1.Los Stefana
- Pan jest gościem pana młodego, czy panny młodej? - Kloss usłyszał skierowane do siebie pytanie i odwrócił się tam, skąd dobiegł go głos pytającego. Głos należał do około pięćdziesięcioletniego mężczyzny o przyjemnej fizjonomii. Siwiejące włosy zaczesane miał gładko do tyłu, a z jego oczu wyzierała prostoduszność i uczciwość.
- W zasadzie obojga - wymigał się Kloss nie chcąc zdradzać treści umowy łączącej państwa młodych z biurem podróży.
- Ach tak - starszy pan skinął z aprobatą udając zrozumienie, bo widać było, że odpowiedź nieco go dziwi, ale nie chce dopytywać dalej bojąc się urazić swojego rozmówcę.
- Nazywam się Karwowski. - przedstawił się i wyciągnął rękę. - Inżynier Stefan Karwowski.
Kloss uścisnął jego dłoń w odpowiedzi i grzecznie wskazał ręką na sąsiednie krzesło. Widać było, że inżynier ma ochotę na rozmowę i Kloss przystał na nią chętnie licząc, że dowie się od niego jakichś interesujących szczegółów o tak dawno nie widzianej ojczyźnie.
- Pan z Warszawy? - jednak to przemiły inżynier zaczął dowiadywać się pierwszy.
- Nie, przyleciałem z Nowego Jorku. Dzisiaj o czternastej.
- Ach to pan z Ameryki! - ucieszył się strasznie Karwowski. - Pan od dawna w Ameryce?
- Od dzieciństwa w zasadzie - Kloss nie zamierzał zdradzać szczegółów.
- No to świetnie pan mówi po polsku, bez akcentu...
- Dziękuję - Kloss za nic nie mógł zrozumieć, dlaczego miałby mówić z akcentem po polsku. - W mojej rodzinie zawsze kładziono duży nacisk na poprawne wysławianie się.
- To ważne, proszę pana - inżynier pokiwał głową z aprobatą. - Moja rodzina, choć nie miała tyle szczęścia co pańska i nie zdołała wyjechać, była również rodziną o dużych tradycjach... No... nie będę tutaj opowiadał, że mam jakichś herbowych antenatów, co to, to nie... Ojciec był kolejarzem przed wojną. A przed wojną, proszę pana, kolejarz to był ktoś. Nie to co dzisiaj. Czy pan myśli, że kolejarz mógł być nieogolony? Albo żeby było od niego czuć piwem w pracy? Albo żeby miał niewyprasowany mundur?
Nie, nie... Pamiętam taką opowieść z dzieciństwa. Babcia, która miała ambicje, postanowiła pójść do pracy. Pięknie pisała. Takie kaligraficzne pismo, dzisiaj ludzie bazgrzą, nie piszą. I udało jej się dostać posadę kancelistki w biurze notarialnym. Jak się dyrektor mojego ojca dowiedział, zaraz go wezwał na dywanik. “Czy pan, panie Karwowski uważa, że należy się panu podwyżka?” zapytał dziadka. “Czy pensja, którą płacą panu Polskie Koleje Państwowe zda się panu zbyt niska? Czy dom, który pan kupił nie jest wystarczająco wygodny?
Nie!” odpowiedział mój dziadek przerażony, że swojemu pryncypałowi musiał nie wiedzieć czemu podpaść, skoro ten prowadzi z nim taką dziwną rozmowę. “To proszę mi wytłumaczyć, dlaczego żona pana zmuszona jest do podejmowania pracy, zamiast siedzieć w domu i zajmować się dziećmi?” Takie to były, drogi panie, czasy! A potem... eh! - Karwowski machnął ręką. Dom diabli wzięli, przepadł w powstaniu... koleje diabli wzięli, a jak już odbudowali - nie było to samo. No i czterdzieści lat żyliśmy sobie w komunizmie.
- Ciężko było? - zapytał Kloss cicho, chcąc wreszcie usłyszeć twierdzącą odpowiedź na zadane pytanie.
- Ciężko? - zdziwił się inżynier. - Wie pan - zmarszczył czoło - ciężko, to byłoby powiedzieć, że było ciężko. Zwyczajnie było. Ja na przykład uważam się za spełnionego człowieka, szczęśliwego. Studia skończyłem inżynierskie. A ja jestem ze wsi i gdyby nie ten ustrój, to pewnie bym krowy pasał.
A tak - do szkoły wysłali. Poszedłem. Uczyłem się pilnie i starannie. Studia skończyłem w terminie. Z wyróżnieniem. Ożeniłem się, dzieci, robota... Wie pan, czasu nie było, żeby się jakoś rozglądać wkoło... Owszem, czasami coś, gdzieś, ktoś mówił, że tego zamknęli czy tamtego. Ale wie pan, ja tam się nigdy wielką polityką nie zajmowałem. Odbudowywaliśmy i modernizowaliśmy Warszawę. Trasa Łazienkowska... widział pan? - zapytał Klossa z nadzieją w głosie.
- Przejeżdżałem - odpowiedział Kloss wymijająco.
- Moje dzieło - wyjaśnił Karbowski z dumą. - Osiedla z wielkiej płyty pan widział?
- Niezbyt dokładnie - Kloss zająknął się - przejeżdżaliśmy tak szybko...
- To szkoda, to szkoda... - zmartwił się inżynier. - Wie pan, ja na przykład do partii nigdy nie wstąpiłem. Ani moja żona, Magda Karwowska, może będę miał zaszczyt panu przedstawić - rozejrzał się wkoło. - Gdzieś poszła... No moja żona to mogłaby panu coś więcej powiedzieć... Ona tak bardziej uczestniczyła w życiu... opozycji.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)