GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE
45
BLOG

FOCHY JAGODY

GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE Kultura Obserwuj notkę 13

No dobrze! - zbliżyła twarz do jego twarzy z wściekłym błyskiem w oku - może bym i chciała, tylko jak? Jak mam być niewinna i romantyczna, skoro od urodzenia się mnie gwałci przez uszy, przez oczy, w samo serce? Co? Mam wejść pod szafę? I nie wychodzić dopóki Pan Bóg nie przypieprzy w tę hołotę i nie wytłucze co do jednego?

Cwaniczek! - rzuciła pogardliwie pod adresem Klossa. - Przecież ja tu mieszkam, żyję, taką mam rodzinę, tacy ludzie mnie otaczają. Jasne - zacisnęła usta - powinnam wyjechać, zniknąć, a nie godzić się na uczestniczenie w tych wszystkich obrzydlistwach... Tylko, że wiesz co? Dlaczego to ja mam uciekać? Może to oni - kiwnęła ponownie głową w kierunku parkietu - powinni uciekać, zniknąć gdzieś w norach, wstydzić się? Okej - podniosła dłonie w geście poddania się - oni nie zauważyli, że powinni się chować, zamiast się puszyć i pokazywać, a ja nie uważam, że to ja akurat powinnam. To wie pan co? Przynajmniej się zabawię.

Kiedyś, to nawet się ich bałam. Bałam się, zę mogą mi coś zrobić, jakieś świństwo... Miałam rację, bo nieświadomie zrobili mi ich już tyle, że niczym nie są w stanie mnie zaskoczyć. A z biegiem czasu zauważyłam, że oni są tak w gruncie rzeczy zupełnie niegroźni. Wzbudzają litość. Są trochę tragiczni, trochę śmieszni. Może nie jest to najlepsze przedstawienie, ale wciąż można się zabawić. Fajnie grają! - huknąła znienacka dłonią Klossa w udo.
- Au! - zawołał Kloss rozcierając dłonią piekące miejsce.
- Aleś pan wrażliwy! - wydęła dolną wargę pogardliwie. - Ja tylko tak - pogłaskała go po policzku, którym to gestem spowodowała, że buzia obserwującej ich akurat Karbowskeij ułozyła się w groteskowy “ciup” - żebyś pan uważał, nie tracił wątku i nie uronił nic z przedstawienia. Bilety musiały sporo kosztować.


- Tysiąc siedemset dolarów, w sumie - wypalił Kloss zanim pomyślał.
- To chyba nie było warto - dziewczyna pokręciła głową z potepieniem. - To czuję się w obowiązku zapewnić panu więcej atrakcji. Opowiem panu trochę o niektórych z tych błaznów.
- A ja nie wiem, czy chcę - westchnął Kloss ciężko.
- No co ty? - uniosła się dziewczyna - tysiąc siedemset dolarów wydałeś, to zabaw się na całego. Po co tu przyjechałeś? - zapytała i odpowiedziała zanim on zdążył się zastanowić - Przyjechałeś, żeby zobaczyć dawno niewidzianą ojczynę. Cepelia, krakowiaczek, heroiczna historia i wielka przyszłość, prawda? No to patrz. A ja będę cię oprowadzać. Za darmo, kuzynie.
- Kuzynie? - Kloss znowu popadł w zdumienie.


- No niby tak, bo jeśli ty jesteś wujkiem Henia Karwowskiego to jesteś pan też tam jakimś moim krewnym, bo ja jestem Jagoda, córka statecznego Stefana i świętej Magdy Karwowskich. Nie znam się na koligacjach rodzinnych, ale kuzyn tak mi jakoś pasuje. Więc bedziesz kuzynem, dobra?
- Dobra - zgodził się Kloss decydując się na nieujawnienie całej prawdy, a zwłaszcza tego, że jest wujkiem wypożyczonym przez agencję turystyczną “Weird Travel Agency”.
- No to siup! - zawołała wesoło panna i wychyliła kolejny kieliszek. - Dawaj, dawaj, nalewaj póki nikt nie widzi - ponagliła go. Kloss spełnił prośbę i Jagoda Karbowska skonsumowała szybciutko następny. - A teraz nalej pan jeszcze jeden, wolno i dystyngowanie, żeby wszyscy widzieli. Kloss znów westchnął klnąc się w duchu za pomysł z zapraszaniem do tańca.


- Widzi pan tego faceta w zadużym smokingu? - zapytała kiwnąwszy głową w geście wskazywania.
- Tego grubego? - Kloss podniósł się, żeby lepiej widzieć.
- Tak. Tańczy z taką podstarzałą lampudrą udającą nastolatkę.
- Aha, rzeczywiście. I co znim?
- To bardzo ważny urzędnik państwowy. Gwiazda rodziny panny młodej. Naczelnik Urzędu Skarbowego, dobry przyjaciel mojego ojca.
- To na pewno się ucieszyli, kiedy się okazało, że będą stanowić rodzinę?
- Tamtemu to zwisa, udał, że ojca nie zna, a ojciec to chyba nie jest zachwycony. - O! - zachichotała - niech pan zobaczy jak ojciec kręci głową, żeby na niego nie patrzeć.
- Zaraz... - przerwał jej Kloss - przecież mówiła pani, że to dobrzy przyjaciele, więc nie bardzo rozumiem.


- No widzi pan, a nie chciał pan, żeby pana pooprowadzała po nędzach współczesnych rodzaju ludzkiego. Wróciłby pan sobie do tej swojej Ameryki i nic by pan nie zrozumiał. Oni - dziewczyna zawiesiła głos - są przyjaciółmi obiektywnie, choć subiektywnie o tym nie wiedzą.
- To ja nic nie rozumiem. Chyba pani trochę zbyt intelektualizuje. Albo zmyśla!
- Ojej, niech pan poczeka... - aż skręciła się ze śmiechu - zaraz panu opowiem. Ojciec, jak już razem z matką heroicznie pokonali komunizm, zabrał się za biznes. Stary nadaje się do biznesu jak - znów przejrzała swój wyjątkowy słowniczek - mysz na ręcznik. Ale nie miał wyjścia, bo wszyscy zabierali się za jakieś biznesy i matka zaczynała po nim jeździć jak po burej suce, że jest niezaradny.

To zresztą prawda. Ojciec, chciał, nie chciał, założył. Firmę. Budowlaną, bo jest budowlańcem z wykształcenia. Nazwał ją “Stefex”. - Znów zaniosła się chichotem. Mówię panu, z tymi nazwami to była niezła jazda... Nie wiem, co się wtedy z ludźmi porobiło, ale wszystcy byli święcie przekonani, że jak nie ma “ex” na końcu, to nici z interesu. “Marex”, “Budex”, “Burex”, coś im się z wyczuciem semantycznym porobiło... A tak a propos, przepraszam, coś panu opowiem. Kiedyś przyszedł do nas znajomy ojca. Ja byłam wtedy na pierwszym roku filologii klasycznej. Weszli do mnie razem z ojcem do pokoju i proszą, żebym im wymysliła nazwę dla firmy handlowej. Coś tam wymyśliłam, ale się nie podobało.

Facet mówi do mnie, że musi być “ex” na końcu. To ja mu na to, że jak będzie miał “ex” na końcu to będzie takim samym burkiem, jak te wszystkie inne burki. Mówię panu, jaka była chryja! Ojciec się obraził, coś tam pomruczeli i wyszli. I za jakiś czas przejeżdżam przez miasto, patrzę - a wiedzialam, gdzie ta firma ma być - i widzę szyld. “Zdzisiella” - Jagoda skręciła tułów w paroksyzmie napadu śmiechu - bo on miał na imię Zdzichu!

To tyle - zmarszczyła brwi. - Jak już ojciec założył tę firmę, polatał przez miesiąc po urzędach, zrobił pieczątki, wynajął biuro i w nim zasiadł, to starym do reszty odbiło! Zaczęli planować, że nowe mieszkanie już za rok, albo lepiej dom, nowy samochód, koniecznie zachodni... Przychodzili znajomi, kiedyś normalni ludzie... rzygać się chciało... “A czy widziałaś tego nowego Forda? Bo my z Marianem właśnie planujemy kupić to auto” “Fordy są zawodne... My ze Stefanem bierzemy Citroena, właśnie wczoraj byliśmy w salonie”. Działki tam, działki tu... Wie pan - Jagoda nachyliła się do ucha Klossa - nigdy im tego nie okazywałam, ale ich kocham, bo to w gruncie rzeczy przyzwoici ludzie.

Ale wtedy zaczynałam ich nienawidzić. To straszne, co się z nimi działo! Tak było przez trzy lata. Ten ojca interes jakoś się kręcił. Nigdy nie było takich pieniędzy, żeby te swoje płaskie marzenia mogli zrealizować, ale cały czas mieli nadzieję. I byliby się do reszty odczłowieczyli, gdyby nie ten naczelnik. Bo po trzech latach wpadła do ojca kontrola. Siedzieli miesiąc, ojciec osiwiał, bo on jest strasznie niezaradny i uczciwy. Wszyscy wkoło kręcili, kombinowali, co by tu pochachmęcić w papierach, żeby wyjść na swoje, a ojciec nic. Jak Bozia przykazała. Wszystko dokładnie, sumiennie, terminowo. Jakby chachmęcił, jak inni, to może miałby ten dom i samochód. Ale mówił, że najważniejsze to sen spokojny. No to miał spokojny. Coś tam gdzieś źle odjął, czy dodał, pomylił się po prostu i łups! Kara! Pięćdziesiąt tysięcy złotych.

 

coraz weselszy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (13)

Inne tematy w dziale Kultura