Ja tam, proszę pana, ani się swoimi zasługami nie chwalę, ani nic nie żądam dla siebie. Narażałem skórę dla ojczyzny, nie dla pieniędzy. Sam chciałem. Lepsi ode mnie nie przeżyli. Pięćset złoty mam, zdrowie, chwalić Pana Boga dopisuje, za palcza porobię, to sobie dorobię. Na wszystko mam. Tylko jak tak patrzę wkoło, gazety poczytam, telewizję pooglądam, to widzę, że nic z tego państwa nie będzie. Bo ono jest z dykty. Tu lada iskra i wszystko zapłonie, zawali się. Bo kto będzie o to walczył, dbał? Ci tam? - Wskazał sufit i Kloss nie wiedział, czy chodzi mu o szczyty władzy, czy o bawiących się na weselu. - Na katar się nie narażą - podsumował palacz krzywiąć usta.
- Państwa nie da się zbudować na draństwie i kłamstwie, bo w takich warunkach karły rosną. Zasadę mam jedną, panie. Ja tam komuniście ręki nie podam. Bo albo ma krew na rękach, albo przynajmniej czyjeś zmarnowane życie, albo głupi. Tu są, proszę pana, wesela co tydzień. Co ja się napatrzyłem, co ja się nasłuchałem!
- Ja trochę też - przyznał Kloss.
- No to sam pan widzi. Chwalą się, że edukacja. Że wzrosła liczba tych, co studiują. A wie pan, co jest gorszego od braku edukacji? Kiepska edukacja, zła edukacja. Bo jak człowiek szkół nie skończył, to mu zawsze zostaje własny rozum, zdrowy rozsądek i doświadczenie życiowe. A jak komuś przez dwadzieścia lat wbijają bzdury do głowy, to on się z tego może już nigdy nie otrząsnąć.
- To co będzie dalej? - zainteresował się Kloss.
- Dalej - zastanowił się dziadek. - To zależy. Albo się to wszystko ustawi od nowa. Zbuduje na prawdze, albo... nic nie będzie. To nie będzie łatwe, bo teraz to trzeba będzie budować na biedzie. Bo już wszystko, panie, rozkradzione. Ale czasmi lepiej budować na biedzie, ale w prawdzie, niż na tłustym kłamstwie. Pan to ma szczęście - spojrzał na Klossa - będzie pan na to wszystko patrzył z oddali. Ma pan swój dom, gdzieś tam... A ci tutaj będą musieli coś z tym zrobić. Wcześniej, czy później, a im później, tym ciężej będzie. Ja to trochę tak, jak pan - robotnik uśmiechnął się chytrze - nie mam się co tak bardzo martwić o przyszłość, bo niedługo wyjeżdżam stąd na stałe.
- Pan? - zdziwił się Kloss - dokąd?
- Uciekam stąd w takie miejsce, gdzie jest normalnie - dziadek roześmiał się teraz szeroko. - Wizy nie potrzeba, bilet nic nie kosztuje... Biorą wczystkich emigrantów, jak leci...
- A! - Kloss domyślił się, o jakie miejsce chodzi. - Niech pan nie przesadza, z pana zdrowiem...
- To i tak dwudziestu lat nie przeżyję - pomachał dłonią palacz. - Wie pan, jak wnuki przyjeżdżają do mnie, to mi mówią, że ja tak czarno patrzę w przyszłość, że kraczę... Nie widzą, że tak naprawdę, to ja nie mam co krakać. Mnie tu zaraz nie będzie. To jeśli narzekam na tę pseudopolskę, to szczerze i bezinteresownie. Z myślą o nich. To one będą tu żyć. Śmieją się i mówią: “Dziadek to ma spaczone spojrzenie przez to latanie z gnatem po lasach.” Ja im tego nie mówię, ale tak sobie myślę “Oj, żebyście i wy kiedyś nie musiały po tych lasach ze złomem latać.”
- No tak źle to chyba nie będzie? - wdrygnął się Kloss.
- Nikt by nie chciał - wzruszył ramionami dziadek - ale dlaczego by nie? Kto zaręczy? Zaręczy pan? - spojrzał przenikliwie.
- Zaręczyć, nie zaręczę, ale nie wydaje mi się, żeby akurat w tej geopolitycznej sytuacji, jaka jest obecnie...
- A ja może nie wyglądam, ale historię znam. Nie takie były stabilne sytuacje polityczne. Powiem panu nawet, że były stabilniejsze niż dzisiaj. I w dwa miesiące robiła się taka zawierucha, jakiej świat wcześniej nie widział. My przywykamy do myśli o tym, że żyjemy w pokoju i nie chcemy myśleć o wojnie. Tak jak zdrowy człiowiek nie chce myśleć o chorobie. Ale zdrowy człowiek choruje, i tak czy siak umiera. To i wojna może się przydarzyć. I pomyśl pan. Co wtedy? Co się z stanie z tym państwem z dykty? Z tymi ludźmi ulepionymi z odpadków, wymodelowanych, panie, jak z tworzywa, według najgorszych wzorców? Za okupacji, za jedno: szkopskiej czy kacapskiej, to się w ogniu spaliło pokolenie, panie, stalowe.
Państwo może nie stalowe, ale drewniane, dość solidne. Na barykady szli ludzie rzeczywiście wykształceni. Odważni. Tacy chłopcy i dziewczęta, co tu przed wojną przyjeżdżali na letnisko. Niby normalni, a okazało się, panie, że to herosi, panie, jak od dawnych Greków. A teraz, co? Ile by się to utrzymało, jakby choćby i dziesiąta część tego naporu była, co wtedy? Dzień, dwa? Ach - machnął ręką zniechęcony - dość. Ja już panu truł nie będę. Niech pan wraca na górę, bo nie wypada. Obgadają pana. A ja muszę do pieca dorzucić, bo przygasa. Podniósł się i zabrawszy opróżnione szklanki podreptał do swojego kantorka. Wrócił z łopatą. Kloss podniósł się i patrzył mu w oczy trochę zmieszany.
- Jak by się co dziać miało - powiedział cicho - to ja wrócę...
- Obyś pan nie musiał - mruknął stary - ale miło słyszeć. - Wyciągnął do Klossa spracowaną dłoń. - A jakby się co działo to przyjedż pan do mnie. Pod klepiskiem to mam taką armatę, żebyś się pan zdziwił!
- Trzyma pan broń? - Kloss zamrugał oczami zaskoczony.
- Tylko mnie pan nie wydaj! - dziadek pogroził mu palcem. - Wie pan, wtedy we wrześniu, jakżeśmy broni nigdzie nie mogli dostać, to sobie obiecałem, że na następny raz będę miał co przyszykowane. Co rok wyciągam oliwię tak, żeby nikt nie widział. Tylko przestrzelić nie mogę, boby się mogło wydać. Ale, daj Boże, na jaką gwałtowną potrzebę, nie zawiedzie.
- Będę pamiętał - Kloss wyciągnął dłoń i pozegnał się. - Z Bogiem, dziadku!
- Z Bogiem - skinął głową dziadek i otworzył drzwiczki pieca, za którymi żarzyły się, przygasając węglowe drobiny. Palacz schylił się, nabrał szuflę miału z chrzęstem stali trącej o betonową podłogę i wrzucił w wypełniony czerwonymi, żarzącymi się drobinami otwór. Buchnęło i zajęło się jasnym ogniem. Odblask płomieni zatańczył na ścianach i Kloss wykorzystał ten moment, żeby wydostać się na schody.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)