- No bo - zaczął - żeby rzadzić, to musi być kraj do rządzenia. I ludzie, co to będą na nas pracować. Na władzę, znaczy się, bo władza być musi. I wszyscy chłopi i... - zatrzymał się na chwilę patrząc lękliwie - państwo też, to muszą dawać pieniądze na taką władzę. A Doktor, co to jest pomocnikiem fryzjera w miasteczku mówił, że najważniejszy jest geszeft. A żeby był dobry geszeft, to muszą być pieniądze i ludzie do roboty. A Lalanda chciała, żeby jej mąż - bo oni z lakajczykiem to się mają ku sobie - to był takim... rezydentem. To taki, co nic nie robi, a ładnie wygląda, chodzi we fraku i czasem co powie.
- Znaczy się... - pan Henryk szarpnął za sumiastego wąsa - republika?
- To ja nie wiem - przyznał się markotnie Bufon. - Ale Doktor mówił, że jakby był król, to do niczego, bo król to musi być z familii jakiej historycznej, albo może być z ludu, z rodziny jakiej zacnej, ale my to byśmy nie mogli być. Żaden z nas. Ale mówił też, że jak się przygląda na targu takim cudakom, co to sprzedają chłopom płyn na porost włosów, albo inne cudowne maście, to tak mu się widzi, że ludzie są głupie i w byle co uwierząi pieniądze dadzą. A jak na płyn albo inne maście dadzą, to tym bardziej dadzą na Polskę, jak im się obieca, że im ta Polska co da w zamian.
- Polska w zamian? - zadziwił się pan Henryk.
- Niech tatko da pokój z indagowaniem tego indywiduum, bo to nijakiego sensu mieć nie może. Do stajni niech idzie spać, a jutro się go odprawi.
- Cichajże, Tadeuszku - pan Henryk machnął ręką. - Widzisz, tak to jest, jak się ich zostawi samopas. Takie im się w głowie lęgną fantazje, że nie wiadomo, czy to pocieszne, czy groźne. Taki więc nasz obowiązek, żeby im tłumaczyć. Obywatelskich postaw uczyć, bo jakby Pan Bóg sprawił, że się Rzeczpospolita na nowo odrodzi, to nam obywateli trzeba światłych i obowiązki wobec Najjaśniejszej rozumiejących, a nie takich o pomieszanych umysłach, jak ten nieborak.
Słuchaj no - zwrócił się znów ku Bufonowi - i zapamiętaj. Polska, to nie widzimisie twoje i tobie podobnych. To wieki historii. To tradycja żywa, która tkwi w ludziach. To potrzeba serca. Dworski i chłopski obyczaj. Przyroda tego kraju. To nie, jak ci się zdaje, karczma albo targ, gdzie filuty różne i sowizdrzały głoszą swoje farmazony, żeby ludzi tumanić, a sobie nabić kabzę. Ty się w Polskę nie baw, ani się za nią nie bierz na poważnie, bo nie twoja to rzecz. Jakby się na świecie nie działo, to nigdy tak nie będzie, żeby ludzie z twojej sfery mogli sprawować rządy. A teraz idź już spać... A jeszcze ci tyle powiem, że szczęście masz ty, ścierweńku, żeś mnie nie tylko wzburzył, ale i swoim duractwem nieco ubawił. Idź!
- Do stajni, jaśnie panie? - zapytał drżącym głosem Bufon.
- Możesz spać w swojej izbie. Tylko mi się rano nie guzdrz i nie leń, jak to masz w zwyczaju, tylko poobrządzaj wszystko, jak należy.
- Jak wielmomożny pan rozkaże - Bufon ukłonił się nisko i pospiesznie dał drapaka rad, że mu się tym razem upiekło. Wyszedł, a w salonie przez chwilę panowała cisza.
- Filuty! - przerwał ją wreszcie pan Henryk i cięzko westchnął.
- Mnie się tam, tatku, zdaje, że ty zbyt pobłażliwy dla ich lokajskich fanaberii jesteś. To dziwna rasa. Nawykła do kłaniania się w oczy, a gotowa cię zniszczyć, kiedy by tylko miała nad tobą władzę. Ja tam się ich boję. Tych wszystkich złodziei kur, tych małomiasteczkowych rzezimieszków, wydrwigroszów... A ile w nich ambicji! Sam widziałeś. Im się ręce trzęsą do naszych salonów, powozów, mebli, ubrań...
- Przesadzasz, chłopcze, przesadzasz - pan Henryk machnął ręką niecierpliwie. - Co innego ambicje, choćby i chorobliwe, a co innego możliwości. Popatrz na świat i sam się zastanów. Jaka to by się musiała przydarzyć zawierucha, która by cały świat powywracała do góry nogami, że ten margines dostał się na szczyty? A nawet jeśli, to jak utrzymaliby się na tych szczytach? Z poparciem czyim? Ech, wszystko to fantazje lokajczyków. Dajmy i my temu pokój. Zosiu - ponownie odwrócił się do żony - nakaż pokojówce, żeby przyrządziła herbaty. Usiądź przy mnie, a ja gazety poczytam, może co ciekawego piszą.
Pani Zofia skinęła głową i zabrała się za organizowanie podwieczorku, a pan Henryk sięgnął po leżący obok plik świeżo co dostarczonych, a jeszcze nie przejrzanych pism. Rozwinął płachtę i wtopił się spojrzeniem w tytułową stronę magazynu. - No masz ci los! - zawołał niedowierzając wiadomościom. - Aż mnie ciarki po plecach przeszły. Czy ty uwierzysz - spojrzał na swojego syna - że jakiś Serb zastrzelił w Sarajewie arcyksięcia Ferdynanda? No koniec świata!
- Mówiłem tacie, że ja coś złowrogiego wyczuwam, jakąś taką infernalną aurę...
- Tyś się z cyganerią zadał i te wszystkie Przybyszewskie ci robią kiełbie we łbie! Pan Henryk pokiwał głową z potepieniem. - Nic wielkiego nie będzie. Ot, cesarz postawi Serbii ultimatum jakie, może się to co najwyżej skończyć jakąś lokalną wojną austriacko - serbską... Zamilkł i zaczął nasłuchiwać czujnie przyglądając się otwartym drzwiom, za którymi ukryty w cieniu siedział Kloss.
- Tam się coś rusza! - zawołał wreszcie po chwili nasłuchiwania pan Henryk. - Tam za drzwiami, na fotelu - wskazał dłonią kierunek. Młodzieniec z wyciągniętą karabelą zaczął skradać się w kierunku skąd dobiegł podejrzany szmer.
- Jeśli to jeszcze jeden z tych gałganów, to nie zdzierżę i spłazuję! - warknął przez zaciśnięte zęby. Wreszcie, jak był o krok od drzwi, zerwał się i doskoczył do nich nagłym susem szarpiąc za klamkę gwałtownie. Kloss psojrzał w górę przerażony chcąc zerwać się z miejsca i zacząć tłumaczyć, kiedy...
- Szczur! - dobiegł Klossa pełny obrzydzenia głos młodego. Chciał zaprotestować i unieść się honorem, ale ku swojemu zaskoczeniu wydusił z siebie tylko cienki pisk. Więcej już nie miał szansy, żeby choćby spróbować nawiązać porozumienie, bo musiał się gwałtownie uchylić przed spadającym mu na głowę ostrzem. Rzucił się z fotela w dół ku podłodze i z niemalejącym zdumieniem zobaczył, że jego lądujące na lśniącym parkiecie ręce pokryte są, aż do przegubów dłoni szarym, gęstym futrem. Zastanawianie się nad tą zatrważającą przemianą postanowił zostawić na później, bo ostrze karabeli zaryło w dębowej desce niepokojąco blisko jego odmienionej cielesnej powłoki. Zaskakująco zwinnie zanurkował pomiędzy butami młodego i wypadł do holu. Pędził na złamanie karku ku schodom. W połowie schdów natknął się na kobietę niosącą balię z praniem. Kobieta upuściła niesiony ciężar krzycząc przeraźliwie i mokre elementy garderoby rozsypały się po schodach. Wyminął je zręcznie i ile sił w krótkich łapkach biegł ku drzwiom wejściowym. Na jego szczęście zastał je uchylone. Wypadł na ganek, a stamtąd na podwórze. Przebiegł je niczym pocisk z guldynki płosząc konie zaprzężone do eleganckiej bryczki. Przemknął pod drewnianym płotem i wypadł na pole. Biegł ile sił, byle dalej od ludzi, od dworu, od Polski... Musiał biec długo. Tak długo, aż serce odmówiło mu posłuszeństwa, bo ocknął się leżąc w trawie, mokrej od porannej rosy. Podniósł głowę i z przestrachem spojrzał na swoje ręce. Wyglądały normalnie i Kloss złapał się za twarz z radością odnajdując wszystkie elementy swojej ludzkiej fizjonomi na właściwych miejscach. Rozejrzał się wkoło. Leżał na trawniku otoczonym drzewami. Obok niego leżał jego prochowiec. Wstał, a w głowie zakręciła się karuzela przypominając o weselu. Szedł wolno starając się nie zataczać, a jego jedynym marzeniem było to, żeby mógł się gdzieś położyć i przespać do rana. Spoza drzew błysnęły światła latarń. Podreptał w ich kierunku i wkrótce, przedarłszy się przez gęstwinę krzewów, znalazł się w parkowej alei rzęsiście oświetlonej przez światło ustawionych po obu jej stronach stylowych lamp. Pomiędzy słupami poustawiano ogrodowe ławki. Kloss opadł na najbliższą. Zwinął prochowiec i położył sobie pod głowę. “Jutro zobaczę, co robić dalej.” pomyślał zanim opadły mu powieki i odpłynął w radosną krainę snów.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)