Mam złą wiadomość dla tropicieli pisofaszystów. Byłem dziś rano na Krakowskim Przedmieściu i choć mocno szukałem śladów wytrawionych przez kwas nienawiści kapiący z ich kłów, to niczego nie udało mi się znaleźć. Były tylko plamy po oleju zostawione przez samochody rozlicznych ekip telewizyjnych.
A teraz wiadomość jeszcze gorsza – byłem na Krakowskim także wczoraj, zarówno rano, w południe jak i wieczorem. Tak się bowiem składa, że siedziba Radia Wnet znajduje się niemal naprzeciw pałacu prezydenckiego. I również nie udało mi się zobaczyć twarzy wykrzywionych nienawiścią ani diablich ogonków wystających spod ubogich pisowskich sukman. Było za to mnóstwo ludzi, którzy przyszli całymi rodzinami, często z polskimi flagami, żeby w pięknym popołudniowym słońcu zademonstrować swoje poglądy na różne rzeczy (co jest, przypomnę, jednym z podstawowych praw obywatelskich). Z jednymi transparentami się zgadzam, z innymi nie, co uważam za całkowicie normalne. Nie chciałbym żyć w kraju, w którym musiałbym zgadzać się ze wszystkimi i ze wszystkim.
A teraz wiadomość najgorsza – wielu z przybyłych na Krakowskie Przedmieście niczym nie odróżniało się od uczciwych i prawomyślnych zwolenników rządu. To było przerażające: czyżby ta elegancka pani w drogim markowym płaszczyku jedząca jogurt w lokalu Magdy Gessler była moherem? Nie, nie do wiary, niemożliwe, wygląda całkiem jak bywalczyni Galerii Mokotów. Ale cóż to – idzie pod pałac? I jej koleżanka w francuska torebką też?? A to dziecię niewinne, z wyglądu wielki zwolennik reform Katarzyny Hall i Krystyny Szumilas? Niby wyrywa się z wózeczka, by jak najszybciej pójść do szkoły jako dwulatek, a tu nagle okazuje się, że ma biało-czerwona chorągiewkę, a rodzice czarnobiałe foto Marii i Lecha Kaczyńskich. Zgroza!
Sytuacja w której przemyślni pisofaszyści kamuflują się w społeczeństwie jest bardzo niepokojąca. Dlatego słuszną linię ma „Gazeta Wyborcza” z całych sił próbuje zdrowemu rdzeniowi społecznemu pomóc w identyfikacji osobników występnych. Na przykład Wojciech Czuchnowski dziś podpowiada, że to ci, którzy mają „świętoszkowate uśmiechy”. To fakt, widziałem wczoraj wielu uśmiechniętych ludzi. Ale to chyba dobrze – przecież mamy się cieszyć z tego powodu, że w kwestii wyjaśniania katastrofy smoleńskiej wszystko jest jasne jak kora brzozy i kołnierzyki koszul ministra Sikorskiego.
Czuchnowski w zbożnym celu demaskacji pisofaszystów konstruuje takie oto zdanie: „W poniedziałek pod rosyjską ambasadą i wczoraj na Krakowskim Przedmieściu widziałem ludzi, którzy modlitwy i śpiewanie hymnu narodowego przeplatali z najgorszymi wyzwiskami pod adresem ''zdrajców'' i szyderczo śmiali się z palenia kukieł, wołając: ''Jeszcze Bronka!''. To pyszny przykład gorączki jaka dotyka jedynie redaktorów „GW”. Kukły palono w poniedziałek pod ambasadą. A modlitwy i hymn były we wtorek na Krakowskim. Czy z tego w jakikolwiek sposób wynika, że kukły, modlitwy i hymn były i tu, i tu?
W świecie Czuchnowskiego wszystko jest jednak możliwe. W tym świecie „odpowiadając na pytanie kto zyskał na tragedii'' Czuchnowski odpowiada:
„środowiska skupione wokół tygodnika Gazeta Polska (…). Po 10 kwietnia 2010 r. osiągnęli rynkowy sukces - zwielokrotnili sprzedaż swojego pisma, uruchomili dziennik”. Zacytujmy z „Rzepy” (21.02.2012) podsumowanie sprzedaży tygodników w roku 2011. Wynik „Gazety Polskiej” poprawił się w porównaniu z 2010 rokiem o 41,3 proc. (wzrósł do 71,7 tys. egz.). Dziennika „GPC” sprzedaje się coś koło 25 tys. egz. To rzeczywiście pyszny biznes.
Zdaniem Czuchnowskiego wzrost sprzedaży o 41,3 proc. to „zwielokrotnienie”. To ważna informacja dla księgowych Agory – łatwo będzie Czuchnowskiego uszczęśliwić podwyżką – dorzucicie parę tysiaków, a on uzna, że mu zwielokrotniliście pensję.
Skoro Czuchnowski już zidentyfikował i napiętnował winowajców, czas na odrobinę wielkiej literatury. Na zakończenie tekstu „Biesy smoleńskie” dziennikarz „GW” pisze tak: „Widok tych władców dusz pod Pałacem i ambasadą przypomniał mi scenę zebrania rewolucjonistów z ''Biesów'' Dostojewskiego, w której wykłada się teorię ''puszczania dreszczy'' w lud, ''tak by jedni zaczęli pożerać drugich''. To właśnie oni robią. Z krzyżem w ręku i modlitwą na ustach rozpętują nienawiść między Polakami.”
Mnie tekst Czuchnowskiego przypomniał inny fragment „Biesów”. Kiedy Wierchowieński mówi „Najgorzej że sam sobie wierzę gdy kłamię. Najtrudniej jest żyć i nie kłamać… i… nie wierzyć we własne kłamstwo. Tak, tak, właśnie o to chodzi”.
6419
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (94)