To, czego się Kloss najbardziej obawiał przed swoim wylotem do kraju zdawało się potwierdzać. Ile by się nie kręcił po warszawskim lotnisku, wciąż nie zmógł znaleźć nikogo, kto sprawiałby chociaż wrażenie, że na niego czeka. Postanowił przejechać się i rozejrzeć po mieście wybudowanym na gruzach tamtej stolicy - którą pamiętał, ale cena za kurs taksówką okazała się być czterokrotnie wyższa niż cena za kurs na podobnie długiej trasie w Nowym Jorku. Postanowił więc jeszcze chwilę poczekać uzbrajając się w cierpliwość i licząc na to, że jednak ktoś w końcu się pojawi. Usiadł na ławeczce przed główną halą dworca lotniczego i czekał. Chyba znów przymknął oczy, bo chwilę trwało zanim zareagował na delikatne pukanie w ramię.
- Pan Kłos? - zapytał ten ktoś, kto go pukał.
- Kloss - sprostował Kloss przyglądając się pukającemu. Stał przed nim blondchłopak o czerstwej, szczerej i rumianej twarzy, ubrany w skórzaną, motocyklową kurtkę, z którą kontrastowały zielone spodnie od dresu i gumiaki. Przez przegub dłoni przewieszony miał kask motocyklowy starego typu - ze skórzaną osłoną na potylicę - i to przynajmniej tłumaczyło krój kurtki, w dalszym ciągu jednak nie dawało odpowiedzi na pytanie o dobór reszty garderoby.
- Może i Klos - zgodził się chłopak - pan na wesele do Karwowskich?
- Na wesele - przytaknał Kloss woląc nie powtarzać nazwiska państwa młodych, żeby się nie wydało, że słyszy je po raz pierwszy.
- Pan z Ameryki? - dopytał chłopak, wyraźnie przejęty.
- Z Nowego Jorku - doprecyzował Kloss. - Przyleciałem półtorej godziny temu - spojrzał wymownie na zegarek.
- No to wszystko gra - młodzieniec spojrzał na swój. - To właśnie pana mam odebrać.
- Jasiek jestem - podał mu szorstką dłoń. - Drużba pana młodego. Henia Karwowskiego, znaczy.
- A nie powiedzieli panu, o której przylatuje samolot? - drążył temat Kloss, choć już tylko z czystej ciekawości, bo chłopak wydał mu się sympatyczny i wcale nie zamierzał go rugać.
- Powiedzieli - wzruszył ramionami chłopak. - No to jestem, nie? - popatrzył na Klossa zdziwiony.
- W zasadzie to tak - przyznał Kloss i zakończył temat spóźniania się, bo widać było, że półtorej godziny to nie jest czas, który w Polsce mógłby cokolwiek znaczyć.
- No! - zawołał chłopak radośnie - tam za tym płotem to zostawiłem motór. Chodźmy szybko, bo kask, co go wziąłem dla pana mogą podpieprzyć. Ruszył przodem nie czekając na Klossa, który szedł wolno, bo musiał taszczyć nie za lekką walizkę. Trochę się zasapał zanim odnalazł chłopaka, który tymczasem znikł za ogrodzeniem i parkującymi tuż przy nim samochodami. Jego przewodnik stał przy dziwnie wyglądającym wehikule. Można by go uznać za maszynę służącą do wyścigów motokrosowych, gdyby nie umieszczone po bokach owiewki i olbrzymie głośniki sterczące zza tylnyego siedzenia.
- Fajna maszyna! - pochwalił Kloss chcąc być grzecznym.
- No - potwierdził chłopak - on jest przerobiony z emzety, wie pan. Tylko ma kolumnę z tyłu z subwooferem, coby było basy lepiej słychać.
- Lubi pan słuchać muzyki w czasie jazdy?
- No - przytaknął drużba - nawet wożę sampler techno ze sobą. Jak mi się znudzi, to sobie puszczam co nowego z tego samplera.
- Przejedziemy przez Warszawę? - zapytał Kloss licząc na to, że po drodze obejrzy sobie stolicę.
- No - powtórzył chłopak po raz kolejny. - Bo musimy się przedrzeć na prawy brzeg. Wesele jest czterdzieści kilometry na wschód od Warszawy, przy drodze na Białystok. W tej restauracji, co się nazywa “Mariola”, wie pan?
- Dokładnie to nie wiedziałem - bąknął Kloss - myśli pan, że maszyna wytrzyma?
- Co ma nie wytrzymać, panie. Z ojcem to żeśmy w tym roku nawet trochę pługa ciągnęli tą emzetą i jakoś poszło. Silnik rzęził jakby trochę, ale tak poza tym ciągła. - Podał Klossowi kask, który miał przytroczony do siodełka. - Pan założy, bo bez kasku nie wolno. Poza miastem, jak już będziemy bliży wsi, to se pan zdejmiesz, bo jakby co, to tam są już nasze chłopaki w drogówce, ale tu, panie, to szkoda by było, jak byś pan musiał mandat zapłacić, bo z tymi warszawskimi gliniarzami to się nie pogada. Jak widzą, że rejestracja nie z Warszawy, to zara łoją. Ze trzysta złoty, albo i lepiej.
- No dobrze - Kloss założył kask i zapiął rzemyk pod brodą. Chłopak wgramolił się na motocykl i kopnął w zapłon. Za siódmym razem zaskoczyło i z rury wydechowej wypadły kłęby czarnego dymu.
- Wsiadaj pan - zawołał chłopak przekrzykując nieprawdopodobny hałas. Kloss usiadł na siedzeniu i zaczął bardzo gorzko żałować, że jednak nie wziął taksówki. Chciał jeszcze o coś dopytać, ale naglę ogłuszył go jakiś nieprawdopodobny, rytmiczny łomot dobiegający tuż zza jego pleców. Potrzebował długiej chwili, żeby się domyślić, że dżwięki dobiegają z głośnika i są zaplanowaną atrakcją, która będzie im towarzyszyła podczas drogi. Motocykl ruszył wolno po łuku i nagle wystartował gwałtownie jadąc przez chwilę na tylnym kole. Kloss najpierw wyrżnął potylicą w głośnik, a potem plastykowym daszkiem kasku w plecy kierującego, na skutek czego osłona głowy zsunęła mu się na twarz zasłaniając ją całą. “Już wiem, czemu skazańcom zawiązuje się oczy” - pomyślał pechowy turysta i skoncentrował się na tym, żeby nie spaść z maszyny podczas kolejnych zakrętów, gwałtownych przechyłów i przyspieszeń. Po jakichś dziesięciu minutach szalonej jazdy, na wpół ogłuszony i niewidomy Kloss dosłyszał przeraźliwy krzyk: - Pałac Kultury!
- Nic nie widzę! - odkrzyknął starając się podnieść daszek kasku brodą.
- Nic nie słyszę! - odpowodział mu gromko kierowca i przyspieszył.
- A tera Wisła! - zakomunikował mu przewodnik przeraźliwym okrzykiem po kolejnych dwudziestu minutach.
- Pomóż mi pan zdjąć ten cholerny kask! - zawył Kloss w odpowiedzi.
- No jest piach, bo poziom wody niski! - dobiegło go poprzez łomot perkusji i wycie silnika.
Kloss zrezygnowany przylgnął osłoniętą kaskiem twarzą do pleców rajdowca i przysiągł sobie, że już nigdy więcej nie wsiądzie na motocykl. Jechali jeszcze jakieś pół godziny i Klossowi zrobiło się niedobrze.
- Zara dojeżdżamy! - usłyszał następny komunikat.
- Kask - wrzasnął wściekle zbierając wszystkie siły Kloss.
- No jasne, że szast - prast! Ma sie technikę jazdy, nie?
Wtreszcie mordęga dobiegła końca. Motocykl zwolnił i zatoczył kolejny łuk, po czym stanął.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)