Po sześdziesiątym ósmym to ja już byłem Pierwszym Sekretarzem Komitetu Uczelnianego. Kariera otworem, proszę pana. Można było się piąć dalej w hierarchii partyjnej. Wyżej. Do władz wojewódzkich, albo centralnych. Tylu towarzyszy wyjechało do Izraela, że się zrobiły straszne pustki kadrowe. Mówię panu! Takich kmiotów ciągnęli do góry na te puste stołki, że by się pan zdziwił! A co dopiero mówić o inteligentnych ludziach! - uśmiechnął się skromnie.
- No jak pan myśli - spojrzał na Klossa badawczo - zrobiłem partyjną karierę?
- Pewnie tak - domyślił się Kloss.
- Pewnie, że nie. Niec pan nie rozumiesz z aerodynamiki. Ja się proszę pana oparłem temu wiatrowi i korzystając z naporu stałem sobie w miejscu nie wkładając w to żadnego wysiłku i czujnie czekałem, aż zelżeje. Zająłem się pracą naukową, doktoratem...Niby to, wiecie, byłem sekretarzem, ale bardzo... liberalnym takim... W prywatnych rozmowach to sobie pozwalałem aluzję jakąś rzucić, przedwojnie z nostalgią wspomnieć, linię partii poddać pod dyskusję... No, ale oficjalnie rąbałem, proszę pana, przemówienia tak drętwe i długie, że mi się zawsze połowa sali pospała. Tak sobie doczekałem osiemdziesiątego. Po drodze rodzinę założyłem, talon na samochód sobie załatwiłem, działkę w lesie, mieszkanie w bloku, dzieci mi się porodziły, za granicę pojeździłem. Źle nie było.
W osiemdziesiątym zapisałem się do Solidarności. Ale z partii się nie wypisałem. Socjalizm tak, wypaczenia nie, proszę pana! Jak był strajk i kolektyw przegłosował, że ma być strajk, strajkowałem. Ale zawsze mówiłem: wiecie koledzy, moja sytuacja jest delikatna, sercem z wami, ale w partii też jestem, zamiary wroga trzeba znać... a na zebraniach komitetu powtarzałem dokładnie to samo i wszystcy byli zadowoleni.
W osiemdziesiątym pierwszym, w listopadzie, wypisałem się z tej Solidarności. Szło do konfrontacji, a ja nie mam konfrontacyjnej natury.
- Zauważyłem - wtrącił Kloss.
- No właśnie. Jak przyszedł grudzień, to znowu byłem po zawietrznej. Ale znów ostrożnie, bez szaleństw. Oficjalnie propaństwowiec, a prywatnie wywrotowiec. I tak dojechałem do osiemdziesiątego dziewiątego. W osiemdziesiątym siódmym dałem parę artykułów do zachodniej prasy sygnalizując potrzebę zmian. Ewolucyjną. A w osiemdziesiątym dziewiątym, proszę pana, to jak pieprznąłem legitymacją partyjną o stół! Jak nie powiedziałem prawdy w oczy! Jak nie wyłożyłem kawy na ławę! Dość totalitaryzmu! Znienawidzonego, proszę pana!I przy okrągłym stole robiłem za niezależnego eksperta. Strony opozycyjnej, ale trochę rządowej. I tak zostałem uznany za niezależny autorytet słynący z wyważonych poglądów. Wietrzyłem tropy jak wyżeł. Wiatr wiał raz z jednej, raz z drugiej. Cholera wiedziała, z której przypieprzy. Jaki, to, rozumiesz pan, będzie etos. No, ale ja miałem obydwa. Etos opozycjonisty i etos prorządowca.
Tak zarobiłem sobie na opinię intelektualisty i autorytetu moralnego. No i za pierwszej kadencji sejmu Rzeczypospolitej zostałem desygnowany na posła z ramienia Zjednoczonych Komitetów Opozycji. Jak już myslałem, że największe zakręty za mną, to się okazało, że one są jeszcze przede mną. Bo w komuniźmie wiało zasadniczo z jednej, a potem stopniowo zaczęło wiać z drugiej. A tutaj, proszę pana, zrobiła się róża wiatrów.
Bądź pan mądry i przewidź. No, ale jak się ma podstawy teoretyczne, to inteligentny człowiek sobie zawsze poradzi... W dziewiędziesiątym drugim zostałem liberałem. Liberalizm zna pan? Pierwszy milion trzeba ukraść, mniej więcej o to chodzi. W dziewięćdziesiątym czwartym ogłosiłem, że trzeba ukraść, ale z pożytkiem dla sfery socjalnej. Tak zostałem socjal - liberałem, prawym skrzydłem u socjalistów i znów byłem w koalicji. Pod koniec koalicji przypomniałem sobie o swoim drugim etosie i zauważyłem, że socjalizm ma chrześcijańskie korzenie. Wystąpiłem z klubu i zostałem posłem niezależnym, na dwa miesiące przed wyborami.
No i do następnego parlamentu wybrali mnie koledzy z opozycji. Pod koniec kadencji wpadłem, po długich rozmyślaniach, na trop swojego chłopskiego pochodzenia. My to od pięciu pokoleń z miasta, ale wiadomo, że jak kto jest z miasta, to kiedyś musiał być ze wsi, prawda? I na kolejną kadencję byłem posłem z ramienia partii chłopskiej. A jak się partia chłopska wycofała z koalicji i przeszła do opozycji, to ja przeszedłem na pozycje kontestatorskie i wziąłem udział w blokadzie.
To był, proszę pana, mój wielki sukces organizacyjny, bo większość blokad obywatele ustawiali pod wiatr i po dwóch dniach zwijali manatki, bo ich przewiało. A ja jako człowiek inteligentny i mający teoretyczne podstawy ustawiałem blokady z wiatrem i przesiedzieliśmy tydzień na szosie. Zyskałem tym życzliwość samego przewodniczącego. Teraz trochę jestem w kropce, bo nie bardzo wiadomo, jak się tu ustawić. Ale spokojna głowa, panie Kloss, dam radę. A jakbym uznał, że za duże ryzyko i wiatry są nieprzewidywalne, albo, że może wystąpić jakaś anomalia pogodowa, to wracam na Politechnikę, tam zawsze potrzeba fachowców.
- Panie inżynierze - Kloss podparł brodę na pięściach - a proszę mi powiedzieć, biorąc pod uwagę pana wieloletnie doświadczenie, kiedy było lepiej? Teraz, czy kiedyś?
- Ja tak panu powiem - inżynier Mamoń sciszył głos - że kiedyś było lepiej. Siedziałem sobie na Politechnice, na państwowej posadzie, jako człowiek wykształcony i inteligentny. Robota była raczej taka... umysłowa. Był czas na wszystko. Na imieniny, trzydziestolecie ludowej ojczyzny, dożynki. Tak, jak powinno być. A teraz... - wydął pogardliwie dolną wargę i pokręcił głową głową z dezaprobatą.
- A teraz, co? - zaciekawił się Kloss.
- Co teraz? - żachnął się Mamoń - Siedzę sobie w Sejmie, na państwowej posadzie, jako człowiek wykształcony, inteligentny i z dużym doświadczeniem w pracy w administracji... Robota umysłowa. No niby jest czas na wszystko... Na imieniny, na rocznicę Sierpnia, Września, Listopada, Grudnia, Maja, Czerwca... Tylko... - oczy mu się zaszkliły - to już nie jest to...
30
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (3)