- Czego ja chcę? - Bufon aż uniósł się na palcach stóp. - Chcę, żebyś mi przestał włazić z kopytami i nteresy psuć! Umowa była taka: ty pijesz, ile chcesz i się obnosisz po salonach z Lalandą, z królowymi i inną arystokracją. Drętwe mowy wygłaszasz i rezydentujesz. A interesy robią chłopaki razem ze mną. A ty co? Podszczypujesz? Kąsek za kąskiem rwiesz? To... - aż sie zapowietrzył - niegodziwe!
- Lalanda, co on bredzi? - rezydent odwrócił się do Lalandy, która sobie coś tam liczyła na kalkulatorku kupionym u Armaniego.
- Cicho! Obliczam koszty miłosierdzia na pokaz w tym miesiącu - westchnęłą Lalanda teatralnie.
- Oj, żebym ja nie grzebnął w tym miłosierdziu, Lalanda - syknął Bufon.
- Phi! - prychnęła Lalanda i poprawiła kapelusz kupiony u Chanel - możesz tam sobie grzebnąć. Wsio tajne i dyskrecjonalne. Nie wolno ci! A jak byś napierał i grzebnąć się ważył - pogroziła mu upierścienionym paluszkiem - to się poskarżę u Redaktora i on cię obsmaruje.
- Redaktor to oszust! - warknął Bufon. - Oszukał mnie i chłopaków! Najpier żadał, a potem sypnął nas dziennikarzynom ze sfory jego.
- Bo ci już nie wierzy! - odpowiedział mu Rezydent patrząc prosto w oczy. - Cała warszawka mówi, że Bufon się skończył. To po co on ma wchodzić w niepewny interes? Mówią na mieście, Bufon, że ty jesteś zerem!
- To ja! - zawył Bufon i aż się zatoczył słysząc zniewagę - wypsnę się i dam cynk o zapalniczkach!
- O jakich? - zapytał drżącym głosem rezydent i zbladł.
- O jakich? O jakich? - Bufonowi wrócił rezon. - O tych na gaz i na benzynę! Myslisz, że nie wiem, że ty przehandlowałeś naszą krajową fabrykę zapalniczek? Naszą dumę narodową, produkt myśli technicznej naszej?A po co Doktor do Budziszyna jeździł? Po co się tam z Gałganem spotykał, co? A czemu mi żeśta zamkli wszystkie słupy moje: Rycha, Zdzicha i Misia, fajnych chłopaków?
- A co ty tak tych zapalniczek na gaz i benzynę bronisz? - tłumaczył się zmieszany i przerażony rozległą widzą Bufona Rezydent. - Czy ty żeś się nie spolaczył Bufon? Chciałbyś Polski takiej, jak była? Żebyś krowy pasał?
- Co ty mnie tu pierdzielisz? - huknął Bufon czując, że odzyskuje przewagę. - Nie o to chodzi, że przehandlowane, ale o to, że to nie ty miałeś przehandlować. Tylko ja z chłopakami!
- Riebiata - zaszczebiotała Lalanda czując, że sprawy przyjmują zły dla Rezydenta obrót. - Nie zpominajcie, że mamy wspólny interes. Jak się będziemy gryźć to wreszcie nas wygryzą. Trzeba się dogadać i dzielić uczciwie, po połowie.
- Po połowie! - zakrzyknął Bufon. - Mieliśta się rozkoszować pałacami i salonami, a od żłoba - wara!
- Czasy się zmieniły - Lalanda skinęła głową. - Rezydent ma teraz wielu kolegów na świecie. Dużo może. Dlaczego miałby nie uszczknąć? Jemu też się coś od życia należy. Ty Bufon to się tak nie unoś. Ty z nami do stołu zasiądź i porozmawiaj. To będzie lepsze dla wszystkich. I dla nas i dla ciebie. Jak ty chcesz to ja zaraz zadzwonię po Doktora. On będzie superarbitrem. Niech was rozsądzi.
- Akurat - żachnął się Bufon - Doktor do Budziszyna jeździł, żeby zapalniczki na gaz i benzynę przehandlowywać, produkt myśli technicznej naszej, a teraz niby to nie będzie trzymał waszej strony?
- Doktor to czlowiek interesu. Jest po tej stronie, gdzie są pieniądze. A jak pieniądze są i tu i tu, to nie będzie trzymał niczyjej strony. Powiesz mu, co możesz, a on to na pewno wyważy i wartość twoją określi.
- No dobra - Bufon wypuścił głośno powietrze z płuc - dawaj Doktora. Dzwoń. Lalanda wyjęła z torebki kupionej w salonie Versace maleńki telefonik, coś tam ponaciskała i chwilę czekała ze słuchaweczką przy uchu. - Tak, to ja, Doktorku. Tak... Nie, nie zagryźli się jeszcze... zachichotała... Pamiętam, pamiętam, ale o tym sza... Przyjdziesz? No to przyjdź... Już leci - powiedziała chowając telefonik do torebki.
- Tak szybko? - zdziwili się jednocześnie Rezydent i Bufon.
- Tak. Powiedział, że prześle się przelewem elektronicznym. Ach, te biznesmieny! Romantycy naszych czasów!I rzeczywiście. Nie minęła minuta i w z holu dobiegły dziarskie odgłosy. Do wnętrza wszedł sportowym, sprężystym krokiem mężczyzna, też w średnim wieku, artystycznie nieogolony, w romantycznie rozpiętej białej koszuli kłującej bielą w oczy na tle wieczorowego garnituru, skrojonego przez mistrzów igły.
- No proszę! - zawołał prezentując uzębienie wykonane przez mistrzów protetyki - Cała ferajna w komplecie!
- Aleś się szybko przesłał! - klasnęła w ręce Lalanda.
- Przesłałbym się szybciej, ale łącza strasznie obciążone - ukłonił się jej dwornie Doktor.
- Czym mogę służyć czcigodnej ferajnie? - zapytał rubasznym tonem. - Miny coś widzę naburmuszone. Niedobrze, niedobrze. Nie mogą się kłócić chłopaki z ferajny!
- A po co żeś do Budziszyna na spotkanie z Gałganem jeździł, Doktorku, co? A po co się razem z Rezydentem fabryki zapalniczek na gaz i benzynę, triumfu mysli technicznej naszej tykasz, co? - wypalił Bufon widać nie panując nad sobą i skierował swoje naburmuszone oblicze w stronę Doktora
- A! - Doktor spoważniał. - Myślałem, że wy mnie tu na ćwiarteczkę, kawały poopowiadać o Polaczkach, a wy tu o poważnych sprawach widzę. O interesach. No, ale jeśli tak, to możemy i o tym.
- No to mów - Bufon spojrzał na niego zagniewanym wzrokiem.
- O! - uśmiechnął się chytrze Doktor - jak na poważnie, to na poważnie. Najpierw wyjmujemy urządzenia.
- Jakie urządzenia? - zdziwił się Bufon przesadnie i się zaczerwienił.
- Nagrywające - wyjaśnił doktor i wyjął ozdobną szpilę z rubinową główką z klapy marynarki kładąc ją na stole. - To deklaracja intencji - wyjaśnił. A teraz ty - kiwnął na Bufona - wyjmuj i kładź na stole jako i ja zrobiłem. Bufon spojrzał na Doktora nienawistnie i obrócił się do nich tyłem stając twarzą ku biblioteczce. Rozpiął spodnie i grzebał w gaciach chwilę, aż coś z nich wyciągnął. Zapiął się, odwrócił, podszedł do stołu i z nadąsaną miną położył na nim niewielkie, czarne urządzenie, które wyglądało jak guzik.
- Jeszcze skarpetka - zarządał Doktor patrząc mu w twarz bezczelnie.
- Widzę - powiedział wolno Bufon przez zęby posłusznie wyciągając elektroniczną pchełkę ze skarpetki - że twoje szpieżątka mają węch doskonały.
- Moje szpieżątka są najlepsze na świecie - Doktor napuszył się i tak pozostał. Nie na długo.
- To wyjmuj pchełkę z zęba - zażądał Bufon niespodziewanie.
- Skąd? - Doktor cofnął się o krok zasłaniając ręką usta.
- Z zęba - twardo potwierdził Bufon - masz fałszywą plombę Doktorku.
- Ale - bronił się Doktor - wtedy będę miał dziurę!
- Trudno - nie ustepował Bufon.
- Widzę - powiedział Doktor niewyraźnie gmerając palcami w otwartej jamie ustnej - że twoje szpiclątka też są pierwszoklaśne.
- Jasne. A teraz dawaj Doktorku kluczyk - Bufon nadął się i napuszył jeszcze bardziej niż Doktor..
- Kluczyk? - przeraził się Doktor. - Kluczyka nie oddam! - złapał się z przerażeniem za kieszeń swojej eleganckiej marynarki. - Kluczyk to ja!
- Dobra, dobra. Dawaj kluczyk i kolczyk! - Żebyście mogli zobaczyć wtedy Bufona! Na jego twarzy zagościł najbardziej ironiczny uśmiech z całego repertuaru ironicznych uśmiechów, w których Bufon celował. Przez moment wydawało się, że jest panem sytuacji.
- Zaskakujesz mnie Bufonku - stwierdził Doktor kwaśno opanowując zaskoczenie. Chyba jednak doszedł do wniosku, że zaprzeczanie faktom mijało by się z celem, bo posłusznie pozbył się i kluczyka, i kolczyka. - Słyszałem na mieście, żeś jest zerem - burknął wydłubując kolczyk z ucha - a tu widzę, że potrafisz jeszcze urządzić niezły thriller!
- Może ty myslisz sobie - syknąła Lalanda - że ty jesteś jakiś amerykański superman? Jakiś killer?
- Oczywiście - przytaknął Bufon i odwrócił się do Rezydenta i Lalandy mrużąc złowróżbnie oczy - Rezydent! Paznokieć, nosek w prawym bucie i zapinka paska do spodni. Lalanda! Lewa sztuczna rzęsa, obcas w prawym bucie, torebka, bransoletka, szminka, puderniczka, korek z butelki od perfum i lewy klips. Na stół! Naobwieszałaś się Lalanda tą elektroniką jak choinka! Dostojna para zrobiła strasznie poobrażane miny, ale pozbyła się wszystkich elektronicznych gadżetów nie protestując. Na stole zebrał się niemałych rozmiarów stosik.
- Ach, ta technika! - westchnął Doktor w zadumie. - No, ale cóż - zgarnął ręką wszystko, rozejrzał się wkoło, podszedł do stojącego na sekretarzyku pod oknem wazonu, zajrzał do środka sprawdzając czy nie ma w nim wody, a upewniwszy się, że wazon jest suchy, wsypał urządzenia do środka. Zastukały metalicznie uderzając o dno. - Skoro już wszystko w porządku i możemy gadać jak równy z równym, to usiądźmy - wskazał dłonią na krzesła. Zasiedli. Lalanda z Rezydentem z jednej, Bufon na przeciw, a Doktor z trzeciej strony mając nadobną parę po prawej, a Bufona po swej lewej ręce.
- No to - zagaił - w czym rzecz, kochana ferajno?
- Ano w tym, że Rezydent co i rusz coś mi się stara uszczknąć! A ty Doktorku mu w tym pomagasz. Tak być nie może! Niby tu superarbitra zgrywasz, ale nieszczerze. Ty tylko kluczysz!
- Ja - Doktor puknął się w pierś - jestem biznesmen do wynajęcia. Taką mam pracę. Robię biznes dla tego, kto mi płaci. A Rezydent dobrze płaci.
- A ody mnie to żeś pieniędzy nie miał, tak? - zaperzył się strasznie Bufon. - Do dzisiaj byś produkował wodę sodową, gdyby nie ja. Już nie pamiętasz?
- Wodę sodową? - zdziwiła się Lalanda i spojrzała na Doktora trochę krytycznie - Fe!
- Stare dzieje - Doktor spiekł raka. - Ale mi nie mów, żeś ty ode mnie pieniedzy nie dostał! Gdyby nie ja, tobyś nigdy nie został Prymusem!
- Społeczeństwo mnie wybrało na Prymusa! I Babrament! - wrzasnął Bufon obrażony.
- Ta, ta, ta - skrzekliwie powiedział Doktor i spojrzał na Bufona z pogardą - ile ja pieniędzy musiałem włożyć, żeby cię solidnie wylansować! Ukryć, co do ukrycia! Wydobyć to, czego nie ma!! No, ale mniejsza. Według mnie - wstał od stołu i zaczął chodzić tam i z powrotem, ze splecionymi na plecach dłońmi - rzecz wygląda tak...- Otóż ty Bufon - skinął głową Bufonowi - jesteś na czele sfory fajnych chłopaków i trzymacie sztamę. W sforze twoja siła, Bufon, bo całej sfory się na raz nie wysadzi w powietrze. Lalanda i Rezydent, Redaktor - dodał ostrożnie - i ja, to przedstwiciele innej rasy. Samotników i indywidualistów. Też trzymamy sztamę, ale nie mamy sfory, bo żeby mieć sforę to trzeba się urodzić na przedmieściach i się wśród sfory wychować. Jak dotąd my i wy mieliśmy układ. A układem rządzi omerta! Układ polegał na tym, że każdy łupi to, co jego i drugiemu nie wchodzi w drogę, bo omerta, a jak nie omerta, to dintojra! - błysnął groźnie białkiem oka.
- Problem w tym, że do tej pory starczało, a teraz nie starcza. Jak ty byś był sam jeden, to we czwórkę spokojnie byśmy się dogadali. Ale ty - wskazał palcem na Bufona - jesteś całą sforą fajnych chłopaków. Dużo jest fajnych chłopaków, a wszyscy tłuściutcy i żreć chcą. Nie możesz się ich pozbyć, bo sfora to twoja siła!
- Nie mogę się pozbyć - przyznał się Bufon szczerze.
- Ale niektórych będziesz musiał - smutno pokiwał głową Doktor. - Trudno. Wszyscy wiemy, że to konieczne. Dla wszystkich nie wystarczy. A nasi przyjaciele ze Wschodu i Zachodu bacznie nam się przyglądają i widzą, jakie tu marnotrawstwo i anarchia. Sfora za duża! Dlatego wycinka być musi!
- Wycinka być musi! - jednocześnie zakrzyknęli Rezydent i Lalanda. - Bo jak nie - dintojra!
47
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (6)