- Pan to jesteś od pana młodego, czy od panny młodej? - zapytał Klossa łysiejący mężczyzna w marynarce w kratę i różowym, prawie tak cienkim jak sznurówka, krawacie.
- Od obydwojga - odpowiedział Kloss jak mógł najspokojniej.
- A! No chyba, że tak - facet przyjął wyjaśnienie, jakby było zrozumiałe samo przez się.
- A szwagra Stefana pan znał?
- Niestety - powiedział Kloss przepraszająco - nie miałem przyjemności.
- A! Bo wiesz pan, to taka smutna historia, że nawet to może i nie wypada opowiadać na weselu, jak jest rodzina Stefana, bo to w końcu szwagier. No, ale wiesz pan, ja tak nie z czystej złośliwości, tylko, panie, dlatego, że mnie to tak poruszyło. Usiadł koło Klossa, wziął widelec i nałożył sobie porcję zimnych nóżek.
- Bo widzi pan, to było tak - facet w marynarce w kratę nalał sobie wódki i wypił. - najpierw to szwagier Stefana pędził bimber. Na tym ich pipidówku. Wszyscy go znali. Ojciec - stary leśniczy. Nikt się tam do niego nie przyczepiał. Przyjechali raz, czy drugi z komendy powiatowej, ale wiesz pan... - mrugnął okiem - wynieśli po pełnym kanistrze i spokój. A bimberek - mlasnął - prima sort! No i - sięgnął po śledzia w śmietanie i zagryzł przez co przez chwilę mówił niewyraźnie - no i wtedy to zarobił pierwsze piniądze.
Malucha sobie kupił. To był drugi maluch w powiecie. Czerwony. No i - popił oranżadą - wtedy załatwił sobie zgodę na szklarnię. Hodował pomidory. I tym maluchem woził je do Warszawy, na rynek. Czasy były takie, pamiętasz pan? Nic nie było w sklepach. Ocet był i kwita. No i na tych pomidorach to już zrobił większe piniądze. Malucha sprzedał i kupił nysę. Żona, panie, Jadźka... tak, chyba Jadźka jej było, to chodziła w samych ciuchach z Pewexu. W futrach... a złotem poobwieszana jak choinka, panie.
No, ale wiesz pan, takie bogactwo w oczy ludzi kole, nie? No bo jak to tak, że ktoś ma, a inny nie? Zaczęły się donosy na tego szwagra Stefana. Pisali do partii - że kapitalista, na milicję - że złodziej, do telewizji - że jedno i drugie. A do proboszcza, że ma kochanki. Bo i miał. Smród się taki zrobił, krwi mu napsuli... No to wtedy Stefan, jak był na święta, mówi do niego: “Ty się tu zmarnujesz. Wyjedź z nami do stolicy. To inny świat.“Na prowincji to każdemu do garnka każdy zagląda, a w mieści co innego... anonimowość większa”, czy coś mu tak mówi.
No to on pojechał. Sprzedali chałupę. Całe gospodarstwo za... - facet znów się zmyślił i zaczął coś liczyć na palcach - za dwadzieścia tysięcy. Zara - potarł dłonią nieogolony podbródek - tysięcy, czy milionów? Nie, to było jeszcze na te stare pieniądze, ale przed tą inflacją. Dwadzieścia tysięcy - potaknął. No i pojechali do tej Warszawy i kupili dom w Aninie. To nie w samej Warszawie, ale blisko bardzo. Ładną chałupę. Ja tam tej chałupy nie widziałem, ale mi opowiadał żony szwagra córki mąż. Hydraulik.
Bo on u nich całą hydraulikę przerabiał. Basen, panie, był w ogrodzie. A w koło tego basenu takie piękne łabędzie z gipsu. Podobno z NRD sprowadzone. No jak w bajce. PCV w kuchni. Wykładzina znaczy się. Teraz to nie są może i modne, ale wtedy... panie! - machnął ręką. - Pierwsze PCV w Aninie! A za tym domem w tym Aninie, to był taki plac. I na tym placu otworzyli fermę kurzą. Kury zaczęli hodować. Takie te... - pstryknął palcami - bojery. Albo bajery - już nie pamiętam. Kury w każdym razie. No i za te kury kupił sobie mercedesa. Zielonego. Na giełdzie. To był pierwszy mercedes w Aninie. Panie, wtedy to robili samochody! Teraz to nie to samo. Tamten piętnaście lat miał, jak go kupowali, a jeździł, panie! A blacha! - przyłożył palce do ust i cmoknął.
- No i potem, za tej pierwszej Solidarności to on się do nich zapisał. Bo to tak jest i wtedy też tak było, że jak kto ma za dużo, to by chciał na świeczniku. Żeby go ludzie widzieli. Żona tych kur doglądała, a on, panie, jeździł. Na wybrzeżu był i się tam udzielał. No to znowu za Jaruzela go internowali. Teść Stefana... ojciec tego szwagra, znaczy się, go wyciągnął, bo on był partyzant i się znał z Moczarem. Przez jakieś tam ZBOWIDy, czy inne go wyciągnęli. No to wrócił. Ale wymizerowany, panie... Tak między nami, to gówno były te jaruzelskie więzienia. Sanatoria. Jakby porównać z tymi za Gomułki. Wiem, bo siedziałem. Za dziesionę. To znaczy za to, że byłem politycznie nie tego - poprawił się szybko.
Panie! - machnął pogardliwie dłonią - Ten Gomułka to by się tak nie pierdzielił. Dwadzieścia pięć lat za wroga ustroju i pisz se pan podania na Pacanów... No, ale Jaruzelski to taki bardziej miękki był. O czym to ja - podrapał się w głowę - Aha, no więc wrócił chudy i od zaraz zaczął na nowo robić pieniądze. Ferma padła, bo Amerykanie nałożyli embargo i paszy dla tych kur nie było. To sprzedał to w cholerę, i założył fabrykę majonezu w tym kurniku. Wiesz pan? - nachylił się do Klossa dmuchając mu w twarz ostrym wódczanym wyziewem - Oni nie nadążali tego majonezu nastarczyć.
Co nie zrobili - sprzedali. Wiadomo, nic nie było. A piniędzy to oni sami nie wiedzieli ile mają. Liczyć nie nadążali. W słoiki pakowali, aż im się mole takie zalęgły i tych piniędzy im trochę zjadły, że potem musieli do banku jeździć na wymianę. No i tak osiem lat ciągnął, bo od osiemdziesiątego drugiego do osiemdziesiątego dziewiątego. To siedem, znaczy się. No ta, bo w połowie zaczęli i do końca robili. No i, słuchaj pan, pociągnął Klossa za rękaw, bo dostrzegł, że przygląda się tańczącym - Słuchaj pan, bo teraz będzie najlepsze. Jak się zrobił kapitalizm, to on był prawie, że pierwszy. Coś tam, panie, musiał wyniuchać, albo inne dojścia mieć, bo otworzył kantor, pierwszy w Aninie. Musiał coś robić, bo te piniądze, co je miał, to zeżarła mu inflacja. Pamiętasz pan, jak było? Jednego roku miałeś pan na samochód, poloneza dajmy na to, a za pięć miesięcy dobrze jak zostało na rower. To z tych pieniędzy, co trzymali w słoikach. A z tych co mieli w banku, to mu zeżarł Blacerowicz jak ściągał ten... nawis inflacyjny - przesylabizował z trudem.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)