GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE
61
BLOG

PAŃSTWO Z DYKTY

GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE Kultura Obserwuj notkę 2
Kloss wyszedł nie chcąc dłużej patrzyć na tę scenę tym bardzie, że dostrzegł, jak w kierunku zbiegowiska sunie Karwowska z Karwowskim. Nie czuł się powołany do rozsądzania sporów. Wiedział, że Jagoda ma rację, ale to była jej racja. Spędził te wszystkie lata w Ameryce, grając w kiepskich filmach i żyjąc spokojnie u boku pieknej zony. Nie potrafił zdobyć się na odwagę osądzania, skoro sam nie uczestniczyłw ostatnim półwieczu narodowej historii. Wyszedł do holu zamykając za sobą drzwi.
Było cicho i chłodno. Tępo przyglądał się ścianom obwieszonym girlandami z różnokolorowej bibuły. Po prawej stronie holu była wnęka w ścianie i Kloss zajrzał tam wyjmując papierosa. Wnęka skrywała schody prowadzące w dół, do piwnicy. Na dole paliło się światło i dochodził odgłos szufli nabierającej coś i przerzucającej. Kloss zszedł po schodach. Dziwny odgłos zaintrygował go nieco. “Kto może pracować o tej porze?” U dołu schodów znajdowały się kolejne drzwi. Kloss uchylił je i odgłos szuflowania stał się wyraźniejszy. Zajrzał ciekawie, a potem przestąpił próg. Znajdował się w kotłowni. W wątłym świetle żarówki zobaczył ubranego w marną robociarską kurtkę człowieka wrzucającego miał węglowy w otwarte drzwiczki pieca, z których buchał ciemnoczerwony płomień.
Mężczyzna musiał go usłyszeć, albo wyczuć, bo przerwał wykonywaną czynność i odwrócił się niespiesznie opierając łokcie o trzon łopaty. Był stary. Nieogoloną, ogorzałą twrz przecinały głębokie bruzdy zmarszczek.
- Pewnie chce pan pomóc? - zagadnał Klossa pokazując braki w uzębieniu.
- Jesli pan sobie życzy - wzruszył ramionami Kloss.
- Pewnie, że nie, panie - zaśmiał się palacz. - Byś pan sobie garnitur pobrudził i jak by to wyglądało? Jak tam przyjęcie? - wskazał brudnym palcem sufit.
- Chyba mam już dość - przyznał Kloss, który poczuł, że musi się komuś zwierzyć.
- Pan siada - starszy człowiek wskazał upyloną ręką na stojącą pod ścianą ławeczkę. Kloss usiadł posłusznie i wyciągnął paczkę z papierosami.
- Amerykańskie? - zdziwił się palacz. - Bez akcyzy? - oglądał z zainteresowaniem pudełko. - Pewnie z przemytu?
- Nie - zaprzeczył Kloss - ja przyjechałem z Ameryki. Specjalnie na wesele.

- Aaaa... - człowiek wyciągnął papierosa i włożył go sobie za ucho. - Do rodziny?
- Nie, przyjechałem zobaczyć Polskę. Na wesele trafiłem przypadkiem.
- No i jak się panu ta Polska podoba? - uśmiechnął się smutno robotnik.
- Sam nie wiem - Kloss wzruszył ramionami bezradnie. - Chyba dużo się zmieniło?
- Wszystko - pokiwał głową w zadumie palacz. - Chce pan, to zrobię panu mocnej herbaty? Mam tu maszynkę w kanciapie - pokazał ręką w prawo. Na takie picie dobrze zrobi.

- Chętnie - zgodził się Kloss - jeśli to panu nie sprawi kłopotu.
- Jaki tam kłopot? - dziadek podreptał ku niskiemu otworowi w ścianie, przychylił się i zniknął w ciemnościach. - Właśnie się woda gotuje - usłyszał jego przytłumiony głos Kloss. Wrócił po chwili niosąc dwie dziwne szklaneczki z grubego szkła wypełnione w jednej trzeciej grubo krojonymi herbacianymi liśćmi. - Proszę - podał mu jedno z naczyń. Kloss postawił ją obok siebie na ławie. Palcz przyciągnął z kąta drewniany zydelek i usiadł na wprost Klossa stawiając swoje naczynie na podłodze.

- Mogę chwilę pogawędzić, bo piec pełny - dziadek machnął ręką w kierunku urządzenia grzewczego. - To mówi pan, że pan z Ameryki?
- Tak, z Ameryki - potwierdził Kloss trzymając szklankę w obydwu dłoniach. - Przyjechałem, bo jakoś tak mnie wzięło, żeby zobaczyć, co tu jest, jacy ludzie...
- Ludzie z modeliny, a państwo z dykty - podsumował palacz.
- Z modeliny? Z dykty? - zadziwił się Kloss.
- Ano - robotnik kiwnął smutno głową. - Powiem panu tak... Ja nie jestem jakimś tam naukowcem, żebym to potrafił ująć mądralińsko. Ja jestem prosty człowiek. Ale ja mam ponad osiemmdziesiąt lat i swój rozum też. Sanację pamiętam, wojnę... Myśmy mieszkali na wsi, o tutaj niedaleko - kiwnął dłonią na zachód.
Takie dzieisęcihektarowe gospodarstwo rodzice mieli. Chłopi. Historii Polski uczył mnie dziadek i ojciec. Szacunku do pracy matka. Wtedy, przed wojną, za sanacji, też nie było lekko. Były i strajki chłopskie i starcia z policją. Była bieda i podejrzane bogactwo. Tylko, pomimo wszystko, to był normalny kraj... Jak wybuchła wojna to żeśmy z chłopakami łazili po drogach i błagaliśmy żołnierzy o broń... Tak miał człowiek zakodowane, że cokolwiek złego by się nie działo, to bronić trzeba, bo nasze. W czterdziestym pierwszym wstąpiłem do oddziału. Złożyłem przysięgę. Tutaj w okolicy nie było akurat BCh. Akowcy byli, więc wstapiłem do nich. Potem, panie, po wojnie, to się dużo mówiło, gdzie kto był. A takie gadanie sensu nie ma, bo każdy, kto chciał, był w tym, cobyło na miejscu... Tej partyzantki to nie będę panu opowiadał, bo to i nie ma co opowiadać... Obowiązek, normalna rzecz. Ja byłem, ojciec był, dziadka tylko nie wzięli... Za dnia się siedziało w chałupie, a po nocach do lasu. Zaraz po wojnie dostaliśmy pierwszą nagrodę za tę partyzantkę.
Przyszli i ojca zabili. Niby bandyci. Dopiero po latach to się okazało, że to była zaplanowana akcja. Chodziło o to, żeby co aktywniejszy element zamordować i żeby wieś przycichła. Ja tam widać byłem za młody, albo za mało ważny, bo przeżyłem. Tyle że jak wszyscy młodzi szli do miasta, do szkół, to ja z tą swoją przeszłością to mogłem sobie iść na budowę. Byłem, panie, w Warszawie, w Nowej Hucie... A potem wróciłem na gospodarstwo, bo matka sama rady nie dawała. Tu, na wsi, to człowek tego komunizmu tak nie odczuł. Może, jak zakładali spółdzielnie... To parę lat było, bo zaraz się rozpadło. No, ale doczekałaem ja Rzeczpospolitej! Tyle, że ja już od początku to raczej nieufny byłem.
Mój dziadek mi zawsze powtarzał, że nie ma wolności bez krwi. A ta przyszła bezkrwawo. No to taka ta wolność, jaka i cena. Darmowa. Trzeciego gatunku. Na mój rozum, to powinno to wyglądać inaczej. Na początku trzeba było zamknąć ten cały peerelowski bajzel i ogłosić, że się skończyła okupacja. Wszystkie te ich prawa uznać za nielegalne, a wszystkie ich umowy za nieważne. Wrócić do konstytucji marcowej. Pan się dziwi, że ja wiem, co to była konstytucja marcowa? A czy pan uwierzy, że mój ojciec - chłop przecie - to potrafił wymienić wszystkich królów polskich od poczatku do końca razem z rozbiciem dzielnicowym? Jeden brat ojca był u Maczka, drugi był lotnikiem w RAFie, teraz siedzi w Anglii. Jak by się te zachodnie banki oburzyły, że nie chcemy długów oddawać, to trzeba im było powiedzieć, że nikt im nie kazał uznawać bandytów za dobrych klientów. Jak się daje bandycie i złodziejowi, to trzeba potem ponieść konsekwencje. My byliśmy w sojuszu z Anglikami i Francuzami, tak? I myśmy wypełnili warunki. Wszystkie. Nie tylko państwo. Zwykli ludzie. To chyba i z tamtej strony pownni je wypełnić do końca?
Komunistów to się powinno zapakować w zaplombowane wgony i wysłać do Rosji. No, nie każdego. Od sekretarza wojewódzkiego partii w górę. Bo to już nie są Polacy i nic z nich nie będzie. Szeregowych członków pozbawić dożywotnio praw obywatelskich, bo się wysługiwali okupantom. Ja tego nie mówię z zemsty. Za ojca, za zniszczony i złupiony kraj. Nie wolno nam było tego nie zrobić, bo rosną nowe pokolenia i co widzą? Że zdrada, podłość i małość popłaca. Nie tylko, że sięnie karze. Nagradza się. Jak by się stanęło na gruncie starej konstytucji i starych praw, to wszystko byłoby jasna. Tam stało przecie napisane, co to jest zdrada i co za to grozi. Pod ścianę i do widzenia. To całe miłosierdzie może polegać na tym, że się życia nie odbiera. Wolności. Do więzień nie wsadza. Ale prawa? Przywileje? Apelowali o wybaczenie, pojednanie, grube kreski. Kto? W czyim imieniu? Przebaczać to można za siebie. Za tych, co nie żyją nie wolno, bo oni już nie żyją. A głos swój dali. Nie słowem, panie. Czynem. I kto tak apelował? Ci sami, co najpierw słuzyli komunistom, a dopiero, jak wiatr zawiał z drugiej to się przeflancowali na patriotów.

coraz weselszy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura