Około jedenastej Kloss poczuł się słabo. Nieprawdopodobne ilości jedzenia i alkoholu, które spożył z własnej woli, zachęcony albo przymuszony, sprawiły, że nie mógł się ruszać, ani myśleć. Z wielkim trudem powlókł się do holu, zszedł po schodach, minął szatnię i, nie widziany przez nikogo, oparł czoło o chłodną szybę.
“Ojczyzna, to cierpienie” pomyślał i nacisnął klamkę. Potknął się o kawał wystającej z betonu na podeście przed drzwiami stali służącej dokładnemu pozbywaniu się błota z podeszw butów i o mało co nie wylądował na nosie w wielkiej kałuży przed schodami. Jakimś cudem złapał równowagę i stał dysząc ciężko na szeroko rozstawionych nogach. Poczekał, aż jego gwałtownie łomoczące srece złapie normalny rytm, podszedł do rozświetlonego okna i oparł się ciężko o ścianę.
Wyjął papierosy. Chwilę się nad nimi zastanawiał, aż wreszcie wyciągnął jednego i zapalił wciągając dym głboko w płuca. Kątem oka zauważył, jak szklane drzwi otwierają się i na zewnątrz wychodzu niewysoki jegomosć w średnim wieku o tak charakterystycznym dla nadwiślańskich nizin profilu z przetrąconym nosem. Człowiek dojrzał Klossa i ruszył w jego kierunku. “Niesamowite” - Kloss odnotował kolejną, rzucającą się w oczy różnicę pomiędzy Ameryką i Rzeczpospolitą. “W Ameryce czasami tak trudno zbliżyć się do ludzi! Tak wielu cierpi na samotność! Tutaj, znalezienie dla siebie odrobiny samotności graniczy z cudem.”
Tymczasem mężczyzna podeszedł do Klossa. Musiał zadrzeć głowę, żeby spojrzeć Klossowi w twarz, bo sięgał mu zaledwie do ramienia. Oczy miał małe, bystre i świdrujące. Kontrastujące z resztą zniszczonej twarzy. Żywe i dość inteligentne.
- Pozwoli pan, papierosa? - zagadnął Klossa ochryple.
- Proszę - zrezygnowany Kloss wyjął z kieszeni dopiero co schowaną paczkę częstując i wyciągając drugą ręką zapalniczkę.
- Dzięki - człowiek oparł się, podobnie jak Kloss o ścianę i wypuścił dwa kółka dymu wprost w mroki nocy.
- Niezłe - przyjrzał się papierosowi. - Amerykańskie?
- Mhm - potwierdził Kloss.
- Nie to co nasze - w głosie mężczyzny zabrzmiała nuta wyrzutu i złości. - nasze pan palisz i co? Nic, panie. Smierdzą. I się pan nie napalisz. A amerykańskie? Umilkł, jakby odpowiedź była oczywista.
Nie odzywał się długie minuty, aż Klossowi zrobiło się trochę nieswojo. Ale sam nie miał już siły na prowadzenie konwersacji. Wreszcie człowiek o zniszczonej twrazy odezwał się pierwszy.
- A pan to chyba nie stąd? - zatoczył ręką koło.
- Nie - wytłumaczył Kloss - przyjechałem z Nowego Jorku.
- Z Ameryki? - facet spojrzał na niego przenikliiwe.
- Z Ameryki.
- A pan jesteś z rodziny pana młodego, czy panny młodej? - zadał zaskakujące pytanie.
- Spoza rodziny. Zaprosili mnie oboje.
- No tak - człowiek rzucił na ziemię niedopałek papierosa i przygniótł go butem. - A ja Janek jestem, ale mów mi: Jasiu - wyciągnął sękatą dłoń.
- Ja też - przyznał Kloss i dopełnił wzajemnej prezentacji uściskiem swojej dłoni.
- Pijesz pan?
- Co proszę? - Kloss był wyraźnie zdumiony bezpośredniością pytania.
- Czy pijesz pan w tej Ameryce?
- Trochę - przyznał Kloss.
- A ile?
- No... drinka, czasem dwa. Czasem... trzy.
- Dużo! - z potępieniem na zacietej twarzu spojrzał na niego Jasio.
- Dużo? - Kloss zdziwił się - pan jest abstynentem?
- Zgadłeś - Jasio spojrzał na niego szczerze bławatkowymi oczkami - Pół litra, litra dziennie, tak dla higieny. Poza tym zachowuję treźwość.
- No to jak? Ja mam być alkoholikiem, a ty abstynentem?
- No - potwierdził Jasio stanowczo. - Bo nie ważne ile. Ważne ile, gdzie i dlaczego.
Po co ludzie piją? Zapytał i odpowiedział sam sobie - Żeby zagłuszyć ból i pustkę. Strach i niepewność. Odreagować. I uciec na chwilę. Upaść, żeby się podnieść, źle mówię?
- Coś w tym jest... - zastanowił się Kloss.
- To w tej Ameryce, co robisz? Robotę masz?
- Mam.
- Żonę masz? Przyjaciół?
- Mam.
- To po co pijesz?
- Tak... z przyzwyczajenia...
- No to sam widzisz, jesteś alkoholik - wyrok był stanowczy.
- To ja ci bracie teraz opowiem, jak to jest z moją abstynencją. Bo ja - puknął się w pierś - zostałem abstynentem już w szkole średniej.
- No ale wcześniej przecież nie piłeś?
- No niby nie, bo byłem za mały. Ale powinienem. A jak zacząłem pić, to jednocześnie zacząłem pić abstynencko, to znaczy prawie nic w porównaniu z tym, ile należałoby wypić, żeby to wszystko - zatoczył znów ręką koło - przetrzymać. Powodów to zawsze było masę. Posłuchaj. Urodziłem się w latach trzydziestych, za sanacji. Mało pamiętam, ale na pewno znalazłyby się powody, żeby wypić. Potem: Hitler razem ze Stalinem. Okupacja. To już trzeba by pić z cysterny chyba. Potem - stalinizm. To wtedy byłem bajtel i nie mogłem, chociaż powody miałem. A w połowie stalinizmu poszedłem do średniej szkoły. Do szkoły elektrycznej. No i tam po raz pierwszy zostałem abstynentem i wrogiem ustroju zarazem.
- Wrogiem ustroju?
- No tak, bo abstynent był wrogiem ustroju. Popatrz, ludzie się lubią dorabiać i docierać na szczyty? Tak?
- Tak.
- Żeby się dorabiać i docierać na szczyty, w tamtych czasach, trzeba się było świnić, tak?
- Tak to sobie wyobrażam - zamyślił się Kloss.
- Jak się człowiek świni, to musi sobie wypić, tak?
- No... - zaczął niepewnie Kloss, który jakoś nigdy się nie ześwinił.
- No musi - orzekł człowiek ze złamanm nosem - bo by pękł. A jak nie pije, to się nie świni, czyli nie dorabia się i nie robi kariery. Więc jest wrogiem ustroju.
Wywód był dość karkołomny, ale spójny i Kloss zamyslił się jeszcze bardziej.
- No i cały PRL przetrzymałem dzięki abstynencji. Kolegów miałem. Razem założyliśmy klub abstynenta. Spotykaliśmy się rano i wymienialiśmy poglądy na temat rzeczywistości. No i sztuki. Film, teatr, taniec. No i zawsze nam wychodziło, że trzeba by wypić ze sto litrów, żeby to wszystko pojąć, zrozumieć i znieść. A my, jako abstynenci wypijaliśmy sobie po ćwiarteczce, czyli nic. Ludzie wkoło się pieli w górę i pili. Pili na umór. A my nic. I tak żeśmy trzeźwym wzrokiem oglądali sobie ludową ojczyznę przez czterdzieści lat z okładem. Heroicznie! No a potem zaczęła zagrażać nam demokracja. I ja już się bałem, że jak przyjdzie demokracja, to zostanę alkoholikiem. No bo sam popatrz, wyglądało na to, że będzie normalnie. A jak jest normalnie, to pić nie trzeba. I tak, pijąc tyle samo, pilibyśmy proporcjonalnie dużo za dużo. Alkoholizm, bracie, mi groził. Ale, w życiu nic nie wolno robić pochopnie!
Przyszła demokracja. A ja z kolegami, na spokojnie, ćwiarteczka, druga, trzecia... I oglądamy sobie na trzeźwo tę demokrację. I wiesz ty, co się okazało? Że my nie jesteśmy żadnymi alkoholikami. Że my jesteśmy, rozumiesz, liderami abstynencji.
- Nie rozumiem - westchnął Kloss szczerze.
- Bo za dużo pijesz! - rzucił człowiek ze zniszczoną twarzą zapalczywie. - Weź się chłopie popraw, bo się wykończysz! - pomachał mu groźnie palcem przed nosem, odwrócił się i lekko kulejąc poszedł ku wejściu do weselnej sali.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)