II. Stara baśń
(skrót historii Polski w perspektywie logiki snu)
(skrót historii Polski w perspektywie logiki snu)
Samolot ciął dziobem czerń nocy kierując się coraz dalej na wschód. Odkąd znikły w dole światła Nowego Jorku, co spowodowało u Klossa napad nagłej nostalgii, która nawet jego samego wprawiła w zadziwienie, zrobiło się sennie i cicho na pokładzie. Kloss wtulił głowę w zagłówek i zaczął skupiać się na swoich wyobrażeniach o ojczyźnie. Nie za bardzo wiedział, co tam napotka po tylu latach ale coś mu mówiło, że napotka tam jednak coś bliskiego. Zamknął oczy i zapadł w niespokojny sen. Przyśniła mu się Polska w różnych historycznych aspektach i kontekstach, więc sam rozumiesz czytelniku, że taki sen nie mógł być spokojny.
Na samym początku snu śniły się Klossowi, zupełnie zresztą zgodnie z chronologią historii Polski, sceny piastowskie. Najpierw zobaczył jak jakimś zarośniętym krzakami wąwozem jadą sobie Niemcy. Że byli to Niemcy, Kloss nie miał wątpliwości, bo śpiewali gromko: Deutschland, Deutschland über alles! Hełmy mieli trochę inne niż te, które Kloss pamiętał z czasów, kiedy sam służył w wojsku, ale zachowywali się tak jak zawsze ten naród zachowuje się podczas turytycznych wycieczek: głośno i arogancko. Nie ma się co dziwić, że zupełnie nagle ze zboczy posypały się na nich kamienie, a za nimi w skóry odziani ludzie wymachujący krótkimi mieczami, maczugami i toporami bojowymi. Niemiecka wycieczka zaprezentowała typową karność i ustawiła się w szyku obronnym. Nie na wiele się to zdało, bo dwie nowe grupy tubylców zaatakowały ją od czoła i od tyłu. Krzyczeli przy tym niemiłosiernie i wydawali się bardzo niegościnni. Wkrótce z wycieczki zostały strzępy, a grupę niedobitków, którzy salwowali się ucieczką na moczary zawzięcie ścigali pojedyńczycy wojownicy zapadając się po kolana w błocie. Kloss rozpoznał bezbłędnie w śnionym wydarzeniu prawzór słynnej polskiej zadymy i wzruszył się strasznie.
Scena piastowska, która przyśniła się Klossowi wzbudziłay zapewne kontrowersje wśród specjalistów od polskiego wczesnego średniowiecza, nie wymagajmy jednak od snów, żeby były zgodne z fachową wiedzą o przedmiocie.
Później, dalej zgodnie z chronologią, przyśniły się Klossowi kolejne niemieckie wycieczki wyglądające bliźniaczo jak pierwsza i kończące się mniej więcej w ten sam sposób. Kończyły się zadymą, a przynajmniej srogą awanturą. Najciekawszymi ze śnionych przez Klossa postaci byli obywatele płci męskiej o imieniu Bolesław. Pierwszy Bolesław stanął przed przewijającym się w naszych dziejach niczym osnowa stałym wątkiem lekceważenia nas przez ludy zamieszkujące okolice na zachód od okolic, które my zamieszkujemy. Rozwiązał ten problem starając się dać dobitnie do zrozumienia, że tego się robić nie powinno. Najpierw usiłował się dogadać i prawie mu się to udało, bo napotkał z drugiej strony jedynego chyba w dziejach naszego przemiłego zachodniego sąsiada faceta, który gadać chciał i lubił. Na nieszczęście skłonność owego faceta do dyskutowania szła w parze z ogólnym osłabieniem organizmu, czego skutkiem było jego przedwczesnej zejście z areny dziejów, co odnotujmy z żalem.
Jego następca był już typowym Teutonem i najpierw chciał maszerować, a dopiero potem gadać. W związku z czym stoczył osiemnaście lat trwającą wojnę, która nic mu nie dała. Oprócz rzeszy coraz lepiej wyszkolonych polskich zadymiarzy napotkał w swoim marszu przeszkodę w postaci braku nadających się do maszerowania dróg.
To typowa polska osobliwość, która pozostała do dzisiaj. Podkreślmy, że nie powstawanie nadających się do czegokolwiek ciągów komunikacyjnych nie musi koniecznie wypływać z naszej niechęci do ich budowania i zarzucanego nam bałaganiarstwa i lenistwa. Jest to najprawdopodobniej głęboko zakorzeniona nieufność wobec takich budowli wynikająca z obawy, że mogą być one wykorzystane właśnie do maszerowania i śpiewania skocznych pieśni w języku Schillera, za czym nie przepadamy, bo jak wiadomo od hałasu krowy dają mniej mleka, a kury znoszą mniejsze jajka.
Pierwszy Bolesław wsławił się jeszcze tym, że jak już nauczył naszych zachodnich sąsiadów nie lekceważenia, to tak na wszelki wypadek zrobił to samo z sąsiadem wschodnim, co miało te fatalne skutki, że zepsuł sobie swój ulubiony miecz, którym jak wieść głosi tłukł w bramę Kijowa.
Kiedy już w okolicy nie było nikogo, kogo można byłoby uczyć moresu, nasz Bolesław wpadł na genialny plan, żeby załatwić sprawę pouczania raz i na zawsze, i w związku z tym napisał list do największej potęgi ówczesnego świata, jedynej pozostałości po rzymskim imperium, do samego cesarza Bizancjum. W liście, który był kwintesencją tego jak pisać niegrzeczne listy, zaproponował wspaniałomyślnie swoją przyjaźń grożąc zadymą gdyby tej wspaniałomyślnie ofiarowanej odważono się nie przyjąć. Niestety nie potrafimy dziś ocenić, czy był to przykład naszej rodzącej się megalomanii, czy też rozsądne stanowisko wynikające z realnej oceny siły własnego państwa.
Drugim z ciekawych Bolesławów był prawnuk pierwszego. Wsławił się równą zdolnością do uczenia moresu, co biciem kleru. Bicie kleru było nałogiem zgubnym zwłaszcza jeżeli doprowadzało do uśmiercenia bitego. Skutkiem owego nałogu były jednak dwie rzeczy zbożne, czego drugi Bolesław nie przewidział Oto do skromnej jeszcze w tamtych czasach kolekcji polskich świętych dołączył zabity ksiądz w randze biskupa, a pobudliwy Bolesław spędził resztę życia w klasztorze poświęcając się modłom, co skutecznie uniemożliwiało i uczenie moresu i bicie kogokolwiek.
Trzeci ciekawy Bolesław dodał do nabytych już narodowych cech obyczaj jeżdżenia nad morze w sezonie letnim. To jemu zawdzięczamy, że chcąc odpocząć nad sinymi falami Bałtyku napotykamy tłumy naszych rodaków, którzy tak jak i my hołdują temu wczesnośredniowiecznemu obyczajowi, i nasz wypoczynek zamienia się w koszmar uprzyjemniany jedynie możliwością obserwacji socjologicznych wobec mnogości docierającego do nas, bez względu na nasze chęci i wolę, materiału z tej dziedziny wiedzy w postaci niekończących się opowieści o tym, dlaczego Jadźka z Heńkiem i co wypluł trzyletni Kazio spożywając drugiej świeżości makrelę z tekturowego talerzyka. Nasz Bolesław o krzywych ustach dokończył żywota wynajdując kolejne utrapienie naszych dziejów narodowych. Sporządził pisemne zalecenia, jak się rzeczy mieć mają, kiedy on ostatnie tchnienie z siebie dobędzie. To spisywanie nigdy nam nie wychodziło, o czym będzie jeszcze mowa. Również i ten prototyp spisywania zdał się psu na budę, bo jak tylko Bolesław oczy zamknął, to dziać się zaczęło dokładnie nie tak, jak sobie życzył. Po śmierci owego Bolesława rozegrało się to, co stanowi jedną z naszych ulubionych zabaw po dzień dzisiejszy, to znaczy podział rodzinnego majątku, któremu towarzyszy obrażanie się wszystkich na wszystkich do grobowej deski z przełożeniem na następne pokolenia, czego efektem jest to, że majątek po latach tych zabaw nie wygląda dobrze i jest to kolejny powód do swarów i pytań, kto się najbardziej do takiego niezadowalającego stanu rzeczy przyczynił.
Za najwybitniejszego pośród obrażonych należy uznać faceta o pseudonimie Rogatka, który przerżnął w karty Ziemię Lubuską. Do dzisiaj na pamiątkę tego wydarzenia produkuje się na Ziemi Lubuskiej gin lubuski, który gorąco polecam. Obrażania się wszystkich na wszystkich w rodzinie Bolesława trwały jakieś sto osiemdziesiąt lat z małym hakiem i zakończyły się wygraną najmniejszego z potomków. Z faktu, że był najmniejszy wcale nie wynikało, że był skazany na porażkę. Niewysokość pozwalała mu na chowanie się różnych dziuplach i pieczarach w celu uniknięcia tarapatów, po czym pozostały nawet pamiątki w Ojcowskim Parku Narodowym.
Nieduży nasz potomek dużego Bolesława, kiedy już osiągnął sukces w postaci wygranej w wyścigu na krakowski tron znów musiał się zmierzyć z odradzającą się modą naszych wspaniałych niemieckich sąsiadów na wycieczki do Polski. Szczególnym utrapieniem stały sie wycieczki z założonych w czasie, kiedy nie było komu tego przypilnować, uzdrowisk położonych na terenach dzisiejszych Mazur i Pomorza. Najwybitniejszym osiągnięciem małego potomka dużego Bolesława o imieniu Władysław, obok restutucji królestwa oczywiście, było spłodzenie dużego Kazimierza.
Ten nie powtórzył wyczynu ojca i nie spłodził niczego męskiego, jakichkolwiek rozmiarów. Można to tłumaczyć brakiem czasu, jako że ten ostatni z serii Piast zajmował się kontynuacją zgubnego nałogu spisywania różnych postanowień na papierze, co nam pozostało w formie tak zwanych statutów, budowaniem różnego rodzaju ścian dla entuzjastów wspinania skałkowego, w których obrodziło dopiero po ponad półtysiącleciu, choć to akurat może świadczyć o zapobiegliwości dużego syna małego ojca, oraz biesiadowaniem.
W przerwach pomiędzy tymi czynnościami, kiedy dopadała go chandra konstatacji braku potomka wpadał na różne pomysły powierzenia pięknej nadwiślańskiej krainy przedstawicielowi jakiegoś innego wybitnego rodu. Krewni ze Śląska nie wchodzili w grę, bo słabo mówili w ojczystym języku ulegając zgubnej modzie na cudzoziemszczyznę.
Na pierwszy ogień poszedł więc niejaki Kaźko ze Słupska, co bylo spowodowane chyba próbą utrzymania możliwości kontynuacji zwyczaju jeżdżenia nad Bałtyk, ale z niewiadomych przyczyn zamysł nie doszedł do skutku. Kiedyś na dworcu kolejowym w Koszalinie spotkałem jednego Kazka ze Słupska i to spotkanie dużo wniosło do moich rozważań na temat tamtego dawnego falstartu. Ostatecznie los padł na niejakiego Ludwika z Budapesztu i nie był to wybór zły, bo spowodował, że na krakowskim tronie, po krótkim epizodzie z wyżej przywołanym, który zasiadał na nim jedynie w wolnych chwilach, zagościła pierwsza i ostatnia kobieta, do tego małoletnia.
Tak skończył się pierwszy etap Klossowego snu, którego dominantą były jednak relacje pomiędzy wycieczkami z zagranicy i nasze do nich nastawienie. Na samym końcu tego etapu klossowego snu przyśniła się Klossowi migawka z bitwy pod Grunwaldem i Hołd Pruski, co antycypowało kolejny etap marzeń sennych, było bardzo przyjemne i Kloss uśmiechnął się przez sen błogo, co z zadowoleniem powitała przechodząca akurat obok jego siedzenia stewardessa.
Gdyby przystojna pracowniczka America Airlines znała przyczynę tego błogiego uśmiechu zapewne nigdy więcej nie zgodziłaby się na pracę w rejsowych samolotach kursujących na trasie Nowy Jork - Warszawa obawiając się konsekwencji bycia narażoną na podróżowanie w towarzystwie przedstawicieli tak dziwacznej nacji. Gdyby wiedziała, że zadowolenie Klossa, podobnie jak i innych jego rodaków, bierze się z faktu, że jego przodkowie heroicznie dali sobie radę z problemem, który niecałe dwieście lat wcześniej sami sobie stworzyli, to być może jej niepokój pogłębiłby się do tego stopnia, że w ogóle zrezygnowałaby z pracy na statkach powietrznych woląc mieć zawsze stały grunt pod nogami.
Na jej szczęście nie miała wglądu w treść snów Klossa, więc nieświadoma zagrożeń mogła się dalej realizować zawodowo. Kloss, również nieświadomy, tego nierodzącego konsekwencji tete-a-tete śnił sobie dalej.
Śnienie o historii Polski ma taką jeszcze fantastyczną zaletę, że historia Polski znakomicie wpisuje się w alogiczność śnienia; można więc jednocześnie odpocząć i odświeżyć sobie wiedzę, co w przypadku historii innych narodów nie jest już takie łatwe, bo albo śni się na przekór historycznym faktom, albo zgodnie z nimi, ale śnienie zgodne z faktami oznacza, że człowiek się właśnie obudził i myśli.
Wróćmy jednak do klossowych snów.
Tuż przed pompatycznymi scenami Grunwaldu i Hołdu przyśniło się jeszcze Klossowi, jak krakowscy panowie wydają śliczną Jadwigę za Litwina Jagiełłę zamiast za sympatycznego Habsburga, co królewna wolałaby. Nie należy jej się dziwić, bo przystojny Habsburg wyglądał mniej więcej jak Robert Redford w czasach kiedy wyglądał najlepiej, a Litwin Jagiełło wyglądał tak jak wyglądał będzie Al Pacino, kiedy zdecyduje się zakończyć swoją filmową karierę. Skończyło się to wszystko o tyle źle, że śliczna Jadwiga nie cieszyła się długim życiem, a o tyle dobrze, że została kolejną świętą.
Z tego małżeństwa wyniknęły pewne dalsze konsekwencje, bo wszystkim tak się sprowadzanie królów z Wilna spodobało, że kontynuowali to przez następne sto lat z niezłym okładem, a jak na Litwie zapanował deficyt w temacie królów, to urządzaliśmy sobie razem z Litwinami wspólne łapanki na panujących po całym kontynencie. Można podejrzewać, że nie wszyscy ze schwytanych w pełni podzielali entuzjazm chwytających, bo jeden z nich - Francuz - uciekł przy pierwszej nadarzającej się okazji do ucieczki pozostawiając Koronę i Księstwo.
Ten zwyczaj chwytania facetów nadający się do sprawowania władzy wraz z innymi zwyczajami stał się dla obu nacji wspólnym obyczajem i nazwano to Unią, a jej zasady niestety udało się spisać zaczynając owo spisywanie od solennego zapewnienia, że owa unia trwać będzie do końca świata, wobec czego trwała lat dwieście i trochę.
Z Unii zadowoleni byli Polacy i do dzisiaj wspominają ją z rozrzewnieniem wodząc palcami po mapach daleko na Wschodzie, Litwini natomiast byli jakby mniej zachwyceni, co można tłumaczyć zdrowym rozsądkiem tego sympatycznego narodu, który ma taki język, jakby mówił od tyłu. Ten niezbyt liczebny lud już w tamtych czasach musiał wyczuć, że unia budowana jest na kruchym fundamencie skoro przyjmuje się całe narody bez żadnych warunków wstępnych, a dzisiaj już przecież wiemy, że do każdej unii przyjmuje się stawiając niezliczoną ilość warunków wstępnych, a później przyjętym do unii członkom nakazuje się stanowczo, żeby trzymali gęby na kłódkę, a ogonek pod kątem właściwym, sugerującym należyty szacunek członkom przyjętym od nich wcześniej.
Największą krzywdę w każdym razie Unia wyrządziła przemiłym Białorusinom, bo kiedy po latach chcieli zdefiniować swoją tożsamość historyczną, to im wyszło, że powinni nazywać się Wielkie Księstwo Litewskie, co ich samych mocno stropiło, o Polakach i Litwinach nie wspominając.
Sen Klossa pobiegł sobie dalej po wschodnich tropach i zaraz potem przyśniły się Klossowi wojny z Moskwą. Wojny z Moskwą prowadził najszczęśliwiej złapany w łapance na facetów, którzy nadają się do rządzenia Węgier, o nazwisku Batory. Kiedy go schwytano nie tylko, że obdarzono go koroną to na dodatek jeszcze obdarzono go leciwą żoną z domu Jagiellonką. To tłumaczy, dlaczego facet z Siedmiogrodu prowadził swoje kampanie z takim zaangażowaniem i aż tak uporczywie, byle dalej od domu.
Po śmierci Węgra był niezły kłopot, bo wszyscy zdatni do rządzenia w Europie faceci poukrywali się na czas grasowania naszych emisariuszy. Na szczęście za Bałtykiem mamy bardzo przyjemnych, ale - jak widać - niezbyt bystrych sąsiadów, bo udało się schwytać zdatnego do rządzenia faceta o nazwisku Waza, jakby to śmiesznie nie brzmialo. Ten ród był wyjątkowo ospały, bo ani jego syn, ani wnuk nie zorientowali się, że natychmiast po śmierci ojca należy czmychać byle dalej od Krakowa i dlatego przez dwa pokolenia obeszło się bez łapanek.
Problemy z Moskwą doprowadziły tymczasem do tego, że musieliśmy podsuwać Moskwianom naszych wybitnych aktorów, którzy udawali ich odnalezionych cudownie carewiczów. Zabawa była i przednia i trwałaby może i nawet do dzisiaj, gdyby nie opilstwo polskich żołnierzy, którzy tak zbulwersowali Moskwian, że wyrzucili ich z Kremla na zbity pysk i zaczęli myśleć o zemście. Zemścili się w taki sposób, że po latach przysłali nam swojego wybitnego aktora o nazwisku Bierut, który zagrał rolę naszego cudownie odnalezionego prezydenta.
Zanim to się stało Polacy musieli stawić czoła wielu przeciwnościom, a jedną z nich była awantura z kozakami. Kozacy byli ludźmi, którzy uwielbiali pustoszyć. Dopóki pustoszyli i tak puste Dzikie Pola nikomu to nie przeszkadzało. Ponieważ jednak pustoszenie okolicy, która i tak jest pusta przynosiło im coraz mniej satysfakcji, do repertuaru spustoszeń włączyli sobie pustoszenie Podola. W czasie jednego z takich spustoszeń na ich czele stanął mazowiecki szlachetka Chmielnicki. Zwalczał go na czele wojsk koronnych, szerząc równy kozackiemu terror po chutorach, rodowity Rusin książę Jarema Wiśniowiecki. W tle przemykali szwajcarzy i szkoccy najemnicy dodając kolejnej polskiej zadymie kolorytu i dostarczając panu Sienkiewiczowi niepolskich typów charakterów do konstruowania powieściowych postaci, co było bardzo pożyteczne, bo w każdej powieści musi być chociaż kilka postaci zdrowych na umyśle.
Kozacy byli nacją w fazie kształtowania się, więc czasami męczyli się tłuczeniem mebli, braniem branek, jedzeniem i piciem i szli odespać. Wtedy luzowali ich Szwedzi, Turcy i Moskale. Szwedzi właśnie udanie zakończyli epizod reformacyjny, który wszędzie prowadził w swojej pierwszej fazie do poniechania wszelkiej pracy dla doczesności, aby w drugiej fazie - fazie głodu - prowadzić do wyruszenia do ościennych krajów po fanty, by złagodzić skutki braku zainteresowania doczesnością fazy pierwszej.
O ile najazdy kozackie zostawiały po sobie przynajmniej równo zaorany i użyźniony popiołem pas ziemi, o tyle szwedzki pochód przypominał przetaczanie się wielkiego magnesu: przylepiało się wszystko, co metalowe, a kamienie i drewno zostawały na swoich miejscach, chyba że blondwłosi purytanie testowali akurat proch. To hobby należy im wybaczyć, bo w długim korowodzie ciągnących się przez pokolenia eksperymentów zaskutkowało wynalezieniem dynamitu, a w dalszej perspektywie zwyczajem obdarzania różnych wynalazców milionem dolarów raz do roku.
Wspinacze skałkowi mogą mieć tylko żal do rodaków bigbitowego zespołu Abba, bo szwedzcy turyści działając w szale eksperymentowania z wybuchami popsuli kilka niezłych ścian do wspinania, które przygotował dla wspinaczy Kazimierz - wielki syn niedużego ojca. Nawiasem mówiąc, utyskiwania naszych sąsiadów zza Bałtyku na wizytujących ich od czasu do czasu polskich kieszonkowców i włamywaczy wydają się w świetle wiedzy historycznej głęboko niestosowne.
Ale wróćmy do snów naszego bohatera. Turcy śnili się Klossowi również. Byli najprzyjemniejsi ze wszystkich najeźdźców, bo zostawili kawę, chałwę, nazwę dla czarnych koni, a Janowi Sobieskiemu namiot wezyra, wielbłąda i papugę w geście podziwu za malowniczą szarżę polskiej jazdy pod Wiedniem. Pięknie wyglądała we śnie Klossa szarża husarii! Zupełnie inaczej niż w filmach kręconych przez polskich reżyserów, którzy nie zauważyli, że gdyby szarża husarii wyglądała tak, jak im się wydaje, że wyglądała, to jej skuteczność bojowa polegałaby na wzbudzaniu ataku śmiechu wśród nieprzyjaciół Rzeczpospolitej.
We śnie Klossa husaria wyglądała, jak powinna wyglądać. Kloss dobrze wiedział, jak wyglądała husaria i dlatego mógł śnić z detalami, bo kiedyś za namową żony wysłał własnoręcznie wykonany model na konkurs modeli militarnych, nabiedził się bardzo, i był bardzo rozczarowany, kiedy figurkę wykluczono z klasyfikacji i zwrócono wykonawcy z informacją o tym, że konkurs na modele fantastyczne i baśniowe odbywał się w innym terminie.
Może w ocenie pracy Klossa tkwiła pewna prawda i być może wrogowie Rzeczpospolitej widząc pędzące na nich arcydzieła sztuki zdobniczej w dużych ilościach spodziewali się, że za nimi z dużą dozą prawdopodobieństwa pojawią się ujeżdżacze smoków i heroldzi na miotłach? Kto wie? W każdym razie Wiedeń doczekał się odsieczy i mógł spokojnie czekać, aż na świat przyjdzie doktor Freud i wytłumaczy wiedeńczykom z czym powinna im się kojarzyć odsiecz wiedeńska, co nie było trudne do zapamietania, bo ów słynny doktor wszystkie zawiłe problemy nękające ludzkość tłumaczył z grubsza w jeden i ten sam sposób - in pluribus unum - co było może nie do końca oryginalnym, ale ciekawym stanowiskiem naukowym.
Freud, ani nic, co się może kojarzyć z doktorem Freudem Klossowi się nie przyśniło, co powinno uspokoić wszystkie babcie czytające nieopatrznie niniejszą książeczkę swoim wnukom. Przyśniły się za to Klossowi rozbiory, co też się niestety może freudowsko kojarzyć.
Zanim jednak przejdziemy do śnienia rozbiorów, to wspomnijmy o jeszcze jednej koronowanej głowie, którą się bardzo zdawkowo traktuje w podręcznikach historii, a którą ja osobiście uważam za jednego z największych królów w naszych dziejach. Król ten był synem znanego nam już Rusina. Tego, który dla krotochwili stał na czele polskiego wojska walczącego z jego rodakami, którymi dowodził Mazowszanin. O królu tym wiadomo tyle, że znał siedemnaście języków, włączając ojczysty i we wszystkich siedemnastu potrafił powiedzieć jedynie: dzień dobry, nalej bracie, dobranoc i hu! Ha! Nie wyglądało to może zbyt imponująco, ale długo, długo po śmierci tego króla okazało się, że chciaż mówił niewiele, to pisał więcej i składniej. Ponieważ wśród jemu współczesnych nie było jednak nikogo, kto chciałby otrzymać od niego listy, napisał przepiekny list do Matki Boskiej Częstochowskiej Królowej Polski, w którym to liście zwrócił się z pokorną prośbą o szybkie zakończenie jego żywota, zanim zdąży porobić jakichś głupstw i zaszkodzić ojczyźnie.
Ta wzruszająca prośba została wysłuchana i król rozstał się z życiem nic złego Rzeczpospolitej nie wyrządziwszy. Doceńmy!
Po jego śmierci udało się złapać króla dosyć niedaleko, bo w Lipsku. Tym pięknym miastem, niestety wcielonym później do NRD, rządził sobie książę o nazwisku Sas, co było o tyle przytomne, że jego kraj nazywał się Saksonią, a większość poddanych była Saksończykami. Saksończykom powodziło się dobrze, byli ospali i leniwi i dlatego nawet nie zauważyli, że porwano im księcia. Jeden z jego poddanych, kiedy już spostrzegł ten fakt, zachował się miło i skomponował całkiem zgrabny kawałek muzyczny, który potem pod zmienioną nazwą zrobił zawrotną karierę w całej Europie.
Ten kompozytor nazywał się Bach i pozostawił po sobie masę nut z przeznaczeniem do wykonywania na wszystkim, z czego da się wydusić jakiś dźwięk.
Sasów było dwóch. Obydwaj grubi. Tata-Sas łamał podkowy i dawał się nabierać kuglarzom, którzy twierdzili, że potrafią wyrabiać złoto. Na szczęście zupełnie przypadkiem zamiast receptury otrzymywania złota wymyślili recepturę produkowania porcelany i dlatego w naszych domach walają się te wszystkie łatwo tłukące się kubku i zastawy z fabryki w Miśni.
Drugiego Sasa, Sasa-syna pomińmy litościwym milczerniem, bo co można dobrego napisać o facecie, który strzela do psów z okna swojej sypialni? Nic dziwnego, że Polsce przytrafily się rozbiory.
Zaczęło się raczej niewinnie, a skończyło fatalnie. Na samym końcu rzecz całą przyklepał nowy polski król, który był intymnym znajomym cesarzowej rosyjskiej, co nie łatwo daje się tłumaczyć zważywszy na fakt, że cesarzowa miała sztuczne zęby z kauczuku. Łatwiej zrozumieć fakt doprowadzenia do rozbiorów, jeśli się przypomni, że król miał zwyczaj otaczać się intelektualistami swoich czasów, na domiar złego dawał im jeść i pić, a potem słuchał - na szczęście tylko raz w tygodniu. Ponieważ ów szlachetny gatunek ludzi czuje się najlepiej, kiedy jest w stanie wymysleć jakieś zdanie odrębne na dowolnie zdany temat, przeto nie dziwmy się, że polityka polska, pod wpływem tych sprzecznych rad i sugestii, wyglądała jak taniec Świętego Wita.
Jakby ostatni polski król zaraził się na Wawelu jakąś bakterią zahibernowaną w którymś z sarkofagów jego bardziej skłonnych do czynu poprzedników, to może zebrałby chłopa, naobiecywał bogatych łupów i ruszył gdzie w pole, ale zaraził się widać czymś innym i przez cztery lata, korzystając szczodrze z rad swoich uczonych przyjaciół wysmażał idealny zbiór praw kardynalnych i zasadniczych dla Rzeczpospolitej.
To naprawdę zgrabnie napisane dzieło znalazłoby prawdopodobnie zastosowanie w Nibylandii Piotrusia Pana, na nieszczęście Piotruś Pan był Brytyjczykiem, a oni uważają pisanie konstytucji za zgubny nałóg. I zupełnie słusznie, bo jak już zakończono huczne obchody i ceremonie związane z faktem postawienia ostatniej kropki na tym ważkim dokumencie i udanym zamachem na rodzący się parlamentaryzm, którego ów dokument miał być fundamentem, to okazało się, że ten przepiękny dokument nie posiada kraju, w którym mógłby być zastosowany.
Wymachiwanie nim przed doskonale uzbrojonymi oddziałami Prusaków i Rosjan dawało efekt przeciwny do efektu jaki wywoływała przywołana już husaria i zamiast wroga odstraszać jakby go jakoś podjudzał do dalszych grabieży. Wtedy pojawił się na placu boju zdolny porucznik, który po niedawno odbytym szkoleniu we Francji miał plan, jak wygrać wojnę z dwoma przeciwnikami na raz. Zamierzał zmobilizować masy i porwać je do boju zyskując w ten sposób liczebną przewagę. Mobilizowanie mas szło jednak trochę opornie i trzeba było zaproponować ziemię w zamian za kosy i sukmanę dla naczelnika. Ziemia nie została dana, ale została obiecana, co było dość starą polską praktyką.
W każdym razie manewr polityczny się powiódł i już niebawem naczelnik w sukmanie i z kosami odniósł walne zwycięstwo pod Racławicami, żeby odnieść spektakularną klęskę pod Maciejowicami. Na marginesie odnotujmy, że postępowanie Rosjan w tej bitwie było wyjątkowo nie fair, bo jeżeli czuliby choć odrobinę ducha sportowej rywalizacji to poczekaliby na spóźniający się drugi z polskich oddziałów, którego zadaniem było zadanie im błyskotliwego ciosu we flankę. Popsucie tej genialnej strategicznej konstrukcji poprzez rozprawienie się najpierw z jedną, a potem z drugą - tą spóźnioną - siłą miltarną może jedynie świadczyć o tym, że Rosjanie nie mają za grosz poczucia estetyki, skoro nie mieli ochoty przegrać w tak pięknym stylu.
W każdym razie na gruzach państwowości, razem z pięknie napiosanymi konstytucjami i błyskotliwymi planami zwycięskich potyczek zaczęli się urządzać sąsiedzi, a biedny król Staś już do końca życia musiał uczestniczyć w tych wszystkich okropnych petersburskich balach i obiadach.
Każdy rozsądny naród, po takim blamażu spokojnie dokonałby żywota w sytuacji braku własnego organizmu państwowego, ale Polacy wymyślili coś czego jeszcze świat nie oglądał. Co prawda, jako usprawiedliwienie można podać argument, że pokawałkowanie sobie europejskiego królestwa ot tak było zabiegiem równie nowatorskim, jak niezwykła była odpowiedź naszych dziadów. A nasi dziadowie zaprojektowali sobie życie narodowe bez państwa. Taki geopolityczny zombie. I co lat kilkadziesiąt zombie powstawał z grobu i straszył. Jak się popytać kogokolwiek na Europie, to każdy powie, że stulecie pomiędzy tysiąc osiemset piętnastym, a tysiąc dziewięćset czternastym było okresem względnego spokoju i dobrobytu.
Ale nie u nas, bo my prowadziliśmy życie pozagrobowe. Nasza narodowa rzeczywistość rozgrywała się na zupełnie innym, bo metafizycznym planie historii. Miało to i ten skutek, że obrodziło w poetów, dzięki czemy podręcznik do nauki o epoce Romantyzmu w naszej literaturze jest dwa razy grubszy od podręczników pozwalających przyswoić sobie podstawy wiedzy o innych epokach literackich. W przerwach pomiędzy czytaniem literackich, mniej lub bardziej rymowanych wytworów naszych wieszczów, urządzaliśmy sobie pastisze zmartwychwstania, czym skutecznie pozbawialiśmy się najbardziej ideowej młodzieży.
Pierwsze z nieudanych znartwychwstać zaczęło się od tego, że grupa naszej ideowej młodzieży najpierw zrobiła powstanie, a potem zaczęła się zastanawiać co dalej. Nałapali w nocy jakichś przywódców do tego swojego powstania, ale po ciemku nie potrafili dokładnie rozeznać, który z przywódców powstania chce je wygrać, a który przgrać. Wyszło pół na pół. Na skutek wypracowanego wspólnego stanowiska pomiędzy tymi, którzy chcieli wygrać, a tymi, którzy chcieli czegoś wręcz przeciwnego mieliśmy rzeź Pragi. Rosjanie musieli się zresztą czuć faktem rzezi nieco zakłopotani, bo sto trzynaście lat później, kiedy po raz kolejny przymierzali się do zajęcia polskiej stolicy, nie dokonali rzezi Pragi, za to dla równowagi pozwolili na dokonanie rzezi lewobrzeżnej części miasta.
Rosjanie to jak widać naród, który lubi równowagę. Po nieudanym powstaniu znowu traciliśmy naszą ideową młodzież, która potrafiła tak pięknie rozpoczynać powstania. Doszło do tego, że w pamiętnym styczniu musieliśmy skorzystać z pomocy zarażonych szaloną chorobą polskości potomków rodów, które zasiedlały w poprzednich wiekach Rzeczpospolitą w poszukiwaniu spokoju. Nadzieje były płonne, oczym może świadczyć dobitnie los Trauguttów, Hauke-Bossaków, Heydenreichów, Callierów, Szwarców, Jurgensów i Platerówny. Namalował to wszystko niejaki Grottger potwierdzając trend.
Zdobywaliśmy jednak również doświadczeni militarne przekonując się, że w druga połowa dziewiętnastego wieku to nie jest najlepszy moment na testowanie przydatności pistoletów skałkowych.
Aż wreszcie - jak to zgrabnie ujął poeta bynajmniej nieromantyczny - “i ni z tego, ni z owego, była Polska od Pierwszego.” No i się narobiło, bo trzeba się było jakoś urządzać. Okoliczności nie były za wesołe, bo jak zwykle mięliśmy kilkanaście wykluczających się wzajemnie pomysłów na urządzanie, a na dodatek Rosjanie przypomnieli sobie o mongolskim pochodzeniu ich cywilizacji i powiewając czerwonymi sztandarami postanowili sobie powtórzyć stare żółte pomysły z maszerowaniem na zachód.
Zaskoczyli nas zupełnie, bo potrafiliśmy przecież obliczyć w jakim tempie może posuwać się konarmia wliczając czas potrzebny na aprowizację, zorganizowanie kuchni polowych, wydanie posiłków, etc, a czerwoni znowu zachowali się nie fair jedząc po drodze, od przypadku do przypadku, i posuwając się dwa razy szybciej. No i na całe szczęście, że przypomnieliśmy sobie o naszym błyskotliwym pomyśle z uderzaniem od flanki! Rosjanie zupełnie się tego nie spodziewali, bo myśleli, że nam takie pomysły nie wychodzą, a tu proszę: udało się! Od tej pory zwykło się zabieg udanego skoordynowania działań dwu polskich armii określać mianem cudu.
Po walnym zwycięstwie zaczęło się to, co w takich przypadkach najważniejsze, to znaczy zastanawianie się, komu je zawdzięczać. Ponieważ były to czasy, kiedy częśc naszego społeczeńswa mocno się zlaicyzowała nie bardzo chciano się zgodzić na przyjęcie najsensowniejszej hipotezy o boskiej interwencji. Wreszcie stanęło na tym, że patrioci różnych odcieni mieli do wyboru Piłsudskiego, Rydza Śmigłego, albo Rozwadowskiegio, kosmopolici generała Weyganda, a wierzący, w zależności od wyznania, każdy na swój sposób, dziękowali Stwórcy.
No i dobrze. Jak tylko z grubsza ustalono, kto i dlaczego wygrał wojnę, to już nie było się o co kłócić więc powrócono do pomysłyu z pisaniem konstytucji. Najpierw dość długo i starannie napisano jedną, żeby ją potem uznać za niestarannie napisaną i zastąpić ją - tworzoną w szczuplejszym gronie - drugą. Druga była całkiem przyzwoita i ledwo zdążyliśmy się nią nacieszyć - znowu rozbiory.
Nawiasem mówiąc Polacy powinni się trzy razy zastanowić zanim zaczną pisać konstytucje. Dwukrotne powtórzenie się sekwencji zdarzeń: konstytucja, rozbiory nie powinno być może jeszcze prowadzić do tworzenia jakiejś zasady dziejowej rządzącej naszą historią, powinno jednak skłonić do pewnej ostrożności przy okazji pisania.
Na swój użytek przyjmuję, że rozbiory są konsekwencją nie tyle pisania, ile czytania i jest to założenie o tyle pocieszające, że można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że tej ostatnio napisanej nikt nie przeczytał i nie przeczyta, bo ma dłużyzny.
Rozbiory na naszej narodowej świadomości zaciążyły bardzo. Z jednej strony bardzo nam się nie podobały, o czym świadczą nasze nieudane zrywy. Z drugiej strony musieliśmy je chyba pokochać, bo jak tylko odzyskujemy niepodległość to urządzamy sobie w tej niepodległości elementy rozbiorowe.
No bo jak inaczej tłumaczyć, że przy okazji każdego urządzania się na nowo fundujemy sobie państwo, administrację i mnogą rzeszę urzędniczych zastępów wymodelowanych po częsci na modłę pruską, po części na rosyjską, a po części austro-węgierską? W polskim urzędzie traktuje się Polaka pruskim zwyczajem jak szmatę, rosyjskim ściąga się haracz i okrada, a nad tym wszystkim unosi się kafkowski duch rodem z nieboszczki Austrii. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni dlaczego fundujemy sobie Redaktorów Naczelnych i skąd w ogóle pomysł na fundowanie sobie takiej ekstrawagancji?
Moja zdradliwa i bujna wyobraźnia podsuwa mi kilka możliwych wytłumaczeń tej ostatniej osobliwości socjologiczno - ustrojowej, nie dam się jej jednak zwieść i nie podążę żadnym z sugerowanych arcyciekawych tropów, bo sprawa jest zbyt ważka, a instytucja Redaktora Naczelnego - choć nie wymieniona expressis verbis w żadnym akcie prawnym konstytuującym podstwy ustrojowe kolejnej już, trzeciej Rzezcpospolitej - jawi mi się zwornikiem obecnie, miłościwie panującego nam ładu i mam głębokie przeczucie, że bez tego zwornika cała ustrojowa konstrukcja mogłaby się złożyć, jak namiot pozbawiony głównego masztu.
Obywatelskie poczucie troski nakazuje mi więc porzucić wszelkie dywagacje, choćby nie wiem jak bardzo jawiły się intweresującymi, porywającymi i uciesznymi. Skoro jednak dotarliśmy podążając sladami klossowych marzeń senynnych do kolejnego etapu naszej historii, to również należałoby ten etap krótko spuentować.
Następstwem napisania drugiej konstytucji, a trzeciej w dziejach były kolejne rozbiory. Nie wzięła w nich udziału Austria, bo jej nie było, jako że sama została zjedzona. Pozostali uczestnicy wydarzeń podzielili się Rzeczopospoltą tradycyjnie, po połowie. Znów znakleźliśmy się w stanie życia pozagrobowegi, więc znów obrodziło romantycznymi wierszami. Odmiennie niż za czasów poprzednich rozbiorów poeci nie wyjeżdżali do Paryża tylko ginęli en block w róznego rodzaju łapankach, kazamatach i na barykadach. Do dziś toczą się spory, czy poeci są najlepszymi kandydatami do używania ich w ogniu walki. Spór próbowano zakończyć poetyckim i górnolotnym stweirdzeniem, że jesteśmy nacją, która strzela do wrogów diamentami, co mnie osobiście nie bardzo przekonuje, bo skoro wszyscy wokół walą do nas ołowiem, a diamenty chowają w sejfach, to może warto by się na tym zastanowić i jeszcze raz wszystko sobie dokładnie przemyśleć. Sam nie wiem...
Po rozbiorach dostaliśmy prezent, który, po kilku latach dywagacji, nazwano PRL. To miało być pańswto oparte na zaleceniach niejakiego Marksa, który spisywał te swoje zalecenia za pieniądze niejakiego Engelsa, i którego myśli zostały twórczo rozwinięte przez niejakiego Uljanowa, ksywa: Lenin, chorego na syfilis i niejakiego Dżugaszwilego, złodziejska ksywa: Koba, organizacyjna: Stalin, który był strasznie podobny do konia Przewalskiego i zmarł na skutek odcięcia dopływu powietrza do płuc przy pomocy poduszki.
Z tym ufundowanym nam państwem to były same kłopoty. Największy kłopot był z aparatem. Jakby się nie szukało, to nijak nie można było tego aparatu znaleźć na mazowieckich równinach. Przynajmnie od razu. Żeby dało się zrobić tybylczy zaciąg to trzeba było sobie najpierw wychować nowe pokolenie tubylców, o zupełnie innych cechach charakterologicznych, niż te które do tej pory posiadało. Zdecydowano się więc na zaciąg najemny. A że dla zawodowych aparatczyków - kondotierów - PRL nie jawił się wcale jakąś tam ziemią obiecaną więc z konieczności musiano zadowolić się pośledniejszym sortem. Jednak, dzięki temu zaciągowi pula genów mieszkańców nadwiślańskiego kraju wzbogaciła się o geny, którymi nie wzbogaciłaby się w żaden inny, możliwy do wyobrażenia sobie sposób. Że są to geny niekiepskie dobitnie świadczy fakt, że nie tylko życia w PRLu, ale także życia w Trzeciej Rzeczpospolitej nie dałoby się wyobrazić gdyby tych genów zabrakło. Połowa najważniejszych stanowisk w Rzeczpospolitej musiałaby pozostać nieobsadzona, gdyby potomkowie pierwszego zaciągu zdecydowli się na emigrację. Kloss zaczynał właśnie śnić historie alternatywne związane z opisanymi już genami, kiedy profesjinalna obsługa American Airlines w osobie opisanej już przystojnej stewardessy przerwała tę arcyciekawą czynność potrząsając go delikatnie za ramię.
- Mister Kloss - wyszeptało dziewcze pochylając się nad nim z zawodowym uśmiechem - proszę zapiąc pasy, za piętnaście minut lądujemy w Warszawie.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)