"World Happiness Report" przygotowany przez ONZ a opisywany dziś pokrótce w "Rzeczpospolitej" przynosi informację, że Polska została sklasyfikowana na miejscu 53 (spośród 156 krajów badanych w latach 2005-2011. Najszczęśliwsi są Duńczycy, Finowie i Norwegowie, a imię nieszczęśliwych, to jak zwykle, legion.
Amerykański ekonomista prof. Thomas DiLorenzo przytomnie podśmiewa się z dokumentu, pytając dlaczego nie ma w nim pytania „czy byłbyś szczęśliwszy gdyby nie wydawano bilionów dolarów na funkcjonowanie ONZ”. DiLorenzo wytyka, że lewica ma obsesje na punkcie różnych raportów, z których zawsze wynika, że żeby na świecie było więcej szczęścia trzeba zabierać bogatym i dawać biednym. Rzeczywiście, nie trzeba siedmiu lat badań, żeby ocenić iż szczęśliwiej żyje się tam, gdzie ludzie mają pracę i układa im się w domu, niż tam gdzie są bezrobotni i samotni.
Skoro już jednak raport opublikowano (a zawiera sporo ciekawych danych) to skupmy się na tym, czego w jego omówieniu na łamach „Rz” nie znajdziemy. Gazeta poinformowała co prawda o naszym miejscu nr 53 i o tym, że gdy porówna się nas z krajami europejskimi to plasujemy się w środku stawki (daleko za Szwajcarią czy Holandią, ale za to mocno przed Bułgarią, Rumunią czy Rosją). Ale żeby dowiedzieć się, jak to wygląda na tle rankingu światowego musiałem już sięgnąć do oryginalnego raportu, który wisi na stronie http://www.earthinstitute.columbia.edu.
Można by pokpić sobie nieco z tego, że okazało się wtedy, iż jesteśmy za Salwadorem i Turkmenistanem – ale przed Koreą Południową czy Portugalią. Mnie zainteresowało jednak, czy jest może jakiś specjalny kontekst w którym wspomina się o Polsce. Owszem, jest – tylko jeden, lecz znaczący. Na stronie 72 (dokument liczy 158) znajdujemy taki oto cytat: „Ludzie nienawidzą nierówności znacznie bardziej, gdy uznają ją za niesprawiedliwą. Na przykład w niektórych krajach przechodzących transformację ustrojową, szczególnie w Polsce (podkr. moje - PG), nierównośćdochodów (początkowo postrzegana jako znak rosnących możliwości) zaczęła podkopywać zadowolenie z życia, kiedy ludzie zaczęli sceptycznie oceniać legalność majątków zdobytych przez tych, którzy skorzystali na reformach.”
Jeszcze ciekawiej jest, kiedy spojrzymy na osobno wydzieloną odpowiedź na pytanie „ogólnie rzecz biorąc, czy możesz powiedzieć, że wczoraj byłeś szczęśliwy?”. W stosownej tabelce odkrywamy że Polacy odpowiadali na to pytanie tak powściągliwie, że trafiliśmy na miejsce 106, za Albanią, Rwandą, Afganistanem i Pakistanem.
Jak komentuje John Helliwell, jeden ze współautorów raportu: „Największym powodem nieszczęścia ludzi jest bezrobocie bądź zagrożenie nim. Szczęśliwi ludzie to tacy, którym praca daje satysfakcję, a niekoniecznie bardzo wysokie wynagrodzenie. Ważne są też rozsądne godziny zatrudnienia, które umożliwiają normalne życie rodzinne.”
Propaganda rządowa przedstawia Polskę jako kraj gospodarczego cudu, który uniknął kryzysu, jest zieloną wyspą i który oklaskują europejscy partnerzy. Jednocześnie trudno nie zauważyć, że forsowana przez gabinet Tuska (a wymyślona przez Michała Boniego) strategia rozwoju polega na inwestowaniu w metropolie i dewastowaniu prowincji, z której znikają sądy, urzędy, ośrodki zdrowia, poczty, szkoły i biblioteki. Jak dotąd jedynym praktykowanym na szeroką skalę sposobem walki z bezrobociem jest (wbrew zapowiedziom z 2007 roku o „milionach Polaków którzy wrócą z emigracji”) masowy eksport bezrobotnych do innych krajów UE.
Z ostatnich danych wynika (znajdziecie je choćby w kilku ostatnich numerach "GW"), że za kadencji Tuska Polacy stali się najliczniejszą mniejszością narodową w Irlandii (mimo dotykającego ją spowolnienia gospodarczego) oraz największą grupą importowanych pracowników w Niemczech. W kraju zaś różnice między wąską grupą bogatych i rosnącą grupą ubogich stają się coraz głębsze. Inwestowanie w stolicę przy jednoczesnym dewastowaniu Polski powiatowej to cecha charakterystyczna dla krajów Trzeciego Świata. Nieprzemyślana „reforma” emerytalna, która nie jest niczym innym jak zmuszaniem ludzi by pracowali więcej za mniej, rozwala do reszty wątłe zaufanie do kontraktu społecznego. Właśnie dowiedzieliśmy się, że rząd nie tylko nie wie jak zmniejszyć bezrobocie, ale nie ma też pojęcia jak wypłacić emerytury i tym, którzy już na nią dawno zapracowali, i tym którzy coraz częściej harują na dwóch lub trzech posadach (zwykle na umowach śmieciowych). To nic innego jak podpalanie lontu pod bombą, której wybuch może mieć nieobliczalne skutki.
1636
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (28)