GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE
128
BLOG

LUDZIE Z MODELINY

GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE Kultura Obserwuj notkę 9

Kiedy Kloss, nieco przybity usłyszaną diagnozą o własnym alkoholizmie, wrócił na weselną salę, zastał wnętrze mocno odmienione. Zmieniło się rozłożenie akcentów. O ile wcześniej weselny porządek dzielił obecnych na trzy grupy: największą, gości tanczących na parkiecie, skromniejszą, gości toczących swobodne dyskusje poza nim, i obsługę, to teraz proporcje, a wraz z nim i pewnien obowiązujący wcześniej ład, uległy całkowitemu zachwianiu.

Jeden z muzyków zasiadł wraz z kucharką i Gajnym przy stole, gdzie najwyraźniej opowiadali sobie dowcipy, bo w sufit raz po raz wybuchał akord składający się z wysokiego i nerwowego chichotu docenta, niepohamowanego wycia muzyka i gromkiego rechotu mistrzyni patelni; Karwowski przekonywał do swoich niewatpliwych racji Mamonia, inni goście również pozbijali się w grupy, tylko Jagoda siedziała tradycyjnie już samotnie, a wyraz jej twarzy wskazywał wyraźnie, że stan ten bardzo jej odpowiada. Chcąc nie chcąc Kloss przysiadł się do jedenego z wyodrębnionych towarzystw. Tego, które akurat siedziało najbliżej wejścia. Zażarta dyskusja, przerywana walnięciami pięścią w stół zgromadziła krąg mężczyzn i kobiet zebranych wkoło pana młodego.


- Idę rozumiesz do Leszka i mówie mu, słuchaj Leszek, ty wiesz, że kasa nie gra roli, ja tam pieniądze mam. Dasz mi namiar na ten przetarg, to ja się zrewanżuję - perorował gromkim głosem pucołowaty blondynek o twarzy przypominającej świnkę. Skojarzenie narzucało się tym silniej, że natura obdarzyła blondynka wiechciem krótko przyciętych grubych włosów przywodzącyh na myśl szczecinę. - Za tydzień dostaję telefon, Słuchaj Zdzisiu, jest tak i tak, tyle i tyle, o dziesiątej złożysz papiery w urzędzie. Lecę na drugi dzień, papiery składam, czekam. Tydzień, drugi. Ogłoszenie wyników. Najlepszą ofertę przedstawił... no kto? - potoczył po zebranych kaprawymi oczkami... - Pan Zdzisław! No i firma się rozwija.


- Wiadomo, o co chodzi - przytaknął łysiejący facet w wiśniowym garniturze i zielonej koszuli spiętej pod grdyką fantazyjną broszą. - Chodzi o to, żeby wszyscy mieli dobrze. Ja tam nie powiem, jak człowiek ma łeb do biznesu, to źle mu nie będzie. Mnie tam - poprawił broszę pod chudą grdyką - na wszystko starcza. W te wakacje to żeśmy z Jolą byli na Kanarach. W Afryce znaczy. Międzylądowanie to normalnie było na pustyni Gobi!
- No to ja się z Krychą wybieram na te Kanary w grudniu - pokiwał głową pucołowaty. - Do Afryki. Mówisz, że tam w porządku?
- No mowa! - łysiejący rozłożył ręce. - Palmy, klima w hotelu. Przez dwa tygodnie nic żeśmy z Jolą nie robili tylko plaża, hotel, plaża, hotel... No i basen. Czarny taki, rozumiesz, drinki podaje. Wie, gdzie jego miejsce...


- A ty to co teraz robisz, Jasiu? - zaciekawił się blondynek.
- W armaturze robię. I trochę w kulturze. Takie tam filmiki, fiku miku... Nie można stać na jednej nóżce, boby się człowiek wywrócił, nie? A ty? Dalej w tym chińskim chłamie?
- Nie - blondynek skrzywił się, jakby pytanie uruchomiło jakieś bolesne wspomnienia. - Wywróciło się. Tam do tych chinoli to trzeba jeździć i patrzeć w kontener, czy ci gówna nie nakładą. Raz żeśmy zapili i nie polecieliśmy. No i nam przysłali cztery kontenery przegniłych szmat. Pobutwiałych, śmierdzących.
- No i co? Kasa przepadła?
- Nie, no nie - świńskie, małe oczka spojrzały na pytającego z politowaniem.
- Podzwoniliśmy po naszych odbiorcach i ściągnęliśmy zaliczki. Jak już wiedzieliśmy, jakie mamy gówno w magazynie. Potem sprzedaliśmy firmę na papierze jednemu słupowi, taki tam Gienio. Koło warzywniaka stał i piwko spijał. No i on im to gówno porozsyłał. Dzwonią do mnie i od najgorszych... A ja mówię prosto, bardzo przepraszam, ale ja już z tą firmą nie mam nic wspólnego. Naszą wybitną firmę zakupił biznesmen z Kanady Eugeniusz F. I wszelkie pretensje do niego. Co się wtedy hurtowni nawywracało! No, ale takie życie - westchnął ciężko. - Teraz to robię w oknach.


- Ty się znasz na oknach? - zdziwił się facet w fioletowym garniturze.
- Głupi? - obirzył się blondynek - teścia szwagier to jest ordynatorem w tym nowowybudowanym szpitalu. No i dostali kasę na wstawienie wszystkich okien. Widziałeś ten szpital? Parę kilometrów szkła. To co ja się mam znać? Fachowców wynająłem, niech robią. Szpital mi płaci dwa razy tyle, co konkurencji, ale kogo to obchodzi? Państwowe, to niczyje, nie?


- No, no... - zgodził się łysawy. Kloss potrząsnął głową, bo przestawał rozumieć cokolwiek i przesunął się lekko w kierunku dwu zawzięcie dyskutujących kobiet. Były do siebie nieco podobne. Wymodelowane według podobnego wzorca. Jedna - blondynka - prezentowała z entuzjazmem duży dekolt różowego kostiumu, a na nim ciężki złoty łańcuch, druga, wściekle ruda, w porażającej sukni w kolorze błękitu - starała się tak gestykulować dłońmi z akrylowymi, długimi jak szpony paznokciami, żeby jej kolekcja pierścieni była doskonale widoczna.


- No mówię ci - trajkotała ruda - jakie nieszczęście. Ta Wiola to nigdy nie była gwiazda, sama wiesz. Nogi krzywe, krótkie. Tyłek jak szafa. No i ta fryzura! Platynowe blondynki to były modne dwadzieścia lat temu. No i poznała takiego... Marka... On miał Marek. Hurtownie miał skarpet. Mercedes S-klasse. Myślała, że Pana Boga za nogi... Ubezpieczony na milion dolarów! No i ta hurtownia padła, no mówię ci, co za nieszczęście! Komornik do domu przyłaził, wszystko im zabrał. No, ale na szcęście ten Marek nie wytrzymał nerwowo i się powiesił na kaloryferze w jadalnym. Taki włoski kaloryfer.
- No wiesz ty co! - zapowietrzyła się właścicielka dekoltu - na włoskim kaloryferze!
- No, na włoskim - potaknęła ruda. - I Wiola już liczyła ten milion dolarów. I wiesz ty co? - zakryła ręką usta pokazując złotą kolekcję.
- No, nie wiem.
- Ten palant trzech rat na tę polisę nie zapłacił i tyle - pokazała figę - dostała.

coraz weselszy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Kultura