I jeszcze go postraszyli, że będzie jakieś postępowanie karno-skarbowe i może nawet dostać wyrok w zawieszeniu. Mało zawału nie dostał. Poszedł do naczelnika. Tego właśnie w tym smokingu. Żeby się wytłumaczyć i jakoś to załatwić. I załatwił. Dwadzieścia tysięcy i po sprawie. Taki wielkoduszny był pan naczelnik! Jakoś te pieniądze zebrali. Część pożyczyli od brata matki. Wuj był wtedy na fali, miał kupę szmalu. Zapłacili mu, ile chciał, ale ojciec się zawziął i tą swoją firmę zamknął. Całe szczęście, że przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Matka zresztą też, bo by z głodu poumierali. Umilkła.
- Dalej nie rozumiem powodów dlaczego określiła pani ten związek mianem przyjaźni - najgrzeczniej jak mógł zapytał Kloss - jeśli to wszystko wyglądało tak, jak pan mówi, to raczej możemy tutaj mówić o zwykłym rabunku. Obrabowany czuje do rabusia raczej wrogość, a przynajmniej niechęć.
- Subiektywnie to ojciec tego złodzieja nie lubi - kiwnęła głową panna - ale obiektywnie ten szczur to ojca wielki przyjaciel. Uratował go. Odzyskałam ojca. Znowu był Stefanem, a nie Stefexem, rozumie pan? Przytarło im nosa i naprostowało kręgosłupy.
- No tak - Kloss kiwnął głową ze zrozumieniem.
- Ooo! - zawołała nagle Jagoda wyraźnie poruszona łapiąc Klossa za klapę marynarki - zobacz, jak pan młody obściskuje kucharkę! A pijany jak wieprz!
- Rzeczywiście - Kloss skrzywił się z obrzydzeniem. - A obok niego panna młoda. Patrzy i nie reaguje.
A po co ma reagować? - topielica wzruszyła ramionami. - Co ją to obchodzi? Chciała kasę. To ma. Przecież nie będzie dłużej udawać namiętności, ani zazdrości. A ten... - znów przejrzała słownik - król srajtaśmy - cierpi na przerost nadnerczy. Nie ma mózgu, że o sercu nie wspomnę. Tylko takie wielkie, rozbudowane nadnercza. Biedny knurek, tak swoją drogą - Jagoda podparła piąstką szpic bródkę - ta larwa to mu zrobi takie piekło, tak go wyssie i wytresuje, że będzie skakał, jak pudel przez obręcz. Zobaczy pan.
- Nie zobaczę - zaprzeczył Kloss, któremu zrobiło się słabo - jutro wyjeżdżam.
- Całkiem rozsądnie - zgodziła się dziewczyna. - Ja niestety zostaję. Nasz rodzina należy do tych, które zostają. No - zastrzegła się - z wyjątkierm wuja, brata matki. Ten prysnął za ocean i dobrze zrobił. Siedzi sobie teraz w Australii, liczy kasę i pasie kangury.
- W Australii? - zdziwił się Kloss.
- W Australii - Jagoda pokiwała szpic bródką .- A co w tym dziwnego?
- Nie, nic - gwałtownie zaprzeczył Kloss.
- Rąbnął ludziom kupę kasy i musiał uciekać. Już go prokurator zacżął namierzać. Dobrze, że nie był głupi i miał gdzieś odłożone pieniądze. Wsiadł w samolot i wiut... - pokazała dłonią wznoszący się lot samolotu. - Też niezły potwór emocjonalny, bo odkąd wyjechał, to do matki, ani do nikogo z nas, nawet słowa nie napisał. A matka go broni. Ja to go zlewam, bo dla mnie to on zawsze był za prosty, ale matka mu pomagała, jak mogła. Jak tu wierzyć w rodzinę?
- Musi pani znaleźć jakieś dobre strony tego wszystkiego - tłumaczył Kloss. Ma pani rodzinę - zawahał się na chwilę, bo przypomniał sobie już odbyte rozmowy z Karwowskimi.
- No i co z tego...? A z Mareczkiem to pan trochę przesadził...
- To pani brat...
- Naprawdę? - zdziwiła się Jagoda. - A rozmawiał z nim pan?
- Rozmawiałem - przyznał ze smutkiem Kloss.
- No i co? - pannica wpiła się wzrokiem w jego oczy jak Meduza. - Obiecujący kawał skurwiela, prawda?
- No... - Kloss długo, długo się zastanawiał - naprawdę, obiecujący.
- Jak tak na niego patrzę, to myślę sobie czasami, że on to jest chyba jakiś podrzutek, że on nie jest synem ojca. Bo skąd się u niego to wszystko wzięło? Gdybym nie wiedział, że matka jest zbyt prosta, żeby mogła być perfidna, to pomyślałabym, że to po innym ojcu...
- No nie, gdzie... - zaprzeczył Kloss - nawet nie wolno tak mysleć o rodzicach... A pani, pani Jagodo... - znów utknął, żeby zebrać myśli - to strasznie dobrze zna ludzi. Jakby czytała pani w ich duszach na wylot.
- A czy ja wiem, czy aż tak strasznie dobrze... Wie pan, najgorzej to jest z tymi, których się kocha, albo chociaż lubi. Miłość strasznie szkodzi ostrości widzenia. Jak kogoś kochamy, to lubimy się łudzić, że ten ktoś jest lepszy, niż naprawdę jest.
- Chyba ma pani rację... - powiedział zamyślony Kloss i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale orkiestra zrobiła sobie przerwę i do stolików zaczęli wracać goście. Do Klossa i Jagody podpłynęła Karwowska.
- Ładnie, ładnie - pogroziła im palcem - ludzie tańczą, a wy tu sobie flirtujecie. Pan Kloss - spojrzała znacząco na Jogodę - przyjechał z Ameryki.
- O rany! - zawołała córka z udawanym i przesadnym zaskoczeniem w głosie. - Nic nie mówił, a ja myślałam, że przyjechał z Mongolii. Tak jakoś wygląda. Mówiąc to klepnęła Klossa pocieszająco pod stołem w kolano.
- Jagoda! - skarciła ją Karbowska - ty się nie zapominaj! To jest nasz gość i wypraszam sobie te twoje impertynencje. Niech się pan nie gniewa - uśmiechnęła się do Klossa - ona ma takie specyficzne poczucie humoru. Ukłoniła się przepraszająco i odpłynęła w kierunku końca stołu zostawiając ich znów na chwilę samych.
- Niech pan już idzie - Jagoda spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem i Kloss dostrzegł, że pomylił się w ocenie jej wieku i że na pewno nie jest już nastolatką.
- Chyba rzeczywiście już pójdę - uznał, że tak będzie lepiej - zaczynają nas swatać.
- Raczej sprzedawać. A ja nie jestem towarem pierwszej jakości, więc to - pokiwała w dziwnej zadumie głową Jagoda - jest wyjątkowo żałosne. Kloss już zabierał się do odejścia, ale nie wytrzymał i nachylił się nad nią.
- Ale tak na koniec pani powiem, że jest pani wyjątkowo dobrą, inteligentną i... piękną kobietą i... bardzo panią polubiłem.
- Nie nudź - spojrzała na niego sucho.
- Jasne - odpowiedział jej Kloss i ruszył w stronę miejsca gdzie poprzednio siedział.
- A tak, poza konkursem, to jesteś żonaty, prawda? - zatrzymała go pytaniem.
- Tak - przyznał Kloss i nie wiedzieć czemu spuścił wzrok.
- No to idź już! - spojrzała na niego głębokimi, czarnymi oczami, w których odczytał piętno bezbrzeżnej samotności i bólu. - Patrz pilnie i ucz się. Cały ten cyrk - kiwnęła głową w stronę szczytu stołu - to my.
42
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (2)