Następnego dnia zgłosiłam się do Urzędu. Mysli pan, że tak od razu chcięli ze mną gadać? “Panienko! - mówili - zmykaj do domu, do garów, to jest robota dla facetów.” Wyrzucili mnie za drzwi, proszę pana. Byłam strasznie zdesperowana. Myślałam nawet o samobójstwie. Ale coś się we mnie zacięło, proszę pana, stałam się twarda. Zaczęłam szukać i węszyć. Odświeżyłam kontakty koleżeńskie, zaczęłam bywać tu i tam, trochę się puszczać... Wreszcie, kiedy przespałam się z Erykiem - takim naszym znajomym z Politechniki, moim i Stefana, dostałam “Kulturę”.
Pan wie, to Giedroyć wydawał w Paryżu. Przyniosłam do domu, pokazałam Stefanowi. Zbladł, ale wziął w ręce... Zamknął się w łazience i przeczytał. W nocy wzięłam to świństwo gumowymi rękawicami i zapakowałam do torby foliowej. Znów poszłam do Urzędu i zażądałam spotkania z samym pułkownikiem. Cud, że mnie przyjął. Rzuciałam to na stół i mówię: “To bibuła, którą rozprowadza mój mąż Stefan. Dostaje ją w tysiącach egzemplarzy od imperialistycznych szpiegów z Ambasady Francuskiej. Ich agentem jest Eryk...”
Podałam imię i nazwisko Eryka. Zażądałam przyjęcia mnie do służby. Po dwóch tygodniach byłam jużTW. I dostałam swoje pierwsze, uczciwie zarobione pieniądze. I pracę. Przykrywkę. Pan pułkownik uswiadomił mi, że aby być skutecznym TW muszę mieć jakąś pracę, co będzie tłumaczyło skąd mam pieniądze, a z drugiej strony da mi to szansę na penetrowanie i inwigilowanie nowego środowiska.
Zatrudnili mnie w instytucie i kazali wrócić na studia. “Nie musi pani chodzić” - tłumaczyli - “Raz, czy dwa niech się pani pokaże, a potem po wpis.” Złozyłam podanie o indywidualny tok studiów i po roku byłam już magisterm chemii. W międzyczasie, w ramach penetrowania środowiska sąsiadów, poznałam doktora.
To ten, który mieszkał piętro wyżej, wie pan? Pod sto czternastką. Później - wielki przyjaciel Stefana. Przy tej okazji poczęła się Jagoda. Ale warto było, bo doktor miał strasznie nieprawomyślne poglądy. On był z przedwojennej drobnomieszczańskiej rodziny. Takie pochodzenie to jest, wie pan, jak wiecznie ropiejący, niegojący się wrzód. Wyjątkowa kanalia! Jedyne co potrafił, to natrząsać się z towarzyszy, z towarzysza Wiesława. Wie pan? On uwielbiał go parodiować. Potem, za Gierka, krytykował wszystko i wszystkich.
No i wiadomo, czym sięto skończyło... Kryzysem! Tak musiało się skończyć, kiedy nie jedności polityczno - moralnej narodu, a siła przewodnia osamotniona walczy o rozwój i dobrobyt. Przedtem urodził się Mareczek. Jako owoc rozpoznania i inwigilacji w środowisku pracy, ze szczególnym uwzględnieniem docenta Gajnego. No - uśmiechnęła się - docent Gajny to jednak jest mężczyzna. Inwigilowałam go przez piętnaście lat, żeby się na samym końcu dowiedzieć, że jest jednym z najbardziej cenionych i szanowanych TW. A powinnam była się domyslić! - machnęła ręką rozbawiona.
Wie pan - sciszyła głos i rozejrzała się wkoło - męzczyną to on jest, ale chemikiem żadnym. Wpadłam na trop jego plagiatu, wie pan. Gajny zna niemiecki, kiepsko zresztą, ale miał studenta, który znał dobrze. No i razem przetłumaczyli taką pracę z niemieckiego i na tej podstawie Gajny zrobił doktorat, a ten student magisterium. Wtedy dowiedziałam się, że Gajny też jest w resorcie, bo zaproponowałam oficerowi prowadzącemu szantażowanie Gajnego tą wiedzą. No to co miał zrobić? Mówi do mnie: “Zostawcie Gajnego, to nasz człowiek”.
No a potem przyszło nieszczęście. Knucie kleru, proszę pana, ogólne zacofanie, zwłaszcza na wsi, i zaczęły się bunty. Chodziłam szara ze zmęczenia. Znów nawiedzały mnie samobójcze mysli. W pracy zorganizował się związek. Pamiętam, prosto z roboty poleciałam do Urzędu. Wpadłam w furię, proszę pana. “Rozstrzelać, zamknąć!” - krzyczałam. A pan pułkownik, a to był bardzo inteligentny męzczyzna, mówi do mnie: “Towarzyszko Karwowska, nie unoście się. Nie rozstrzelać, ale się zapisać.
Docent Gajny niech zostanie przewodniczącym, a pani - zastępcą.” Przyślemy wam doradcę do komitetu strajkowego - wybitnego intelektualistę opozycyjnego i jednego z największych TW w historii. Tak mi długo tłumaczył, perswadował, że dotarło. Przy tej okazji poczęło się trzecie Karwowskie, ale roboty było tyle, że usunęłam. To była praca! Przychodziłam do domu nieprzytomna ze zmęczenia. Zapamiętać, kto co mówił i na jaki temat, pisać te wszystkie raporty, inwigilować od rana do nocy! Mało nie oszalałam z nerwów, że to wszystko się zawali.
Ludzie już nie byli niechętni, albo obojętni. Oni, proszę pana, otwarcie negowali ustrój! Krytykowali władzę, śmiali się. Dopiero jak pojechałam na zjazd związku do Gdańska... bo mnie ta hołota wybrała delegatką - zaśmiała się złośliwie - to mi ulżyło. Usiadłam na tej wielkiej sali, w miejscu przeznaczonym dla delegatów z naszego regionu... Patrzę w prawo... A to pan kapitan w cywilu, ze znaczkiem w klapie, jak należy, też delegat... Patrzę w lewo... sierżant. W tył, też kapitan. W życiu mi, proszę pana, tak nie ulżyło! No, jak tu mamy takie kadry, to źle nie będzie.
No i w grudniu popakowaliśmy to wszystko raz dwa. Dziesięciomilionowy związek, proszę pana. Pięć milionów chłopa i żadnego znaczniejszego oporu! Nie chcę sobie przypisywać zasług, ale miałam w tym i ja swój udział.
- To musiała być perfekcyjna akcja! - zapalił się trochę Kloss z racji swojego doświadczenia z pracy w wywiadzie.
- Tak, wie pan, to nie było takie łatwe. Tam się wtedy ujawniło trochę inteligentnych wrogów. Tonowali nastroje, chcieli nie dać władzy pretekstu do rozwiązań siłowych i demontować to wszystko, krok po kroku, wdzierać się w system władzy, w struktury państwa. To by było najgorsze! Na szczęście masy były radykalne, razem z innymi funkcjonariuszami umiejętnie podgrzewaliśmy nastroje i zaostrzaliśmy kurs, żeby dać władzy pretekst do ostatecznej rozgrywki.
No a potem w stanie wojennym to już było spokojniej. Udana akcja spowodowała, że ludzie popadli w apatię. Zmiany zrobiliśmy wtedy, kiedy to było wygodne, i z tymi, z którymi chcieliśmy je robić. Jak się kogoś chciało dokoptować do układu, to się ogłaszało, że tego, czy innego ekstremisty nie można zaprosić do rozmów. I lud sam naciskał, proszę pana, sam się domagał. No, ale dzięki temu wszystkiemu, tej koronkowej robocie, to jest tak, jak jest, w miarę normalnie.
Bo niech pan sobie wyobrazi, co by to było, gdyby to poszło na żywioł, samopas... Byłoby nieszczęście! No - odetchnęła Karwowska głośno - to teraz sam pan widzi, jakie ja miałam życie. Pracowite. A pan mi tu nmówi, że “Stefan mi dużo opowiadał.” Nieudacznik jeden. Całe życie, proszę pana, to on przeżył nieświadomie, jak jaki robak, proszę pana, jakaś glista. Tchórz! - wykrzyknąła nagle z furią. Nerwowo porawiła kołnierzyk bluzki pod szyją. - Nie ma już prawdziwych facetów! Wie pan, ja go zawsze porównywałam z moim bratem... a szwagrem Stefana. Proszę pana, to jest męzczyzna! Zaradny, silny, męski... A jaka głowa do interesów! Proszę pana... Gdyby Stefan był choćby w dziesięciu procentach taki jak on... wszystko potoczyłoby się zupełnie naczej...
- A czy pani szanowny brat - szwagier Stefana - jest obecny na weselu? - Kloss rozglądał się ciekawie.
- Ależ nie - pani Magda - machnęła ręką - on jest teraz bardzo daleko. Mieszka w Ameryce, podobnie jak pan. Spojrzała na niego jakby zaniepokojona. - Chociaż ostatnio pisał, że jest w Paryżu. Tak, w Paryżu. Czy pan był w Paryżu?
- Nie, niestety.
- No właśnie - Karbowska odetchnęła jaby z ulgą. - A mój brat mieszka teraz w Paryżu.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)