Kloss wypuścił powietrze z płuc, otrzepał zakurzone spodnie i marynarkę i ruszył sobie powolutku drogą biegnącą miedzą w kierunku lasu. Szedł, słońce przyjemnie grzało, nad głwą ćwierkały ptaszki, a rozmokła, wiosenna ziemia wydawała z siebie zapach ciężki i przejmujący do głębi.
Ten zapach Kloss rozpoznał jako ojczysty i nawet się nieco wzruszył. Przy miedzy rosły grusze i wierzby przycięte na polską modłę. Kloss minął porzucony przy polu kawał zardzewiałej rury, starą oponę od ciągnika rolniczego i wtedy, tak na prawdę wtedy dopiero, zrozumiał, że wrócił do domu. Szedł jeszcze kilka minut, aż znalazł się w lesie, przenikliwie pachnącym i mieniącym się na wiosenną modłę różnorodnością odcieni zieleni.
Przyglądał się drzewom zastanawiając się, jak to jest, że przyroda w róznych krajach, nawet jeśli są położone w niemalże takich samych strefach klimatycznych, może tak bardzo się różnić. Mimo iż nie potrafiłby wskaząć i precyzyjnie nazwać tych różnic, to jasne było, że las był zupełnie innym lasem od tych, które widział w Ameryce. Ten był jakiś taki bardziej swój!
Nie minęła długa chwila, a znalazł się na opisanej precyzyjnie prze motocyklistę krzyżówce. Rzeczywiście, zgodnie z opisem, stała tam kapliczka, a pomalowana na jaskrawe kolory figura Matki Boskiej Zwycięskiej żywo kontrastowała z otaczającą ją bujną zielenią. Kloss skręcił w prawo i poszedł dalej bitym duktem leśnym. Dukt biegł prosto jak strzała i Kloss zupełnie przestał się obawiać, że mógłby się zgubić.
Na poprzerastanym mchem i trawą piachu znać było ślady kopyt i kół furmanek. Gdzieniegdzie, w miejscach gdzie ciężkie wozy wyżłobiły głębokie ślady zebrała się woda. Czasami natrafiał na wypolerowany korzeń drzewa rosnący w poprzek i wystający z ubitej ziemi. Wszystko to przywodziło mu na myśl dzieciństwo i zrobiło mu się tak dziwnie błogo. Szybko zapomniał o trudach podróży i niewygodach motocyklowego rajdu.
Nawet się nie spostrzegł, kiedy las przerzedził się i zza drzew błysnęła błękitna tafla wody. Były to stawy - kolejny punkt orientacyjny z opisu drogi drużby Jaśka. Kloss przeszedł przez mokrą łąkę i ruszył raźno przez groblę. Na powierzchi obu stawów raz po raz pojawiały się kręgi świadczące, że stawy były zarybione. Nad jednym z przeciwległych brzegów kroczył sobie majestatycznie bocian pilnie wpatrując się w wodę w poszukiwaniu pożywienia.
Jeszcze chwila i Kloss znalazł się przy asfaltowej drodze przy której ustawiony był prześmiesznie wyglądający żółty, okrągły znak z napisem PKS i przytwierdzonym niżej na metalowym słupku również żółtym rozkładem jazdy. Na znaku ktoś napisał sprayem WTS Nasi Chools i Kloss rozejrzał się zaniepokojony w poszukiwaniu miejscowych rzezimieszków, ale wciąż było tak samo pusto, leniwie i sennie.
Skręcił w lewo i w ciągu pięciu zaledwie minut zobaczył wychylające się znad przydrożnych, gęstych krzaków szare dachy domostw. Przy wjeździe do wsi, na skrzyżowaniu w ksztacie litery T, napadło na niego stado kur, które gdacząc przeraźliwie gnały, żeby skryć się w wypełnionym pokrzywami rowie. Droga znów stała się piaszczysta i zaprowadziła go - co przyjął z ulgą - wprost do domu weselnego.
Wygląd budowli, w którym znajdować się miała weselna sala wprawił Klossa w niemałą konfuzję, bo dawno niewidział czegoś tak bardzo nienadającego się na tak romantyczną uroczystość. Dom zbudowany był z pustaków, czego nie usiłowano nawet zamaskować tynkiem, kryty papą drewniany dach ustrojony był za to różnobarwnymi wiankami i wiązankami oraz balonami, co nadawało całości surrealistyczny charakter. Przed domem weselnym, który nosił - tak jak powiedział Klossowi motocyklista Jasiek - nazwę Mariola, stało zaparkowanych kilka niepierwszej młodościi samochodów znanych marek, a jeden z nich przyozdobiony był przytwierdzonym do maski kiczowatym, plastykowym łabędziem oraz wianuszkiem przywiązanych do rury wydechowej pustych puszek po piwie.
Kloss odgadł, że wszystko to są świadectwa ukształtowanych pod jego nieobecność w kraju nowych obyczajów weselnych i mimo wątpliwości natury estetycznej zdecydował się je zaakceptować.
Na podwórku przed restauracją Mariola, grząskim i pełnym kałuż, pomiędzy samochodami kręcili się ludzie. Ich pełne fantazji wieczorowe stroje świadczyły, ze mają być uczestnikami weselnych uroczystości. Kilku zbiło się w grupę i piło znane już Klossowi piwo z butelki.
- To ten! - Kloss rozpoznał we wskazującym go palcem uczestniku raczącej się piwkiem grupy znanego mu już Jaśka - To ten facet z Ameryki! Rzopoznanie spowodowało poruszenie w kręgu pijących, a jeden z nich wyszedł w kierunku Klossa wyciągając dłoń i dużym złotym sygnetem na serdecznym palcu - Henio Karwowski - przedstawił się i mrugnął do Klossa - Bardzo się cieszę, że wujek przyjechał do nas z tak daleka...
- Mnie również jest bardzo miło - Kloss potrząsnął podaną mu dłonią. - Bardzo się cieszę, że będę miał zaszczyt...
- Dobra, dobra - przerwał mu Henio Karbowski - niech wujek wejdzie do środka i się rozgości, bo potem ta hołota - niespecjalnie się starał, żeby nie być słyszanym - zajmie najlepsze miejsca. Spotka tam wujek całą naszą dawno niewidzianą rodzinę. Zyczę wujkowi dobrej zabawy - złapał go za łokieć i zaczął prowadzić ku schodom - a potem to pogadamy jeszcze. Kloss posłusznie zaczął się wspinać na betonowe schody wiodące do domu pozostawiając Henia Karbowskiego w towarzystwie raczących się chmielowym napojem Kiedy wchodził w drzwi usłyszał jeszcze, jak Henio przybliża jego osbę znajomym.
- Taa... facet w tej Ameryce, to narmalnie ma miliony. Dom w Hollywood i prywatny helikopter... Z tym... Jacsonem to se, normalnie, w bilard grają... Prezentowane, jego własne, dossier rozczuliło Klossa, bo chociaż nigdy nie marzył o graniu w bilard z Jacksonem, to helikopterem i domem w Hollywood nie pogardziłby na pewno. Wszedł do dużej sali pozastawianej stołami. Pod ścianą, za niewielką, wolną od stolów przestrzenią parkietu zbudowano podwyższenie. Na podwyższeniu stał elektroniczny keyboard i dwa mikrofony. Wśród plataniny kabli uwijali się dwaj młodzi ludzie w dziwacznych fioletowych garniturach i farbowanych na blond wlosach. Kloss odgadł w uwijających się wśród kabli muzyków i zaniepokoił się, czy przetrzyma.
Ponieważ stwierdził, że i tak nie będzie miał wyjścia, zasiadł na wolnym miejscu, w penym oddaleniu od poustawianych głośników i zaczął kontemplować przygotowane na uroczystość polskie specjały, za którymi tak bardzo się stęsknił.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)