Donald Tusk, Jarosław Kaczyński i Sławomir Mentzen to politycy o diametralnie odmiennych poglądach. Gdyby nie lekceważenie Tuska wobec Włodzimierza Kosiniaka-Kamysza i Szymona Hołowni, to dziś Tusk byłby pewny stołka w rządzie. Ale teraz wszystko jest możliwe, ponieważ politycy są pamiętliwi i mogą chcieć pokazać "gest Kozakiewicza" i przejąć stery rządu na dwa lata ze wsparciem Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji.
Dla Polski i jej mieszkańców, też lepiej jest mieć rząd PSL-u ze wsparciem Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji, od dotychczasowych samodzielnych rządów PiS-u, czyli sterowanych bezpośrednio przez premiera Jarosława Kaczyńskiego, jest to sytuacja gdy musi się jednak "układać", oddawać "kluczowe" ministerstwa opcji politycznej z może słabszym wynikiem, lecz jednak znacznie mniej obciążonym, oraz jednak o charakterze chadecko-demokratycznym odmiennym od pozostałej zbieraniny centro-liberalnej (uchowaj nas Panie Boże!).
Gdyby Tusk nie zlekceważył w trakcie letniego marszu Kosiniaka-Kamysza, to dziś byłby pewny stołka w rządzie. Ale teraz wszystko jest możliwe, ponieważ politycy są pamiętliwi i mogą chcieć odwzajemnić się "gestem Kozakiewicza" i przejąć stery rządu na dwa lata ze wsparciem Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji. Dlaczego? Z winny... Tuska! A dokładniej jego negatywnego (żeby nie pisać "wrogiego") elektoratu który, głosując na "mniejsze zło" dał w wyborach - 1. miejsce Zjednoczonej Prawicy. Z punktu widzenia demokratycznego - suweren zdecydował, gdyby była "jedna lista" sprawa byłaby czysta i jasna, lecz "sklejanie" przewagi rządzącej z "przegranych" sprawia wrażenie politycznego "krętactwa". I tak to niestety wygląda...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)