W holu dało się słyszeć kroki. Do pokoju weszło dwoje ludzi. Bardzo eleganckich. Pan w garniturze, pani w kapeluszu z szerokim rondem, w woalach i tiulach, z elegancką torebką przewieszoną przez ramię, obydwoje w średnim wieku, choć dama starała się swój wiek ukryć nosząc się z lekkomyślnością właściwą dużo młodszej kobiecie.
- Patrz, jak tu ujutno, Filandrze! - zawołała ona zdejmując kapelusz i kładąc go na stole.
- Jak ciepło, miło! Czyż to nie wnętrze godne rezydenckiej pary?
- A mnie tam wszystko gówno - warknął elegancki pan i rozwalił się wygodnie w skórzanym, stojącym na środku pokoju fotelu.
- Filandrze! - dama wygięła dłoń arcynadobnie - Nie zapominaj, kim jesteś! Nie jesteś byle kim, ale Rezydentem!
- A gówno - wrzasnął Rezydent.
- Filander! Zaraz mi się zachowuj nadobnie! Pamiętaj!
- Pamiętam, pamiętam, Lalando - naburmuszył się Rezydent. - Czasami, Lalando, muszę ci powiedzieć, że mam już dość! Przez cały dzień muszę się pilnować, uważać, żeby sięnie wypsnęło! Mówić to, co mi napiszą z miną zatroskaną i nadętą. "Nie pozwolimy, aby upiory przeszłości - urojone i wyolbrzymiane przewiny naszych sąsiadów zatruły świetlaną przyszłość! Wybierzmy jutro!" - cytował z pomięci krzywiąc się z obrzydzenia. - "Nasz naród musi rozliczyć się ze zbrodni popełnionych na innych... Dlatego chylę głowy przed ofiarami i, jako Rezydent reprezentujący całą rezydencję, mówię - przepraszam, przepraszam, przepraszam..." - dodał zmęczonym głosem cytując fragment z zupełnie innego przemówienia.
- Za te pieniądze Filandrze - zwana Lalandą wygięła szyję jak baletnica - możesz się trochę pomęczyć...
- Wciąż mnie podglądają... - skarżył się Rezydent żałośnie - ja nawet się upić nie mogę!
- A któż ci kazał upijać się na cmentarzu? - skarciła go surowo dama. - Nad tymi ich grobami, bohaterami, nieszczęściami i pomnikami? Są potulni i głupi, ale nie należy ich drażnić, urażać tej ich niezrozumiałej dumy!
- A skąd ja mogłem wiedzieć, że zdjęcia robić będą? Myślałem, że uszanują nekropolię!
- Eee - machnęła ręką Lalanda - oni to już nic nie szanują. Nawet godności urzędu! Bydło! - zawołała nagle z niespodziewaną furią.
- Bydło - zgodził się Rezydent. - W portfel patrzą i pieniądze mi zaczynają liczyć...
- Cicho - Lalanda pacnęła Rezydenta w twarz batystową rękawiczką, którą kupiła u Harrodsa. - Ktoś idzie... Czyżby to Bufon?
- Nie lubię go - wysyczał Rezydent wściekle.
- Ale zachowuj pozory! - zaleciła Rezydentowa - burki są niebezpieczne, mogą kąsać!
- Nie lubię - syknał jeszcze raz Filander, a do pokoju wszedł kanciaty jegomosć: przykrótki, z okrągłą głową umieszczoną wprost w ramionach, bez zbędnych połaczeń w formie szyi.
- No! - zawołał zobaczywszy ich stojących przy komodzie. - Co tak się gapią? Lalanda, nie udawaj damy! Nie takie damy znamy - zachichotał. - Filander! Coś się tak nadął, jakbyś się grochówką przeżarł? Łebek cię nie boli? Oj, na imieninach u Redaktora to żeś trochę przesadział. Niby rezydent, a rzyga jak kot! - zarechotał na przypomnienie widzianej rezydenckiej niedyspozycji.
- Ty nie mów do mnie tak, chamie! - zawołał falsetem Rezydent purpurowiejąc ze złości.
- Chamie? - zdziwił się kurpulentny pan. - Chamie... chamie... - zamruczał do siebie i zaczął ze zmarszczonym czołem przechadzać się do pokoju. Naraz twarz mu się rozpogodziła. - Lepszy cham miejscowy, niż import szmoncesowy! - zarechotał rubasznie i spojrzał triumfalnie na siedzącego.
- Ty nam tu w rodowodach nie grzeb! - pogroziła mu palcem Lalanda. - Bo i my pogrzebać możemy!
- A pogrzebta! - zawołał kanciaty jegomość. - Grzebta, grzebta. Nic nie wygrzebiecie, bo wszystko spalone, zniszczone, śladu ni ma.
- Czyżby? - rezydent spojrzał na niego ironicznie.
- A co masz na mnie? - rozwścieczył się teraz Bufon.
- Moskowskije wiecziera - zaczął śpiewać tenorem Rezydent mrugając okiem do Lalandy, a ta podchwyciła melodię i ciągnęła razem z nim falsetem usmiechając się złośliwie - Podmoskownyje wiecziera, moskowskoje dziengi...
- Żadnych śladów, dowodów ni mata - zaryczał Bufon. - Ty! - podszedł do siedzącego i groźnie wyciągnął palec. - Ty mnie tu nie strasz, żebyś na dywanik nie pojechał...
- Smycz już za słaba - wzruszył rezydent ramionami. - Mam nowego pana. Lepszego.
- Smycz za słaba? - zdziwił się Bufon - oj, żebyś ty się Rezydent nie zdziwił. Bo mnie się coś zdaje, żeś ty do niej po prostu przywykł i jej nie czujesz. A wiesz co się robi, jak sobaka smyczy zapomina i ciągnie w inną stronę? Zakłada się kolczatkę!
- Dobra, dobra, Bufon. Ty się nie egzaltuj. Do rzeczy. Czego chcesz?



Komentarze
Pokaż komentarze (4)