- Potem to już było prosto. Amerykański sen przez na dobry początek. Bierzcie sprawy w swoje ręce, bogaćcie się! Mądrzy ludzie odpuścili frajerom gdzieś tak na dwa lata. Wszystko po to, żeby frajerstwo powyciągało zaskórniaki trzymane w tapczanach za komunizmu i się z nimi ujawniło. Jak frajerstwo powyciągało, jak znowu ruszyło do pracy pełną parą, to mądrzy ludzie powoli, systematycznie i dokładnie zaczęli ujmować to wszystko w sieć nowej kontroli.
Oficjalnie to się nazywało: sprawne państwo i państwo prawa. Na wszelki wypadek połowie frajerów ciągle zapewniali minimum egzystencji. To po to, żeby mieć zaplecze, gdyby druga połowa zechciała się zerwać ze smyczy. Szczególnie mądrzy ludzie musieli uważać na to, żeby się frajerstwo nie dorobiło zanadto. Jak frajerom trochę lepiej szło, to się przykręcało śrubę, jak trochę gorzej, to się trochę luzowało. Zawsze tyle, żeby nie tracili z oczu promiennej niedzieli i żeby się im wydawało, że można, ale żeby się który zanadto nie wzbogacił, bo taki za bogaty staje się niezależny.
Owszem, zdarzało się, że się czasem jaki wyrwał i poszybował śmieć do góry. Ale od czego mamy cały nasz aparat odzierdziczony po dawnych, złotych czasach? Łups takiego w łeb. Po kieszeni i niech się cieszy, że jest demokracja i się skończyło tylko na bankructwie, a nie kazamatach, jak dawniej. Pięknie szło dojenie! Mówię panu, aż miło.
Na jedną jeszcze rzecz niech pan zwróci uwagę. Komunizm to był taki ustrój, w którym naprawdę wszyscy mieli mniej więcej po równo. Państwo komunistyczne, system kontroli, policja, armia - to wszytsko pochłaniało olbrzymie sumy ściągane z coraz to bardziej biedniejącego społeczeństwa. Ten system nikomu nie dawał szans na prawdziwe ekonomiczne wybicie się.
Czym różnił się partyjny boznzo od zwykłego szaraczka? Miał willę? Wie pan, co by powiedział średnio zamożny Amerykanin, czy Francuz na taką willę? Więcej pił? Jest granica, której człowiek nie przekroczy, bo by umarł. W PRLu wszyscy pili, ile chcieli. Bonzo pojeździł po świecie, a szaraczek nie? Taki bonzo to był za granicą pod tak czujnym okiem, że nie było co zazdrościć mu tej swobody.
Kapitalizm to taki ustrój, którego podstawą jest prywatny kapitał. I nierówność kapitalizmu polega na tym, że nie wszyscy mają tego kapitału tyle samo. Idealiści marzyli, żeby to był taki system, w którym wszyscy mają równe szanse na starcie. Ale nigdy nie było tak, żeby wszyscy zaczynali od zera, z równym kontem. A nie powie mi pan chyba, że nawet w idealnie praworządnym państwie ten, co ma dziesięć milionów ma takie same możliwości wpływu na kształt rzeczy, jak ten, co ma centa.
I nasi mądralińscy dokładnie zdawali sobie z tego sprawę. Zmiana systemu miała zapewnić jedno: stworzenie klasy kapitalistów dzięki wielkiej społecznej zrzucie większości frajerów. Żeby to się uadało, trzeba było mieć kilka rzeczy i wszystkie te rzeczy mądrale mięli w swoich rękach. Mieli kontrolę nad przepływem pieniądza w centralnie zarzadzanej gospodarce, mieli wpływ na to kiedy i komu poszczególne elementy wielkiego pańswowego molocha się sprzeda, mieli media, specjalistów od wszelkich dziedzin, które zajmują się fachowo ogłupianiem i manipulacją. Ale pojawiło się nowe zagrożenie.
Widzi pan, jak na świecie jest jakiś kraj, co ma nadmiar jakiegoś bogactwa, to to przyciąga mądrych ludzi z innych krajów. Też chcieliby trochę skorzystać. Z tego się biorą wojny, między innymi. A Frajerlandia słynie na świecie z bogactwa naturalnego nigdzie indziej nie występującegio w tak dużych ilościach. Z czego? - wpatrywał się w Klossa przenikliwie.
- Z produkcji frajerów - odgadł Kloss.
- O właśnie - Mareczek spojrzał na Klossa z sympatią. - To jest towar drogi i deficytowy.
Brakuje go na wschodzie i na zachodzie. Ceny rosną. Lada moment może się zacząć międzynarodowy kryzys! No i niestety. Mądrzy ludzie musieli zacząć się dzielić swoimi nieprawdopodobnymi zasobami. To się nazywa: "integracja i konwergencja globalnego rynku frajerstwa". No, ale jak ubywa frajerów, to mądrych też musi trochę ubyć. Okazało się, zę połowę trzeba wyciąć, że dla wszystkich nie starczy. No i to, co teraz mamy, to jest właśnie bitwa o status. Status mądrali. Teraz frajerzy mają swoje pięć minut, bo mądrale zajęli się sobą. Żaden mądrala nie chce się sfrajerzyć. Emocje straszne i co jakiś czas, któremuś mądrali puszczą nerwy i coś tam sypnie, rąbka tejemnic uchyli.
- A jak się ludzie zorientują? - zpytał Kloss, który był niepoprawnym romantykiem.
- Rzecz w tym, że oni co trochę zaczynają się niby orientować i nic z tego nie wynika. Za jakiś czas, ci mądrale, którzy zostaną wytłumaczą, że był taki niedobry czas, kiedy rządzili ci niedobrzy mądrale, ale teraz idzie nowy czas i będzie znowu piękna niedziela na horyzoncie. Roztoczą świetlaną wizję i zacznie się wszystko od nowa. Bo istota rzeczy tkwi w tym, co już wyjaśniłem. Mądrale muszą być u góry, a frajerzy na dole. To jest jak prawo grawitacji. Ptaki będą zawsze latać, a świnie leżeć w błocie.
Pan się mnie pytał, czy ja mam plan, prawda? Taki głupi to ja nie jestem, żebym miał sobie jakiś swój własny plan. Ale jako facet obdarzony rozumem, doskonale wiem, że moje miejsce jest tam - pokazał palcem sufit - a nie tu - zapukał w stół. Dlatego muszę się dostać do tych mądrzejszych mądrali i ich przekonać, że ja się doskonale nadaję do kontrolowania frajerów. W Zoo jest dyrektor, ale kierownik też jest potrzebny.
Póki co zapisałem się do takiego międzynarodowego konsorcjum. Takie tam handlowe konsorcjum. Chyba nawet amerykańskie. Na początku to musiałem trochę karku przygiąć, ale powoli, powoli się wybijałem. Już widzą, że nie jestem frajerem. Z żadnymi frajerami nie trzymam sztamy. Centralę informuję na bieżąco. Jak się z kimś zaprzyjaźnie, to tylko po to, żeby się sypnął, gdzie kradnie i zaraz go wycinam. I hops! Szczebelek wyżej. I znowu trochę przyginam karku i się rozglądam, przyczajam. I wycinka frajerstwa. I znowu wyżej.
Wie pan, swoje miejsce trzeba znać. Ja wiem, że tam do samej góry, to ja nie dolezę. Tam jest miejsce zarezerwowane dla tych najmądrzejszych z mądrali. Nie skażonych genem F z zatrutego środowiska. Mnie wystarczy, jak ja będę od pilnowania tych tubylczych frajerów tutaj na miejscu. I tak jakoś, wie pan, krzywdy miał nie będę. Rozumiesz pan?
- Chyba tak - odparł Kloss zamyślony. Coś mu się zaczynało kojarzyć... Coś mu to wszystko przypominało... Tylko co? Potrząsnął głową.
- A jak byś pan tam w tej Ameryce - Mareczek spojrzał prosząco - dowiedział się, że potrzebują jakiegoś łebskiego faceta od pasienia frajerów, to pamiętaj pan o mnie...
- Dobrze, dobrze... - odpowiedział Kloss zamyślony - na pewno o panu nie zapomnę.
- No to gitara - Mareczek wyciągnął dłoń, a Kloss ją machinalnie uścisnął tylko dlatego, że bardzo był zamyślony. - Dzisiaj to już nigdzie nie można liczyć na protekcję. Mam wuja, pozytywana postać, bo też odfrajerzony. Olał wszystko i wyjechał do Wiednia. Siedzi w Ausrii, liczy kasę i słucha sobie walce Straussa. Nawet się do nas nie odezwał, czemu się akurat nie dziwię, bo co sobie będzie frajerami głowę zaprzątał? To niech pan o mnie pamięta w tej Ameryce! A ja spadam potańczyć z frajerstwem. Może się czegoś śmiesznego dowiem.
Odszedł pozostawiając Klossa w stanie niemałej konsternacji, ze zmarszczonym czołem, zapatrzonego w stojący przed nim pusty talerzyk. Wreszcie westchnął i nałożył sobie porcję karpia w galarecie. “To wszystko” pomyślał sobie “musi mieć jakiś ukryty sens.”



Komentarze
Pokaż komentarze (2)