Przedpołudnie mijało w sennym rytmie. Tego dnia nie mieli jakichś szczegółowo zaplanowanych zajęć. Spacer po Central Parku byłby na pewno sprawił im większą przyjemność gdyby nie tabuny mieszczuchów, którzy jakby się umówili na celebrowanie wiosny i podobnie jak państwo Kloss postanowili to zrobić właśnie w tym miejscu.
Na szczęście około drugiej zaczęło siąpić i park wyludnił się szybko. Kloss spacerował posłusznie, ale było widać, że trochę się niecierpliwi. Na pytania żony odpowiadał nieuważnie, zajęty jakimiś swoimi tajemniczymi rozważaniami.
- Dobrze - powiedziała wreszcie Inez lekko naburmuszona spoglądając na zegarek. - Nie był to chyba wiosenny spacer moich marzeń, ale jest już popołudnie, więc twoje obowiązki dotyczące zabawiania żony możemy uznać za wypełnione. Widzę, że nie możesz się doczekać wizyty w biurze podróży.
- Rzeczywiście - wyznał Kloss spoglądając przepraszająco - jakoś mi to strasznie zajęło głowę, wciąż o tym myślę i nie mogę przestać.
- Więc lepiej wróćmy, a potem idź sobie do tego twojego biura, w czasie gdy ja spędzać będę samotne godziny...
- Postaram się to załatwić tak szybko, jak to możliwe - pospieszył z zapewnieniami Kloss.
Obiad zjedli w milczeniu. Około czwartej Kloss zaczął zabierać się do wyjścia, ku zadowoleniu Inez, którą stan emocjonalny męża zaczynał irytować.
- I wracaj prosto do domu - powiedziała mu tylko sucho na odchodne.
- Obiecuję - przyrzekł Kloss i zjechał po poręczy. Podany w informatorze adres nie był daleko i Kloss pokonał odległość w rekordowym czasie. Szedł szybkim, sprężystym krokiem powstrzymując się siłą woli przed ochotą podbiegnięcia kawałek. Wreszcie stanął przed przeszklonymi drzwiami, nad którymi wisiał szyld informujący dumnie, że tu właśnie mieści się Weird Travel Agency.
Kloss nacisnął klamkę i wszedł do przyjemnie urządzonego, ciepłego wnętrza. Nie było podobne do wnętrz innych biur podróży, które Kloss znał. Nie było tu żadnych widocznych ekranów komputerów ani agresywnych reklam pozawieszanych na ścianach. Było domowo, co z miejsca sprawiło, że Kloss nabrał do biura olbrzymiego zaufania.
- Czym mógłbym służyć? - Kloss drgnął zaskoczony, bo przyjemny, głęboki, męski glos dobiegł go zza pleców, a przysiągłby że nie słyszał odgłosu nikogo wchodzącego za nim do środka. Odwrócił się i natknął na przyjemnie wyglądającego eleganckiego mężczyznę w średnim wieku. Elegancja mężczyzny była nieco staroświecka i dlatego Kloss poczuł się jeszcze bardziej uspokojony. Przez pogłębiające się zaufanie przebiła jednak jakaś nuta niepokoju. “Ja już go gdzieś widziałem...” przyszło mu na myśl “Te oczy. Niesamowite, ma oczy zimne jak gad. I każde inne. Jedno nieruchome, jakby zmarłe, a drugie wnikliwe, głębokie i pełne życia, rozjaśnione złotą iskrą, jak wypolerowane.”
- Nazywam się Andlow - przedstawił się tymczasem gospodarz wyciągając rękę. - Azrael Andlow. Właściciel.
- Przepraszam - odpowiedział Kloss zakłopotany - wszedł pan tak nagle, że zapomniałem o zasadach dobrego wychowania. Uścisnął podaną dłoń. - Nazywam się Kloss. Hans Kloss.
- Jest pan Niemcem? - zapytał Andlow uśmiechając się uprzejmie.
- Nie - zaprzeczył Kloss - jestem Polakiem.
- Bo nazwisko i imię pana brzmią niemiecko, stąd moje przypuszczenie.
- Nasze kraje graniczą ze sobą - wyjaśnił Kloss nie chcąc wdawać się w szczegóły.
- No tak, rzeczywiście - pan Andlow zaprezentował rzadką w Ameryce znajomość mapy politycznej świata.
- Pan, jak się domyślam, bywa w Europie?
- Oczywiście - Andlow skłonił się. - Chociaż z racji wykonywania swoich obowiązków zawodowych jeżdżę po całym świecie, Europa pozostaje regionem moich nieustających inspiracji...
- Właśnie - Kloss uznał, że nadszedł czas, aby wyłuszczyć powód swojej wizyty. - Ja o tym chciałem rozmawiać. - Chciałbym mianowicie zapytać, czy pańskie biuro podróży mogłoby mi zaoferować jakąś wycieczkę do Polski. Do mojej ojczyzny - wyjaśnił.
- Nostalgiczny powrót do domu? - iskra w oku pana Andlowa błysnęła w szczególny sposób.
- Można to tak nazwać - zgodził się Kloss - odezwał się we mnie zew zakorzenienia, wie pan.
- To naturalne dla nas, Europejczyków. Oczywiście zaraz postaram się panu coś zaoferować. Heleno! - zawołał w kierunku zaplecza. Następstwem wezwania było pojawienie się kobiety, która wyszła z przylegającego pomieszczenia raźnym krokiem trzymając dłoń z białą chusteczką przy ustach. “Chyba właśnie jadła lunch” domyślił się Kloss i przywidziało mu się, że spod rogu trzymanej przy ustach chusteczki wystaje mysi ogon. Zamrugał oczami i mysi ogon znikł, co potwierdziło, że było to tylko przywidzenie.
- Słucham, Messer? - zapytała apetycznym altem przeciągając się nieznacznie, czym przywiodła Klossowi na myśl kota. Była wysoka, szczupła i już niemłoda, o czym świadczył wybijający się na tle czerni pozostałych pukiel siwych włosów, który fantazyjnym esem-floresem opadał na czoło.
- Pan Kloss - Andlow przedstawił klienta - chciałby, korzystając z naszego pośrednictwa, udać się w podróż do Polski.
- To strasznie oryginalne - odpowiedziała nazwana Heleną i rozjaśniła się prezentując drapieżny, nieco zwierzęcy uśmiech.
- Czyż nie jesteśmy tu po to, aby zaspokajać fantazje najbardziej wybrednych klientów, Heleno? - zapytał Andlow i ukłonił się dystyngowanie w kierunku swojej pracownicy, co wzbudziło zdumienie Klossa.
- Jesteśmy tu właśnie po to, Azraelu - Helena odkłoniła się równie wytwornie i Kloss musiał przyznać, że jeszcze nigdy nie widział, żeby relacje służbowe przybierały tak dworskie formy.
- Kiedy chciałby pan jechać? - pan Andlow przerwał wymianę uprzejmości i ponownie zaszczycił Klossa spojrzeniem.
- Jak najszybciej - przyznał Kloss i zaczerwienił się.
- Może w niedzielę - zapytała Helena zaglądając do oprawionego w skórę terminarza, który zupełnie nie przypominał terminarza, tylko jakiś stary manuskrypt.
- Tak szybko? To przecież już jutro! - zdziwił się Kloss.
- Życzył pan sobie szybko - pięknie zarysowane brwi na kocimi oczami ściągnęły się sygnalizując zdziwienie.
- Tak, ale nie spodziewałem się, że jesteście państwo tak perfekcyjnie zorganizowani - plątał się nieporadnie Kloss. - Państwa firma jest nieduża... choć bardzo miła... - starał się komplementem pokryć swoją niezręczność. - Rzeczywiście - przyznał w końcu - jestem zaskoczony.
- Nie pan pierwszy - uspokajająco powiedział Andlow - nas nie docenia. To prawda - zatoczył dłonią - nie robimy wrażenia wielkiej firmy. Ale proszę mi wierzyć, że jesteśmy piekielnie dobrze zorganizowani! Helena prychnęła dziwnie, kiedy mówił, a ten dźwięk sprawił, że jeszcze bardziej skojarzyła się Klossowi z kotką.
- Mamy - Helena zmrużyła oczy - szczególną ofertę. Można powiedzieć, że jest to oferta... szyta na miarę. Na pańską miarę. Mam dla pana zaproszenie... - zawiesiła na moment głos dla uzyskania lepszego efektu - na polskie wesele!



Komentarze
Pokaż komentarze (12)