoje polityczne kredo w oparciu o 3 E: edukację, ekonomię i environment, a w nim kwestie klimatyczne postawił na pierwszym miejscu. Peter Garret jest dobrze przygotowany, jeśli wierzyć mediom, do roli lidera tego projektu, a popularność jaką ma w Australii i na szeroko rozumianym Zachodzie, może mu pomóc szerzyć klimatyczną agendę na świecie. Nie mam złudzeń, że krajach takich jak Polska jego pomysły kariery nie zrobią, że zostanie od razu nazwany kryptokomunistą, lewakiem, pedałem i masonem, o ile w ogóle ktoś zwróci uwagę. Ale niech tam, ja kibicuję...
The time has come
A fact's a fact
It belongs to them
Let's give it back
PS: Uspokajam integrystów - Garrett ma żonę (od początku tę samą) i 3 dzieci. Najwyraźniej nie jest homo.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)