Nie tak dawno znalazłam ogłoszenie w gazecie. “Szukamy asystenta prezesa koncernu. Wymagane: wykształcenie wyższe, dobra znajomość trzech języków europejskich, kultura osobista i ogłada towarzyska na wysokim poziomie, obsługa komputera, prawo jazdy kategorii B.” Pomyślałam sobie, że to coś dla mnie. O wykształceniu i językach już mówiłam. Jeśli idzie o komputery, to ja, proszę pana, współprojektowałam “Odrę”, pierwszy polski komputer, nie wiem, czy pan wie... Jeśli chodzi o samochody, to byłam kierowcą rajdowym i ukończyłam kurs kierowcy Biura Ochrony Rządu. Co do ogłady, to oczywiście wyniosłam ją z domu rodzinnego. Ojciec był radcą na dworze w Wiedniu, ale ukończyłam też kurs dyplomacji.
Wybrałam się pod wskazany w ogłoszeniu adres raniutko, w kostiumie i biżuterii. Nieostentacyjna elegancja, wie pan... kiedyś w Paryżu pracowałam w salonie Chanel. Usiadłam sobie skromnie na krzesełku przed sekretariatem. Wreszcie, z godzinnym opóźnieniem wyszła do mnie jakaś sekretarka... mówiąc szczerze, to ja bym jej nie zatrudniła na etacie sprzątaczki, gdybym była prezesem koncernu. Proszę sobie wyobrazić, że ona do mnie mówi: - Prezesa jeszcze nie ma. Musi pani czekać, bo poszłam do niego do gabinetu, ale mówi, że go jeszcze nie ma. - “No,” myślę sobie, “złotko, ty to chyba nie głową zarabiasz w tej firmie!” Proszę mi wybaczyć te obscena, ale czasami nie sposób uniknąć... takie dzisiaj życie... Godzinę czekałam, proszę pana! Wreszcie słyszę zza drzwi męski głos: - Co mi tu, kurwa” - jeszcze raz najmocniej przepraszam, ale cytuję - dom starców chcesz otworzyć?
- Ale ona, panie prezesie, to ma te fakultety i mówi w językach odrębnych. A nawet wspomniała, że ma papiery księgowej i zna ten... notes dyplomatyczny.
- Dobra - słyszę w odpowiezi - dawaj ją na tapetę. Co by pan sobie pomyślał słysząc taki dialog? - kobiecinka spojrzała na Klossa wnikliwie.
- Że prezes firmy powinien zmienić i sekretarkę, i ochroniarza - odpowiedział Kloss podając jedyną, jak mu się zdawało, poprawną odpowiedź.
- Też tak sobie pomyślałam - skinęła głową Eulalia - ale... pana jeszcze tłumaczy to, że pan nie zna naszych realiów. Jak się okazało, ja też ich nie znałam. Bo ten głos nie należał do ochroniarza. On należał właśnie do samego pana prezesa! No, ale cóż - kontynuowała opowieść nie zwracając uwagi na uniesione brwi Klossa - po kolejnym kwadransie zostałam zaproszona! Weszłam do gabinetu... Mówię panu, ten gabinet wyglądał jak gabinet Prezesa Rady Ministrów! Mahoń, dąb szypułkowy, palisander, marmur różowy, satyna i jedwab! Wszystko naturalne i najlepszego gatunku. Wiem, bo byłam kiedyś projektantem wnętrz. Doradzałam Gaudiemu.
Stanęłam sobie przed biurkiem i czekałam, aż mnie pan prezes poprosi, żebym usiadła. Dziesięć minut tak stałam, a ten prezes - wielkiej państwowej firmy, z pensją miesięczną równą stu przeciętnym, rozwalony w fotelu czytał sobie gazetę, zza której nie było go widać. Bardzo taka... profesjonalna gazeta, proszę pana. Branżowa chyba - zachichotała. - Kolorowa. A tytuł był... zaraz, tego się przecież nie da zapomnieć... O! “Zdziry i Świry” - bardzo pana przepraszam. Po dziesięciu minutach pan prezes odłożył branżowe pismo i mówi do mnie tak. - Przyszłaś tu po robotę? Ja już wiedziałam, że nici z tej posady, ale podwieczorek dla wnucząt miałam już przygotowany, więc pomyślałam sobie, że nigdzie mi się nie spieszy, a co się zabawię, tego mi nikt nie odbierze.
- Tak, panie prezesie. Nazywam się Eulalia Ernestyna Sachsen Koburg Radziwiłłówna, z domu w bocznej linii Habsburżanka. W rzeczy samej chciałabym zaproponować swoją skromną osobę w roli aplikantki do objęcia oferowanego przez pańską firmę stanowiska asystentki prezesa zarządu.“
- Pani jest z ABW? - zapytał pan prezes i upuścił swoje branżowe pismo na podłogę.
- Nie, panie prezesie - starałam się sprostować nieporozumienie. - Jestem bezrobotna i szukam pracy. Mówię panu, jak się przeląkł! - Niech pani siada sobie - pokazał mi drżącą ręką fotel naprzeciw. Usiadłam elgancko, buzia w ciup, torebka na kolanach i czekam. - Może drinka się pani napije? - zapytał.
- Przed południem nie pijam - odpowiedziałam. - To ja se walne, jak pani nie ma nic na przeciwko - odpowiada ten prezes. Otworzył szafkę w biurku, wyjął napoczętę pół litra polskiej wódki prostej, nalał sobie do szklanki i siup! Otrząsnął się, spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie i pyta dalej: - Co na mnie macie? - Mówię panu, ubaw! - Eulalia aż podskoczyła na krzesełku. - W pierwszej chwili, wie pan, chciałam wyprowadzić go z błędu, choć, jak sam pan widzi, nie byłoby to proste, ale po chwili zastanowienia pomyslałam sobie, że zasługuje na to, żeby zabawić się jego kosztem.
- Wolałabym, panie prezesie, porozmawiać o pracy - kontynuowałam rozmowę tonem, którym jak mi się wydawało kontunuują rozmowy funkcjonariusze służb. - Wolałabym także, żebyśmy utrzymali dotychczasową konwencję rozmowy. - To znaczy, że co? - przeraził się prezes. - Aresztujecie mnie?” - Chodzi mi o to - zaczęłam tłumaczyć starając wypowiadać się w możliwie nieskomplikowany sposób -że ja chciałabym zadać panu kilka pytań i poproszę pana o odpowiedź, a pan nadal będzie mnie traktował jako poszukującą pracy bezrobotną. - Taka ściema operacyjna? - zapytał spocony jak mysz prezes, ale widać było, że trochę odetchnął. - Niech pani powie, kogo mam sypać, to będę sypał - rozłożył ręce.
- Pójdę na każdą współpracę. Za te pieniądze nie będę za kogoś gnił w kryminale.
- Za kogoś? - zdziwiłam się. - No przecież i tak wiecie..., - popatrzył na mnie takim bezradnym wzrokiem - Niby tak... - pokiwałam głową - ale chciałabym to od pana usłyszeć. - No co? - warknął w odpowiedzi. - Pani wie, że ja podstawówkę skończyłem, nie? W ósmym Ochotniczym Hufcu Pracy. Gdzie ja bym robotę znalazł? To jak zadzwonił Rychu i powiedział, że ma coś dla mnie, to co? Miałem się nie zgodzić? Myślałem, że Rychu to ma na mysli jakie sprzątanie, albo że jabłka trzeba zerwać w sadzie... Kazał mi przyjechać do Mariotu. Pani wie, taki duży hotel zara przy dworcu.
Pożyczyłem garnitur i pojechałem. No i Rysiek mówi, że jest robota. To ja się pytam, co mam robić, nie? A on mówi, że nic zasadniczo, czasem kogoś trzeba opierdolić, ale tak bez konkretu, laskę se dostanę taką do gabinetu, to ta z sekretariatu. Ale najwazniejsze, mówi mi, to pisanie. No to ja mówię: lipa, bo z tem pisaniem to ja nie za bardzo. A on na to, że nie chodzi o to, zebym ja, broń Boże, wypracowania, czy powieści pisał, ale o to, żebym się umiał podpisać, nie? No to ja mówię, że podpisać to ja się umię, nie? No to on na to, że raz na tydzień podpiszę taki konkordat, czy kontrakt, co mi go przyniesą i gra gitara.
No to ja mówię, że wszystko gites, ale taka robota to pewnie gówno płatna, bo co to za robota. A on na to, że tak źle nie jest i czy mi siedem tysięcy wystarczy, bo więcej to on nie może. Ja mu mówię, żeby se jaj nie robił ze mnie, bo siedem tysięcy to ja raz widziałem na filmie o gangsterach, ale tak na żywca, to nie... No to on mówi, że zobaczę dużo więcej, bo co miesiąc będą mi przelewać na konto siedemdziesiąt, a z tego konta to mam zaraz wypłacać całą gotowiznę, siedem tysiaków sobie w kieszeń, a resztę mam jemu zanieść. To ja się pytam co mi za to grozi, bo widzę, że ten interes cuś pośmierdywa. To on mówi, że mnie to powie, bo mnie lubi i nie będzie mi ściemniał.
I tak mówi, że ze trzy lata to się utrzymam, a potem przyjdą z ABW i mnie zamkną. Ale - mówi - jak przyjdą i cię zamkną, to nie pękaj nic tylko trzymaj koparę i nie kłap. Dwa lata posiedzisz w areszcie, potem proces z rok, dostaniesz piątkę, po roku wyjdziesz, bo ci zaliczą trzy lata co już siedziałeś, a zwolnią rok wcześniej warunkowo. W pierdlu też źle nie będziesz miał, bo ciepło, żarcie, prysznic, telewizor i na przepustki se pochodzisz, a jeszce dostaniesz odprawę z roboty no, niech ci będzie - mówi - trzydzieści tysiączków, to se kase będziesz miał. No to co, miałem się nie zgodzić? Pierdel dla mnie nie nowina!



Komentarze
Pokaż komentarze (9)