Kloss najpierw zajrzał do sali weselnej upewniając się, że towarzystwo, którego rozmowie ostatnio się przysłuchiwał już się gdzieś rozeszło, a po nieprzyjemnej scenie z Jagodą i Karwowskimi nie pozostał ślad. Panna młoda spała na stole z twarzą ukrytą w pulchnym przedramieniu. Pan młody drzemał na brzuchu obok niej na ławie czule obejmując sosnową deskę ławy rękami.
Koss rozejrzał się bacznie w poszukiwaniu miejsca gdzieś na uboczu i wreszcie znalazł takie. Pod scianą, uktyty za otwartymi skrzydłami drzwi stał sobie, niezauważony wczesniej przez niego, pluszowy fotel z szerokim oparciem. Przemknął się pod ścianą starając się nie zwrócić niczyjej uwagi, wemknął za otwarte skrzydło drzwi i zapadł się fotel, którego siedzenie ugięło się tak głęboko, że stopy Klossa znalazły się centymetr nad ziemią.
Przymknął oczy i zaczął rozkoszować się swoją izolacją. Nie cieszył się jednak długo, bo kiedy już odpływał w ciemność usłyszał znany sobie skądś głos:
- Dobrze się pan bawi, panie Kloss? Otworzył szeroko oczy, żeby potwierdzić, czy głos należy do osby, z którą się mu kojarzył. Nie mogło być żadnych wątpliwości. Nad Klossem pochylał się, jak zwykle uprzejmie uśmiechnięty pan Azael Andlow we własnej osobie!
- Pan tutaj? - Kloss nie mógł otrząsnąc się ze zdumienia.
- Ależ, panie Kloss - Andlow obdarzył go jednym ze swoich profesjonalnych uśmiechów odzwierciedlających niezwykłe ukontentowanie - skąd to zdziwienie? Nie powinno być dla pana zaskoczeniem, że nasze biuro podróży nie pozostawia klientów bez opieki.
- Cóż - Kloss poczuł się usatysfakcjonowany, że niewygórowana cena wycieczki łączy się z pewnego rodzaju szczególną opieką nad nim, jako klientem - to w gruncie rzeczy miłe...
- Od tego jestesmy - skwitował uprzejmość Andlow zacierając pulchne dłonie. - Ale jest coś, o czym pan nie wie... Program naszego spotkania z ojczyzną posiada swoje niejawne punkty, niespodzianki, których celem jest zapewnienie naszym klientom czegoś więcej niż standardowych wrażeń i doznań. Niech pan popatrzy - wskazał dłonią na rząd zastawionych stołów pociągając Klossa za rękaw marynarki.
Kloss spojrzał. Sala wyglądała teraz jakoś inaczej. Światła pogasły, a stoły, z zalegającymi je resztakami jedzenia i butelkami niedopitej wódki spowijała srebrna księżycowa poświata. Na stołach i ławach, pogrążeni w głębokim, nienaturalnym snie, spali biesiadnicy. Niektórzy z twarzami ukrytymi w dłoniach i łokciami opartymi o blaty, inni na kolanach obejmując czule stołowe nogi, jeszcze inni pokotem na ławach, pod ścianami, gdzie popadło...
Na to wszystko, wprost z nieeleganckiego holu wpadł znany Klossowi drużba o imieniu Jasiek - zadeklarowany zwolennik sportów motocrossowych. Zatoczył się od drzwi, mało co nie wpadł na jeden ze stołów, ale wyminął go z trudem wyginając ciało niczym hinduski fakir, aż znalazł się pośrodku sali. Nie wyglądał dobrze. Jego moherkowy, zawadiacko noszony beret gdzieś się zapodział, a na głowie sterczała szopa skołtunionych płowych włosów oświetlana nieziemskim światłem księżyca. Wzrok miał błędny, koszulę rozchełstaną na piersi mimo chłodu na zewnątrz, a buty z rozwiązanymi sznurówkami groziły nagłym upadkiem i problemami ortopedycznymi.
Chłopak zatoczył krąg wyciągając ręce do śpiących.
- Ludzie! - wydobył z siebie cichy pisk, choć z widocznego napięcia mięśni twarzy można było wnosić, że zamierzał krzyknąć. - Ludzie - powtórzył, a poprzez głos przebijała rozpacz. - Chydźta broni! Podniósł palec i wyglądało, że będzie wieszczył, ale tylko otworzył usta i zaraz je zamknął, jakby zapomniał, co chce powiedzieć. Zarzuciło nim w kierunku ławy gdzie usiadł ciężko.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)