GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE
43
BLOG

V-5 (OST) OPERETKA

GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE GREAT ROCK'N'ROLL SWINDLE Kultura Obserwuj notkę 6

- A wy? Zapytał płaczliwie Bufon. - Dlaczego wy nie zrobicie wycinki? Też macie cały dwór.
- Dwór to są Bufon pracownicy. Oni dostają pensję i nie mają nic do gadania. A sfora, to sfora. To jest stado. Inne zasady.
- Ale ja nie mogę wycinki zrobić, bo się fajne chłopaki na to nie zgodzą! - bronił się Bufon. - Jakbyśta zrobili taką małą wycinkę na dworze, to by wtedy było mi łatwiej.
- Wiesz ty co? - Lalanda odwróciła się do Rezydenta - Niech mu będzie. Wytniemy Szychę i Łubudu. On taki się gnuśny zrobił, a ona mi ukradła szminkę. Ale w zamian za to - popatrzyła na Bufona wnikliwie - ty wytniesz Kiełbachę, Kaszanę, Salcesa i Podgardlaną. I Zdzierakoskie obydwa.


- Zdzierakoskie wypadły ze sfory - machnął ręką Bufon - same. A co do reszty - zamyslił się - to dlaczego ja mam wyciąć cztery za wasze dwa?
- Bo nasze mniej kosztują - wyjaśniła Lalanda.
- Ale Podgardlana to potrafi wypić szesnaście piw w dziesięc minut! - bronił swojej pupilki Bufon.
- No więc sam widzisz! - pokiwała głową Lalanda krzywiąc się z obrzydzeniem. - Jakie to żarte! Pochłania za cztery! Babochłon!
- Nie zgodzą się - oczy Bufona zapełniły się łzami. - Powiedzą, że omerta, a jak nie omerta, to dintojra - zadrżał.
- A co będzie - zapytał Doktor - jak się omerta wyda i polaczki zobaczą, że ich w konia przez lat tyle...?
- Nie - machnęła nadobnym rączęciem Lalanda - to są fantazje Doktorku. Jak by się mieli zorientować, to dawno by się zorientowali. Za głupi są i dobrze tresowani.


- A jak zaczną szukać kogo innego? - zaniepokoił się Rezydent. - Jak im coś odbije? Ja tam ich w ogóle nie znam, nie rozumiem, znać i rozumieć nie chcę. Ale jak tak czasem patrze przez szyby zaciemnione na te twarze, co w tłumie chodzą. Obce i niezrozumiałe, to mnie taki strach oblecieć potrafi... że aż strach...
- Przyszykowaliśmy im przecież alternatywę. Ba! - Lalanda rozłożyła ręce - dwie albo i trzy alternatywy. Nasze. Jest opcja dla inteligentów. Jest i dla pospolitego ludu. Co sobie sami wymyślą? Dziennikarzynom i pisarzynom, profesorzynom płacę. Autorytecinom też. Czego się bać?
- Rezydent ma rację - Doktor pokiwał głową przecząco. - W nich coś tkwi! Coś złowrogiego. To się tak dziwnie objawia. Oni nie są szczerzy. Ja to widzę czasami. Te kwiaty pod tymi pomnikami, te babcie o twarzach posępnych w tych bidnych paltocikach, te świeczki w dzień zaduszny... Musimy uważać. Dlatego musi być omerta i wycinka, bo jak nie to dintojra!


- Dintojra! - zawołali Lalanda i Rezydent.
- Dintojra! - zawołał, choć niechętnie, Bufon.
- No to jak jest omerta, to możemy sobie teraz w coś zagrać dla rozluźnienia - Doktor przeciągnął się leniwie.
- Ale jeszcze Redaktor musi przyklepać, że omerta, a jak nie, to dintojra - wtrąciła się Lalanda przerywając rozluźnianie.
- Przyklepie, przyklepie - uspokoił ją Doktor. - jak mu powtórzę, że między nami omerta, bo jak nie to dintojra, to przyklepie. On też się ich boi.
- To świetnie! - ucieszyła się Lalanda. - To teraz zagramy w berka. Albo w bierki, albo chodźcie, będziemy wywoływać duchy!
- To już najlepsze te duchy, bo nie trzeba się wysilać - skrzywił się Bufon.
- A jak się wywołuje duchy? - zapytał Doktor, który jakoś do tej pory nie wywoływal duchów.


- No - zaczęłą Lalanda z zapałem. - Przygasza się światło, zapala się świecę. Bierze się talerzyk i się je wzywa.
- No dobra! - rozochocił się Rezydent. Wstał i poszedł po świece stojącą na kominku. Zapalił ją wyjętą z kieszeni spodni zapalniczką od Gucciego i postawił na stole. Doktor, który podszedł do włącznika zgasił światło, a Bufon wyciągnął z kredensu fajansowy talerzyk i położył obok świecy.
- Jeszce to! - Lalanda wyciągnęła ze swojej torebki od Armaniego złożoną na pół tarczę wyciętą z papieru, rozłożyła i położyła po talerzykiem, a na naczyniu umieściła swój złoty długopis, który podobnie jak zapalniczka Rezydenta, był od Gucciego.
- Duchy tej ziemi! - zawołała Lalanda wywracając oczami i ledwo powstrzymując chichot - Duchy pszenno-buraczane! Polne i leśne! Duchy bezrozumnych powstańców i stetryczałych wieszczących dziadów! Duchy upartego chłopstwa i durnej szlachty! Przybywajcie! Umilkła i uniosła rączęta nad głową. Wszyscy wpatrywali się w piękny złoty długopis.


- Niedobrze - szepnął pan Andlow Klossowi do ucha, który obserwował to wszystko ze swojego miejsca ukrytego w cieniu za drzwiami z zapartym tchem - Niedobrze - powtórzył pan Andlow ponuro. - Takie zabawy nie kończą się dobrze. Mogą odwrócić bieg historii... wszystko zepsuć...
- Oj! - pisnęła Lalanda i przysunęła się bliżej do świecy, czego do tej pory unikała, bo w chyboczącym świetle płomienia jej twarz wyglądała jak naciągnięta gumowa maska
- Porusza się! Rzeczywiście. Za sprawą tajemnych mocy, albo predistigitatorskiej sztuczki długopis się poruszył. Zaczął się obracać coraz szybciej. Zatrzymał się nagle wskazując literę. Potem znów drgnął, pokazał kolejną i tak, litera po literze przesyłał stłoczonym wkoło talerzyka przekaz z tamtego świata. W końcu długopis zatrzymał się na dobre. Zebrani siedzieli w milczeniu osłupiali spoglądając niepewnie jedno na drugie.
- Jak to - odezwał się wreszcie Doktor - "won, gnidy"?
- No - ostrożnie zaczęła Lalanda - tak powiedziały.
- Lalanda! - zdenerwował się Doktor - ty mi tu nie wciskaj kitu. To ty tym sterowałaś!
- Wcale, że nie! - zaperzyła się Lalanda.
- Chrzanię taką zabawę - odezwał się obrażonym głosem Bufon. Wstał podszedł do ściany i zapalił światło. - To już lepiej pograjmy w bierki na dywanie.
- A skąd weźmiesz bierki? - zapytał Rezydent, który miał niewyraźną minę i zdmuchnął świecę.
- Zawsze noszę przy sobie. To moja ulubiona gra, bo chodzi o to, żeby jak najwięcej załatwić dla siebie. Bierki od “brać”, nie?
- Dobrze - zgodził się Doktor - niech będą bierki. Pomysł Lalandy z duchami był do bani.


- Phi - Lalanda wydęła wargi, ale posłusznie schowała tarczę z literami. Wszyscy czworo wstali od stolika i usiedli pod oknem na dywanie. Bufon wyjął pudełko z patyczkami i wysypał na dywan. - Chodzi o to - wyjasnił zasady, żeby tak rąbnąć patyczek, żeby się inne nie poruszyły. Jak się poruszą, to gracz idzie do pierdla i musi oddać wszystkie patyczki.
- O ile gramy? - zainteresował się Rezydent.
- Tysiąc dolarów za każdy patyczek. Symbolicznie. Nie przepadam za hazardem - skrzywił się Bufon.
- Dobra - zgodził się Doktor, a Lalanda i Rezydent kiwnęli głowami.


- No i co, Panie Kloss? - zasyczał Klossowi w ucho pan Andlow. - czy już coś się panu ułożyło w sensowną całość? Czy już rozpoznał pan obrazek? Przecież już się pan z nim zetknął. I to nie raz...
- Więc to jest Trust! - wydusił Kloss.
- To jest prototyp Trustu. Pierwszy działający prototyp na świecie. Powinien pan, Kloss, jako Polak być naprawdę dumny. Czyż nie jest prześliczny?
- A kto tym wszytkim zarządza? - zapytał Kloss zduszonym głosem.
- Po śmierci Bormanna osobiście przejąłem kierownictwo. Rzecz jasna, tutaj na miejscu, reprezentuje mnie Rezydent.
- Pan? - Kloss spojrzał ze zdumieniem na Andlowa. - Przecież pan prowadzi biuro podróży. Sam widziałem. Pana firma jest mała... Chociaż miła - uzupełnił przepraszająco.
- Przede wszystkim Kloss - pan Andlow uśmiechnął się serdecznie - jest piekielnie dobrze zorganizowana.
- Ach więc to tak! - Kloss zasłonił twarz rękami. - Szukałem Trustu w Ameryce i wyglądało na to, że pokonaliśmy go razem ze Stirlitzem i Brunnerem. Zastanawaiłem się, czy nie odrodzi się w Rosji, ale wyglądało na to, że po całym   zamieszaniu z Bondem również i tam utracił swoje wpływy. Dlaczego Polska? Dlaczego właśnie tu?


- Bo... - Andlow zamyslił się - tu i kropka. Są sprawy, których i tak nie byłbym w stanie panu wytłumaczyć. Świat, obok siatek matematycznych, wykorzystywanych w geografii, czy astronomii lub fizyce, można opisać siatkami metafizycznymi. I jakoś tak wyszło, że w tym nieciekawym kraju przecinają się wszystkie linie. To dosyć nieszczęśliwe położenie. Ale, jesli pan zna historię swojego narodu, a wiem, że pan zna, to dostrzeże pan bez wielkiego wysiłku, że tutaj historia toczy się zupełnie inaczej. Jakoś tak - skrzywił się - pozornie bezsensownie, a jednak w jakimś kierunku. Ten kierunek wykracza jednak poza ramy możliwości racjonalnego opisu. Z pewnego punktu widzenia, tak jak zresztą słusznie podejrzewacie, choć wynika to z waszej megalomanii, a nie wiedzy, stanowicie pępek świata. Tylko że moim zdaniem nie jest to wcale powód do radości. Pan pyta dlaczego tu? A choćby dlatego, że tu jest najzabawniej i najtragiczniej jednocześnie. Taki splot, do którego Trust pasuje jak nigdzie indziej. Andlow spojrzał Klossowi prosto w oczy. - Mam dla pana propozycję, Kloss...
- Chyba ją znam - odpowiedział Kloss nie spuszczając wzroku, co nie było łatwe, bo oczy Azaela Andlowa płonęły piekielnym blaskiem. - Już raz mi ją złożono. Gdzieś, kiedyś, w tych czarodziejskich czasach mojego dzieciństwa... Przedstawicielstwo, telefon komórkowy...
- Dorzucę samochód służbowy. - Samochód? - Kloss uśmiechnął się smutno. - Zawsze bardziej fascynowały mnie pojazdy szynowe. Nie, nie, panie Andlow. Ja się nie zmieniłem. Nic, a nic. Tamta odmowa, podobnie jak ta jest po prostu wpisana w moją tożsamość. Non serviam, panie Andlow.
- Niech pan po mnie nie papuguje! - Andlow wyraźnie się zirytował. - Tożsamość - wzruszył ramionami. - Tak, jakby była takim stałym punktem odniesienia. Czy jest pan pewien, że ten punkt jest aż tak stały? A czy pan wie, jaka jest cena tej odmowy? Kloss... jesli zdecyduje się pan przystać na moje warunki podaruję panu piękny sen...
- A jeśli nie?
- Obdarzę pana prawdą.
- To wolę prawdę, zamiast najpiękniejszych snów.
- A jesli to wszystko, co pan kocha okaże się snem, a najstraszniejszy koszmar prawdą?
- To pomimo wszystko - Kloss był spokojny jak nigdy - wybiorę prawdę.
- A cóż to jest: prawda? Czy jest pan pewien, że jest wartością?
- Powiedział pan, że jeśli przystanę na pańskie warunki obdarzy mnie pan snem, tak? - odpowiedzial Kloss pytaniem na pytanie, co nie było uprzejme.
- Tak - Andlow zmarszczył brwi, bo Kloss zaczął mu się wymykać.
- To znaczy, że może pan obdarzać snami i iluzją, to jest w pana mocy. I powiedział pan, że jeśli odmówię, wtedy otrzymam prawdę... - analizował. - Tylko że ja, nie zgadzając się, wymykam się pana władzy i mocy. Więc prawda, którą pan mnie tutaj straszy musi pochodzić z innego źródła, niż źródła pańskiej iluzorycznej potęgi. Dlatego nie dziwi mnie, że może pan nie mieć pojęcia o jej istocie. - Spojrzał na Andlowa ostro. - Więc, panie Andlow, jest już po wszystkim. Wybrałem i niech mam za swoje.
- Wybrałeś - Andlow wyglądał na trochę zdziwionego, ale trzymał fason, bo był znany z tego, że nigdy nie tracił klasy. - Więc będziesz miał za swoje. Prawda, panie Kłos bywa gorzka i cierpka.
- Ale to wciąż prawda. Poza tym, nazywam się Kloss! - sprostował Kloss rozdrażniony.
- Niech panu będzie. Kloss. Dopóki tylko może... być... Mówił coraz ciszej i w miarę jak zanikał głos, zanikał i on sam. Robił się bledszy i coraz bardziej przezroczysty, aż wreszcie ulotnił się jak dym pozostawiając tylko zapach hinduskiego kadzidełka. Zostawił Klossa samemu sobie wbitemu w fotel, przeczuwającemu, że coś się zbliża, że coś nadchodzi, że swoją odmową poruszył kolejną lawinę zdarzeń o trudnych do przewidzenia konsekwencjach. Spojrzał ku wnętrzu sali, gdzie Rezydentowa z Rezydentem, Doktorem i Bufonem grali w bierki i czekał, aż coś się wydarzy

coraz weselszy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Kultura