- Ja wam chciałem co ważnego powiedzieć... - wyszeptał z trwogą. - Ktoś mi coś wam mówić kazał... - spojrzał z rozpaczą na śpiących - tylko nie wiem, co... Zapomniałem... albo nigdy nie wiedziałem... Nagle zaniósł się pijackim szlochem. Płakał jak dziecko, nie kryjąc łez, a usta zgiął w podkówkę, przez co wyglądał szczególnie żałośnie. - Mnie to tak co w duszy gra... Tyle widzę rzeczy w snach... Tyle w sercu czuję... i czegoś żałuję. Tylko czego? - zmarszczył czoło i zamknął oczy. - Tylko czego? - zadał jeszcze raz pytanie. - Nie wiem. Siedział znieruchomiały niczym posąg długą chwilę, aż nagle zerwał się jak jakiś furiat, jakby go oparzyło, i przerażonymi oczami wpatrywał się w coś na stole. Kloss wytężył wzrok i poczuł jak włosy stają mu dęba, bo to co i jemu udało mu się dostrzec było rzeczywiście niezwykłe i zatrważające. Zza butelki weselnej wódki wyszedł sobie niewielki, może pięciocentymetrowy wiecheć słomy owinięty wokół zapałki.
- Kto ty, duch? - zawołał przerażony drużba.
- Ja twój druh! - zawołał wiecheć donośnie, jak na swoje lilipucie rozmiary. - Jam jest tutaj wodzirejem! Zaraz wódki ci naleję! Pij, nieboże, pij!
- Ale ja już nie chcę! - wrzasnął Jasiek i przywarł plecami do ściany.
- Więc niech pójdą goście w tany! - zawołał wiecheć. - Jam jest chochlę, chochoł mały, jak rozkażę - tańcowały będą szklanki i zakąski! W tany! Zaszeleścił słomą, z której był skonstruowany i - o rety! - z talerzyków powstawały niedojedzone śledzie błyskając filuternie rybimi oczkami, bigos wypełzł z wazy i podskakując radośnie na mnogich kapuścianych odnogach zaczął się łasić do flaszy białej czystej, pląsały w utworzonym kole ubrudzone sztućce, a kieliszki rozpoczęły radosną grę w berka.Chochoł usiadł na środku stołu i zza słomianej pazuchy wyciągnął maciupkie skrzypeczki. Przeciągnął po cienkich jak mysi włos strunach wydając wysoki dźwięk, pokręcił przy niewidocznych kluczach próbując stroju, aż uznał osiągnięty efekt za zadowalający, i zagrał na nutę krakowiaka przyśpiewując sobie niewyraźnie jakiś kuplecik, po czym zamilkł nagle. Długo nie poruszał się i Kloss powoli dochodził do wniosku, że padł ofiarą omamu wyołanego zestawem dań weselnych, kiedy zjawisko znów zaczęło mówić. - Kurde - chochoł poruszył się niespokojnie - miałem mu jakoś przygadać... tylko... za cholerę nie pamietam, o co w tym wszystkim szło...? Znów się zamyślił, ale tym razem na króciutko - A tam! - ponownie przytknął smyczek do strun - Niech spać idzie, ot co! - i popłynęło ku Jaskowi "Lulajże Jezuniu", choć to wiosna była!
Drużba oparty o ścianę słuchał kolędy, a w miarę jak słuchał uspokajał się. Na twarzy wykwitł mu tępy uśmiech zadowolenia. Wreszcie osunął się i usiadł na podłodze i tak półsiedząc, wciąć oparty o ścianę, z głową zwieszoną na piersi, usnął. Skrzypeczki grały coraz ciszej i ciszej, aż wtopiły się w wiatr, który wiał za oknem. W sali zrobiło się cicho, światła przygasły, za to szum wiatru wzbierał na sile.Aż huknęły okiennice i otworzyły się szeroko, na oścież. Chłodny powiew wpadł z impetem do dusznej, zadymionej sali, zakołował ze świstem i utworzył wir, który zaczął porywać gości, stoły, ławy i zastawę. Śpiący unosili się lekko, jeden po drugim poddając się strumieniowi rześkiego powietrza. Jedni płynęli z otwartmi ustami, sapiąc ciężko przez niespokojny sen, jak Karwowska, inni z dłońmi przytulonymi do policzków, albo z błogimi uśmiechami na zadowolonych twarzach. Jagoda płynęła na końcu, na plecach, sztywno, jak trup na marach. Wszystkich wessał wir, zakręcił nieruchomymi ciałami wkoło sali, a potem porwał za okno wprost w zasnute chmurami niebo. Kloss ku swojemu zdziwieniu wcale nie czuł się ani przerażony, ani zdumiony tym, co zobaczył. Po tym wszystkim, co usłyszał i czego się dowiedział senna logika oglądanych zdarzeń wydała mu się godną zaakceptowania tym bardziej, że sam był zmęczony i senny.
- Dokąd ich wywiało? - zapytał cicho pana Andlowa.
- Przepadli w odmętach historii, jak inne pokolenia - westchnął pan Andlow i wzruszył ramionami.
- A Jagoda? - Kloss pociągnął nosem. - Co się z nią stało?
- Rok po weselu - Azael Andlow zmarszczył nos próbując sobie przypomnieć - rok po weselu zapadła na białaczkę i zmarła. Wie pan - spojrzał na Klossa i zagryzł dolną wargę. - Ja odnajduję taką prawidłowość. Ci, co mają takie wielkie oczy i żarliwie wczytują się nimi w dusze innych ludzi nie żyją zbyt długo. Umierają z przerażenia.
- A pan Karwowski?
- Przeżył córkę o cztery lata. Raczej spokojnie, choć koniec miał burzliwy. Zmarł na zawał, podobno po jakiejś karczemnej awanturze z panią Karwowską. Chyba poszło o przeszłość. Po co w ogóle ludzie grzebią się w przeszłości? - skrzywił się z pogardą.
- Dla prawdy, chyba - szeptem odpowiedział, trochę do siebie, trochę do niego Kloss.
- Ach! - prychnął Andlow. - Czyż nie lepszy jest spokój?
- A pani Karwowska? - Kloss nie miał ochoty na wchodzenie w spór.
- A! Pani Karwowska! - ucieszył się przypomnieniem Andlow. - Zrobiła wielką karierę. Została reprezentantem rządu do spraw planowania rodziny i wychowania do życia seksualnego. Wielka bojowniczka o godność kobiet, proszę pana. No - zastanowił się - któż, jak nie ona?
- Rzeczywiście - Kloss musiał się zgodzić. - W świetle tego wszystkiego, co już wiem, nikt bardziej od niej nie mógłby się nadawać do tak odpowiedzialnej roli. A państwo młodzi?
- Panna młoda... przegrała walkę z celulitem i w obawie o przychody pana młodego zaszła w ciążę, która miała jej posłużyć do szantażu, a przynajmniej do tego, żeby móc zawsze coś od niego wyrwać, jak to się kolokwialnie mówi. Pan młody się zestarzał równie szybko, a to głównie za sprawą braku higieny intymnej oraz chorób, których się nieustannie nabawiał i przenosil dalej. Ponadto interesy szły coraz gorzej i gorzej.
- Spadło zapotrzebowanie na papier toaletowy? - zdziwił się Kloss.
- Chyba nawet wzrosło... ale... widział go pan. Używając języka nieboszczki Jagody: żeby być królem srajtaśmy, też trzeba mieć rozum. Obydwoje wpadli w pułapkę kart kredytowych, które trzeba było spłacać szybciej i szybciej, odsetki rosły, potem rosły już odsetki od odsetek. Wreszcie wraz ze swoim dzieckiem wróciła na wieś i zamieszkała u matki. Coś mi się obiło o uszy, że podaje piwo w miejscowej pijalce. Chciała jeszce raz sprzedać się jakoś fortunnie w drodze małżeństwa, ale nie wyszło. Głównie za sprawą celulitu i braku rozumu.
- Docent Gajny? - wyłowił ze świeżej pamięci kolejną postać Kloss.
- Najpierw Minister Spraw Wewnętrznych, a potem Edukacji - nie wiedzieć czemu dumnie oznajmił Andlow.
- To też się zgadza - potaknął Kloss.
- Co się zgadza? - zdziwił się Andlow.
- Wszystko zaczyna układać się w obrazek. To nie jest ładny obrazek, panie Andlow, ale wyraźny, o ostro zarysowanych konturach. Jeszcze trochę mi brakuje, ale już naprawdę niewiele.
- Hm - chrząknął Andlow - jak by tu panu pomóc? Wiem! - zawołał i klasnął w dłonie. - Niech pan patrzy teraz kloss. Niech pan przygląda się pilnie - kiwnał głową w kierunku opustoszałej sali. Kloss spojrzał i teraz już trochę się zdumiał. Sala zmieniła się nie do poznania. W miejscu porwanych przez wiatr mebli pojawiły się nowe, a restauracja przestała już wyglądąć jak restauracja. Dostojne staroświecki meble zastąpiły wywiane przez wiatr stoły i ławy z płyty wiórowej, pomalowaną farbą olejną ścianę z czerwoną lamperią na wysokości metr siedemdziesiąt pokryła przytulna brązowa tapeta w złote wzory, a na niej porozmieszczały się obrazy w złoconych ramach; portrety mężczyzn i kobiet o marsowych minach przemieszane z krajobrazami jakiegoś arcyromantycznego manierysty. Na ścianie przeciwległej od tej, gdzie znajdowały się drzwi, wyczarowała się zgrabna, pełna książek biblioteczka, którą Kloss powitał nostalgicznym i życzliwym uśmiechem. Chciał wstać z ukrytego w cieniu drzwi fotela i przyjżeć się księgozbiorowi, ale pan Andlow przytrzymał go zdecydowanie za łokieć i pociągnął w dół.
- To jeszce nie pana scena. Teraz wystapią inni artyści. Kloss posłusznie zagłębił się w fotelu i czekał na zapowiedziane przedstawienie z zaciekawieniem. Co by nie powiedzieć miało szansę być interesujące, skoro ktoś włożył tyle trudu w przygotowanie dekoracji! Długo nie czekali.
45
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (2)