Tak zwana “Sprawa Karwowskiej”
Są rzeczy, które trzeba nazywać po imieniu. Pewne rzeczy pisać można i trzeba, a innych nie wypada. To, co autor zarzucił naszej koleżance Karwowskiej, to po prostu potwarz. Magdę znam nie od dzisiaj. Znam jej męża. Jej dzieci. Marka i Jagodę. Przez lata walki doświadczyłem od nich wiele dobra i wsparcia. I ta wspaniała dziewczyna ma być według autora kapusiem? Zwykłym szpiclem na milicyjnej smyczy? Donoszącym na rodzinę i przyjaciół? I cóż z tego, że sama o tym mówi? Ciekawe, czy autor wie, czym były tamte czasy, czasy totalitarnej rzeczywistości, kiedy za sprzeciw państwu można było zapłacić najwyższą nawet cenę. W jakich warunkach walczyliśmy! Z jakim trudem wielu z nas łączyło dwa wątki swojego życia: legalny i nielegalny.
Stres, jaki się z tym wiązał był olbrzymi. Napięcie towarzyszące nam latami, poczucie ciągłego zagrożenia, wszystko to nie pozostało bez wpływu na psychikę. To, że dzisiaj Magda opowiada nam to, co opowiada, nie znaczy, że ona mówi prawdę. Jeśli oskarża siebie, ale nie tylko siebie, bo błotem został obrzucony również współpracujący z naszą redakcją kolega - Włodek Gajny - to o czym to świadczy? O tym, że obydwoje służyli bezpiece? Nie, to tylko świadczy o tym, w jakim stanie znalazła się psychika Karwowskiej po latach walki, prześladowań, napięcia i stresu.
Karwowska może zresztą mówić, co chce... Może oświadczyć, że jest kosmitką, albo że Amerykanie zrzucili ją razem ze stonką. Nic mnie to nie obchodzi. Ja - tak po prostu - znałem tych ludzi i przyjaźniłem się z nimi. I żeby mi przedstawiono najbardziej niepodważalne dowody, to ja i tak powiem, że są to dowody sfabrykowane. Bezpieka, w tamtych czasach była wszechwładna. Mogła wszystko i sfabrykowanie “papierów” na Karwowską nie stanowiło najmniejszego problemu.
Ale - zauważmy - takich papierów nie ma! Autor nigdzie nie wspomina nawet o śladzie takich dowódów współpracy! To zadajmy pytanie, co tak naprawdę ma? Nic. Nie ma nic. Wobec tego posługuje się jeszcze jedną haniebną sztuczką. Sugeruje Karwowskiej nieuczciwość w stosunku do Stefana i podważa prawe pochodzenie jej dzieci. Magda jest kobietą nowoczesną, wyzwoloną, o niezaściankowych poglądach. Podobnie jak ja. W kwestiach obyczajowych zawsze byliśmy jednomyśli. Tak ją, jak i mnie mierziło zakłamanie filistrów, narzucanie wolnym ludziom średniowiecznych norm i obyczajów.
Tylko, że to są sprawy i poglądy prywatne. I nic nikomu do tego. Niestety, żyjemy w kraju, gdzie wciąż jeszcze zarzucenie komuś bezpruderyjności pociąga za sobą anatemę, a ludzi o otwartych umysłach spotyka terror koszmarnego zaścianka. I po to autor wyciąga te sprawy. Żeby wzbudzić niechęć. Nie tylko do Karwowskiej. Używa jej instrumentalnie do zohydzenia całego środowiska.
Tylko, drogi autorze, to się nie uda! Jeśli Karwowska kłamie, konfabuluje opisując swoją rzekomą współpracę z bezpieką, a to jest oczywiste, to dlaczego miałaby mówić prawdę o swojej rodzinie i o pochodzeniu jej dzieci? Czyli, można by powiedzieć - nie ma problemu. Ludzie inteligentni nie mogą nie poddać się żelaznej logice powyższego wywodu. Jest tylko jedno “ale”. Otóż, my ciągle jeszcze jesteśmy społeczeństwem, w który inteligenci stanowią mniejszość. Co zrobić z tymi, którzy zacytowane przez autora zeznania Karwowskiej uznają za prawdopodobne? Nad naszą demokracją zebraly się ciemne chmury!
Redaktor Naczelny



Komentarze
Pokaż komentarze (8)