GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE
42
BLOG

DYLEMATY INŻYNIERA MAMONIA

GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE Kultura Obserwuj notkę 2

 

Była już dziesiąta, kiedy podano bigos. Kloss zabrał się raźno do pochłaniania potrawy, bo dawno jej nie jadł i stęsknił się za tym arcypolskim daniem.
- Proponuję kieliszeczek, bo kapustka jest ciężkostrawna - przerwał mu pałaszowanie specyficznie dystyngowany głos męski.
- O! - wysoki, łysiejący brunet o trochę rozbieganych oczach wyprostował się pokazując środek dłoni w geście przeproszenia za towarzyski nietakt. - Pan pozwoli - wyciągnął z kieszeni marynarki wizytówkę - inzynier Mamoń jestem.

- Kloss - przedstawił się Kloss przyjmując wizytówkę. - Przepraszam, że nie mogę się zrewanżować, ale jestem na urlopie i nie wziąłem własnych.

- Nic nie szkodzi! - usmiechnął się inżynier Mamoń i poklepał Klossa po plecach. Urlop! Urlop! - pokręcił głową i cmoknął, jakby zjadł coś przepysznego - Augustowskie noce... - zanucił. - A pan sznowny - przyjrzał się Klossowi bacznie - to z rodziny pana młodego, czy panny młodej?
- I z tej i z tej - wyjaśnił Kloss starając się trzymać nerwy na wodzy.
- Uuu! - Inżynier skrzywił się i obrócił przyglądając się tańczącym na parapecie, przytulonym, młodym. - Czyli - wykonał ułożoną grzbietem do góry otwartą dłonią ruch w prawo i w lewo. - Coś tak nie za bardzo...

- Nie - zaprzeczył Kloss gwałtownie nie chcąc stać się powodem skandalu - nie to miałem na myśli.

 

- Ależ ja się nie wtrącam! - ruchliwe ręce wykonały gest przeczenia - ja się nie wtrącam w prywatne sprawy. Ja się nie urodziłem wczoraj - Mamoń pokiwał głową. - Ja jestem rocznik trzydziesty ósmy. Kolumb rocznik trzydziesty, proszę pana. Kombatant września. I powstania.
- Przecież był pan bardzo mały! - odważył się zauważyć Kloss.
- Mały, proszę pana, ale bardzo inteligentny. Od dziecka, proszę pana, byłem bardzo bystry. Wszystko rozumiałem w lot. Najbardziej to działanie urządzeń mechanicznych. Ale politykę... Tę wielką, to ja po prostu czułem. Mamusia moja, pani Mamoniowa, to się mnie od dzieciństwa radziła w różnych sprawach. Życiowych i politycznych.

Jeszce jak byłem w kołysce, to się mnie mamusia radziła, czy postawić na Hitlera, na Stalina, czy na Niepodległą. Dawała mi do rączki, proszę szanownego pana, proporczyk ze swastyką, czerwoną szmatę i orzełka z czapki tatusia. No i ja, dziecięciem będąc, od razu dawałem mamusi właściwe sugestie. Orzełek w kąt, proporczyk w drugi, a czerwoną szmatę kładłem sobie, panie, do paszczy i żułem. Chyba jasne, co chciałem mamusi zasugerować?
- Mniej więcej - Kloss otarł spocone czoło.
- Jakie mniej więcej? - oburzył się Mamoń. - Jasna i klarowna rada! O Niepodległej zapomnieć, Hitlera olać, proszę pana, komunizm zacząć trawić, bo nie będzie co wziąć do pyska! Niech pan mi pokaże jakiego polskiego polityka tamtej doby, który widział przyszłość tak jasno i celnie! - Chyba nie było - przyznał zrezygnowany Kloss.
- No widzi pan! - triumfował Mamoń. - Jaki jest cel człowieka w życiu? - zapytał nachylając się nad Klossem.
- To zależy od podstaw światopoglądowych... - zaczął Kloss niepewnie w odpowiedzi.

- Sralis-mazgalis - przerwał mu Mamoń. - Celem człowiek w życiu jest trafnie przewidzieć, co się będzie działo i ustawić się tyłem do wiatru, żeby nas popychał, a nie siekł piachem po mordzie, o! A jak się człowiek ustawi właściwie, to się dopiero temu wiatrowi może trochę biernie poopierać. Samemu nie trzeba iść do przodu, bo samo pcha, a o tempie pochodu można decydować balansując ciałem.


- A jak przestanie wiać? - szukał paradoksów porównania Kloss.
- A! - Mamoń podniósł palec - słuszna uwaga, panie. Trzeba być czujnym, bo jak by tak nagle przestało wiać, to można wylądować boleśnie na dupie, na twardej ziemi. Ale w historii, wie pan, nigdy nie przestaje wiać tak z piątku na sobotę. Zawsze to powoli sobie słabnie, słabie, a zdrugiej strony przybiera na sile. Jak nie wieje w ogóle, przez moment, to wtedy trzeba stać prosto, nie ruszać się i pilnie chłonąć zmiany, znaczy, z której strony zacznie, żeby się zdążyć odwrócić zadem w tym właśnie kierunku.


- To się nazywa komformizm - Kloss spojrzał surowo na Mamonia.
- To się nazywa: podstawy fizyki - zaprzeczył Mamoń. - Spróbuj pan, jak tak będzie nieźle dmuchać, ustawić się mordą, za przeproszeniem, pod wiatr i iść do przodu. Odchylisz się pan w tył - leżysz pan. Stoisz pan prosto - nijak nie zrobisz pan kroku w przód. Pochylasz się pan, kłaniasz - powoli z mozołem pokonujesz pan kolejne centymetry. A ile razy pan się zatoczysz? Ile razy pana w tył popchnie? Bez sensu. A jak pan sobie tak na tym wietrze leżysz, jak na puchowej kołdrze, wykorzystując jego siłę, to sobie pan możesz kołenierz od płaszcza postawić, żeby panu nie wyło do uszu i możesz pan się skupić na myśleniu, a nie na pokonywaniu odległości.


- No dobrze, a jak to proszę pana wygląda w praktyce? - zaciekawł się Kloss.
- Tak samo jak w teorii - zmrużył oczy Mamoń. - Opowiem panu na własnym przykładzie. Jak byłem w szkole, to kazali się uczyć o Leninie, Stalinie i ideałach wielkiej rewolucji. A ja wolałem pograć w piłkę z chłopakami, albo iść do kina. To się zapisałem do pionierów. U nas tak się nazywało harcerstwo powojenne, ale wychodziło na jedno. Jak ja się zapisałem do pionierów, to niektórzy koledzy z klasy nie chcieli się ze mną kolegować. Srał ich pies! Bo widzi pan, to oni musieli zakuwać o Leninie i o innych pierdołach, a ja mogłem sobie iść do kina.

Dlaczego? Bo ja byłem element klasowo pewny, nikt mnie specjalnie nie dręczył. Wiało w odpowiedznią część ciała, inaczej mówiąc. No i poszedłem na studia. Egzaminy poszły łatwo, akademik dostałem, w pięć lat skończyłem, inżynierem zostałem. Na studiach byłem w ZSP. Koledzy, co to nie znali za dobrze aerodynamiki - nauki o wietrze, jakby pan nie wiedział - to siedzieli na kanapie i zakuwali. A ja, proszę pana, proszę bardzo: życie kulturalno oświatowe, towarzyskie, jazz, big-bit... Byłem na bieżąco, bo mnie samo pchało.

W sześdziesiątym ósmym, proszę pana, pracowałem na Politechnice. Czujny byłem. To był czas, kiedy trzeba było być czujnym. Jeszcze nie za bardzo było wiadomo, czy do pana profesora wypada mówić: dzień dobry, towarzyszu profesorze, czy: spieprzaj Żydzie! Na wszelki wypadek w oczy mówiło się pierwsze, a poza plecami drugie. I to była właściwa postawa.

coraz weselszy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura