GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE
29
BLOG

POMNIKI PRZYRODY OJCZYSTEJ

GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE Kultura Obserwuj notkę 4

 

        Kiedy tylko Kloss mógł puścić uchwyty zamocowane przy siodełku, uwolnił się od maski zasłaniającej mu twarz. Kierowca odwrócił się do niego i spojrzał wyraźnie zadowolony ze swojej brawury i fantazji. - Warszawa fajne miasto, no nie?
- Tak... - wydusił z siebie Kloss, który ledwo zipał - bardzo... ładne. Nowoczesne...
- Stolica! - wyjaśnił rozpromieniony kierowca. Kasa się kręci, nie to co u nas. - Pokazał na otoczony drzewami budyneczek, przy którym stanęli. - Tam jest tyle urzędów, że nie zliczyłbyś pan. A każdy urzędnik ma kasy po pachy. U nas to tylko w gminie... Ale co tam, gmina! - machnął pogradliwie ręką. Ludzie nie mają roboty, tak jak w Warszawie. W Warszawie to w tych urzędach samych to ze sto tysięcy ludzi pracuje... A u nas, panie, bezrobocie.


- A gdzie jest ta restauracja... To wesele...? - zapytał słasbo Kloss, który koniecznie chciał odpocząć.
- A to będzie jeszcze cztery kilometry. - Chłopak pokazał ręką na wschód. - Ale to już polami pojedziemy, a trochę lasem, bo muszę się piwa napić. Wziąć panu jedno? - zapytał uprzejmie.
- Bardzo proszę - zgodził się Kloss. Chłopak ruszył w kierunku budyneczku, ale zaraz przystanął, podrapał się w głowę i wrócił.
- A z dychy to by pan nie miał? - zapytał - bo ja ten... portfela nie wziełem z domu...
- Nie ma sprawy... - Kloss poszperał po kieszeniach i podał mu pomięty banknot.
- No! - zawołał uradowany młodzieniec przyglądając się z radością dziesięciodolarówce - za to, to możemy jeszcze zrobić motocross po lesie!


- To może jutro? - zaproponował Kloss czując jak opuszcza go resztka sił.
- Może być jutro - chłopak kiwnął głową. - To ja zara wrócę. Może puszczę panu co z samplera - podszedł do motocykla.
- A nie, nie, dziękuję - zawołał Kloss pospiesznie. - Ja, wie pan, muszę sobie przyswoić to co już usłyszałem, bo mi z głowy wyleci.
- Fajne, nie? - drużba wyszczerzył się do Klossa promiennie.
- Bardzo, bardzo dynamiczne i... przenikające do głębi - zapewnił go Kloss gorąco. Chłopak pobiegł ucieszony i po pięciu minutach wrócił niosąc cztery otwarte butelki z piwem.
- Przepraszam, ale chyba nie dam rady dwóch - żołądek Klossa wciąż nie doszedł do normalnego stanu.
- Nie szkodzi - pocieszył go rajdowiec - to ja wypije trzy, żeby się nie zmarnowało - zaoferował ochoczo. - Chodź pan, usiądziemy sobie na ławce pode drzewem. Kloss podążył za nim na miękkich nogach i opadł na pomalowaną na niebiesko ławeczkę z ciężkim westchnieniem. - Masz pan - chłopak wręczył mu pękatą butelkę z etykietą, na której obok skrzyżowanych szabel i daty tysiąc trzysta czterdziesty widniała głowa Kozła oraz nazwa trunku: “Jasne Rycerskie”.


- Strasznie stary ten browar - Kloss z podziwem przyglądał się dumnie wyrytej dacie, z którą producent wiązał początki swojej manufaktury.
- No, no! - pokiwał głową młodzieniec pociągając tęgo z buteleczki - to już z dziesięc lat będzie, jak go ten Niemiec, co tu przyjechał otworzył.
- Dziesięć lat? - powtórzył zaskoczony Kloss. - Bo tu jest napisane - o! - wskazał palcem - tysiąc trzysta czterdzieści.
- To może jaka bitwa tu była? - zastanawiał się chłopak. - Albo te... jakieś koronacje, czy inne tam takie... turnieje, czy zawody u tych rycerzów. Ja tam, wie pan, z historii to zawsze taki sobie w szkole byłem. Ja mam ciężką głowę do dat... Te takie najważniejsze to ja pamietam, wiadomo.


- A które są teraz najważniejsze? - zainteresował się Kloss.
- No jak to, które? - tym razem to młodzieniec był zaskoczony. - Czterysta dziesięc i czterdzieści pięc, nie? Grunwald i wyzwolenie w czterdziestym piątym. Wszystko na temat. - pociągnął kolejny łyk.
- A pomiędzy? - dopytywał się zaintrygowany Kloss.
- Wiadomo - jego rozmówca wzruszył ramionami - powstania, wojny i ten... husaria - wyliczał - ta... Wanda, co nie chciała Niemca... Wasilewska chyba ona się nazywała. No - podrapał się w głowę - to jeszcze przed Grunwaldem chyba... - zmarszczył czoło - niewola chłopa pańszczyźnianego. No i przed wojną - twarz mu sięnagle rozjaśniła - to zrobili taki motocykl, co się Sokół nazywał. Normalnie jak Harley Davidson, strasznie podobny.


- A po wojnie? - odważył się, pomimo wszystko, zadać kolejne pytanie Kloss.
- A to już nie robili. Syrenkę robili, Warszawę, Malucha, Poloneza potem... ale Sokoła to już nie. Z motorów to były tak - zapalił się trochę - Junak, Wueska, Java... i na końcu Emzeta - wskazał na swoją maszynę.
- W Ameryce - Kloss postanowił znaleźć wspólny temat, choć nigdy nie był zbyt mocny, jeśli chodzi o motoryzację - Chevrolety, Fordy, Buicki Jeepy i... - starał się sobie przypomnieć jeszcze jedną amerykańską markę, ale bez powodzenia - no i potem to japończyki. Mercedesy, Jaguary...
- Łe, no ta! - szczerze roześmiał się chłopak - W Ameryce! Wiadomo! Ale tutaj to była komuna!
- Ciężko było?


- Eee - chłopak skrzywił się pogardliwe - ciężko to nie... nawet tak jakoś jakby lepiej trochę było... Robota była. W pegeerze. W ubojni. Szkoła była imienia Tysiąclecia PRL, czy jakoś tak... Tera to ją zamkli i dzieciaki muszą drałować pięć kilometrów do drugiej wsi, ale wtedy była... Pożyczki dawali na wsi, co ich nie trzeba było oddawać. Nie było źle... Ale - zastanowił się chwilę - dyskotek tyle nie było, co dzisiaj. Dwa kanały w telewizji - prychnął pogardliwie. Video nie było. Satelity. No nie - zatrzepał ręką - satelita i video to były już pod koniec komuny. No, co tam jeszcze - mozolnie starał się wyłapać różnice pomiędzy starym, a nowym ustrojem. - Kombajny były... Części do traktora nie było - przypomniał sobie. - Trzeba było do Warszawy jeździć. Tera to są - kiwnął głową i zakręciwszy butelką dokończył pierwsze piwo - ale drogie. Wtedy, co ich nie było, to tanie były. Kurę dałeś, pół świniaka i były, nawet jak nie było. Trochę było tam dobrze, a trochę to lepiej tera... No - ożywił się - mówią, że jak wejdziemy do tej no... Unii, to znowu będzie tak, jak było, że będą pieniądze dawali... Tylko wiesz pan, zanim taki mój ojciec, na ten przykład, te pieniądze zobaczy, to połowę po drodze ukradną...


- Złodzieje? - zaniepokoił się Kloss.
- Gdzie tam, złodzieje - prychnął chłopak - urzędniki.
- A co na to policja? - nie mógł wyjść ze zdumienia Kloss.
- Policja? - zastanowił się ciężko młodzian. - No taka, co stoi na drodze, to chyba nie ukradnie, bo niby jak? Może ta w mieście - myślał głośno. W Klosie narastało dziwne uczucie. Bliskości i olbrzymiego dystansu zarazem.
- No a politycy? Co na to wszystko?
- No oni to ukradną - chłopak pokiwał głową z przekonaniem. - Zresztą - machnął ręką - niech tam kradną, co ich. Grunt, żeby to co zostanie oddali ludziom, nie?
- Wie pan, co? - Kloss zafrasował się ciężko. - To po co żeście obalali ten cały komunizm? Skoro, jak sam pan twierdzi, trochę było wtedy lepiej, a tylko niewiele gorzej.


- Co? Ja obalałem? - zawołał chłopak oburzony. - To te z miasta! U nas tam nikt nie obalał. Zresztą, sam pan popatrz. Przez całą komunę to w Gminie był taki Warciołek pierwszym sekretarzem. No i potem go wyrzucili, że niby komuna. Coś tam ze trzy lata go może nie było... I co? Teraz jest znowu Warciołek. A dlaczego? - spojrzał triumfalnie na Klossa.
- Nie wiem - przyznał Kloss przygnębiony.
- Bo jego brat pracuje w ministerstwie. Za komuny pracował to i tera pracuje! Bo fachowiec!
- A od czego?
- Jak od czego? - oburzył się chłopak. - Od wszystkiego! Od ministerstwa chyba, nie?
- Chyba, że tak - Kloss musiał się zgodzić przygwożdżony miejscową logiką. - A co z bohaterami? Tymi, co walczyli na wojnie?
- Z tymi z wojny? - szczerze zafrasował się znowu młodzieniec. - No jest ruski pomnik przy szosie... Jest partyzantów pomnik w lesie... W gminie je tablica... No mój dziadek to był partyzant - zawołał nagle gromko przypominając sobie.
- Od tych partyzantów z lasu?


- No... - młodzian podrapał się w głowę - to coś było tak, że od tych to nie bardzo. Zara, zara, jak to było? Bo dziadek - mówił powoli nie chcąc czegoś pokręcić - to był taki partyzant od początku wojny. Do końca. A po wojnie to go komuniści wsadzili do więzienia i dopiero pięćdziesiątym którymś wyszedł. I tak babka mówiła, że cud, że go puścili. A tamci, co to ich pomnik jest w lesie, to byli inni. Poczekaj pan... dziadek mówił, że oni to byli jakieś KBW, czy co? No, w każdym razie to oni dziadka na końcu przyskrzynili. I dziadek coś mówił, że oni tak jakoś nie bardzo w czasie wojny tam działali w tym lesie, za to po wojnie działali... Tylko, kurdę, co oni tam robili po wojnie, jak już było po wojnie? - Zamyślił się głęboko. - No ta, po wojnie to oni dziadka łapali!

coraz weselszy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura