- Panie! - nad smacznie śpiącą na parkowej ławce postacią pochylał się umundurowany policjant. W tym samym czasie drugi, stojąc w przepisowej, półtorametrowej odległości, ubezpieczał kolegę oświetlając miejsce interwencji ostrym snopem światła halogenowej latarki.
- Co się stało? - wyrwany ze snu leżący mężczyzna usiadł raptownie patrząc na stojącego przed nim stróża prawa nieprzytomnym wzrokiem.
- Tu nie wolno spać - wyjaśnił mundurowy surowym, pouczającym tonem.
- A dlaczego? - obudzony zadał, jak mu się wydawało, rezolutne pytanie.
- Przepisy nie pozwalają - wyjaśnił drugi z policjantów niemiłosiernie oślepiając ofiarę latarką. - Od spania jest hotel.
- Kiedy ja lubię na świeżym powietrzu... - nie dawał się zbić z tropu amator spania na ławce.
- A ja lubię przypieprzyć pałą - wyznał szczerze policjant westchnąwszy. - A nie zawsze mogę...
- Dokumenty! - zażądał ostrym głosem ten stojący bliżej.
- Nie mam - schwytany rozłożył bezradnie ręce.
- Dobra... - nazwisko?
- Hans Kloss... - odpowiedział mężczyzna i lekko się ukłonił.
- Jak? - nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał funkcjonariusz z latarką.
- Kapitan Abwehry - doprecyzował przepytywany. - Jestem kapitanem Abwehry. Nazywam się Hans Kloss.
- A ja Żwirek i Muchomorek. Zaraz ci jednak przypieprzę pałą, chociaż mi nie wolno...
- Dobra, Stefan... - mitygował go kolega. - Weź go do radiowozu i na komisariat. Tam go zbadają i albo do żłobka, albo do celi... Co się będziesz w dyskusje wdawał z mendą...
Schwycili go pod ramiona, powlekli do samochodu i ość bezceremonialnie wepchnęli na tylne siedzenie. Trzasnęły trzy pary drzwi i samochód ruszył kolebiąc się na wybojach parkowej alei. Smutna twarz mężczyzny widoczna była jeszcze przez chwilę za boczną szybą lecz wkrótce znikła, jako że mieniący się być Hansem Klosem zdecydował się na kontynuację drzemki w policyjnym samochodzie. Granatowy samochód jechał niespiesznie przez częściowo śpiące, a częściowo pijane miasto. Minął bandę młodocianych chuliganów kopiących sobie spokojnie pana wyglądającego na podrzędnego urzędnika, albo innego nauczyciela. Głowy policjantów odwróciły się ku znajdującej się naprzeciw wystawie sklepu z damską bielizną, więc nic nie zauważyli. Kopany, z którego nosa ciurkiem kapała krew dostrzegł jednak patrol i zerwał się dając nagłego susa w kierunku jadącego samochodu. Miał pecha, bo akurat wtedy funkcjonariusze zakończyli kontemplację bielizny i samochód przyspieszył pozostawiając za sobą niedojdę leżącego na jezdni. Młodzi, zapewne sfrustrowani, ludzie podeszli niespiesznie do swojej wyrywającej się bezrozumnie ofiary i ponownie otoczywszy ją kołem zasypali nowym gradem pedantycznych kopniaków.
Tymczasem patrol minął rynek i zalegających ławki panów o fioletowych nosach. Panowie machali im przyjaźnie, bo byli praworządnymi obywatelami. Koło dworca musieli zwolnić, bo miejscowe prostytutki toczące jakiś spór na samym środku dwupasmowej jezdni nie były pierwszej młodości i trudno było od nich wymagać, że się rozbiegną jak nastolatki. W innych okolicznościach być może pogawędziliby chwilę z obywatelkami prostytutkami, ale tym razem nie chcieli, bo w bramach przydworcowych kamienic, jak to o trzeciej w nocy, kręciło się za dużo dzieci. Dzieci, jak to dzieci, zawsze lezą tam, gdzie coś się dzieje...
Sami widzicie, że było nudno i sennie. Gdyby nie Kloss śpiący na kanapie z tyłu można by powiedzieć, że służba przebiegła bez incydentów. Wreszcie dojechali do posterunku.
- Koleś! - jeden z funkcjonariuszy zaczął tarmosić ramię śpiącego Klossa. - Znowu się rozespałeś? To jest radiowóz, a nie sypialnia.
- Bardzo przepraszam - sapnął Kloss i złapał się za niemiłosiernie bolącą głowę.
- Wysiadamy - oznajmił drugi z mundurowych. Wyłączył wóz i wygramolił się na chodnik. Trzasnęły drzwi i cała trójka, z naszym bohaterem w środku, pomaszerowała niespiesznie w kierunku komisariatu.
- Panie inspektorze - służbowym tonem zameldował policjant swojemu przełożonemu - znaleźliśmy toto na ławce w parku. Jaja sobie robi i mówi, że nazywa się Hans Kloss. Bez dokumentów, skacowany i w ogóle jakiś taki... wyduśdany. Zaprezentował inspektorowi wymizerowaną twarz Klossa, który nie protestował, bo było mu wszystko jedno.
- Wsadzić go do paki? - funkcjonariusz starał się odgadnąć myśli starszego szarżą kolegi.
- Nie... - tytułowany inspektorem oderwał wzrok od stosu papierzysk zalegających biurko. - Dajcie go tu - wskazał na krzesło. - Zaraz sobie porozmawiamy.
- Siadaj - człowiek w czarnej kamizelce z napisem “Policja” popchnął słaniającego się na nogach Klossa w kierunku pokracznego krzesła z wymalowanym koślawo na poręczy olejną farbą numerem ewidencyjnym. Kloss zatoczył się w kierunku mebla i usiadł ciężko modląc się w duchu o to, żeby przesłuchanie szybko się skończyło i żeby mógł wreszcie gdzieś odespać szaleństwa nieprzespanej nocy.
- No to - inspektor spojrzał badawczo w twarz aresztanta - Jak się nazywamy?
- Ja nazywam się Kloss - przedstawił się Kloss.
- Hans? - domyślił się inspektor.
- Hans - kiwnął głową Kloss.
- Z Abwehry? - dopytywał śledczy.
- Z Abwehry - potwierdził przesłuchiwany.
- Ale tak między nami - inspektor pochylił się w przód i zniżył głos do szeptu - To pracujecie dla polskiego wywiadu wojskowego?
- Między nami - Kloss rozejrzał się czujnie powracając na moment w karby świetnego szpiegowskiego wyszkolenia - to pracuję dla polskiego wywiadu wojskowego.
- No... ale tak szczerze, Hans - inspektor uśmiechnął się przyjaźnie - to dla którego polskiego wywiadu? No bo tak, wiecie, polskie wojska były dwa... Jedno na wschodzie, a drugie na zachodzie. Jedno polsko-ruskie, a drugie polsko-londyńskie. A teraz to nie bardzo wiadomo, które było bardziej takie... polsko-polskie...
Kloss stropił się. - W centrali... - ważył słowa - mówili po polsku. A gdzie była centrala... To ja nie wiem - wzruszył ramionami bezradnie.
- Ano, właśnie - westchnął inspektor. - I tu, wiecie, jest klops, Kloss...
- To znaczy? - zaniepokoił się Kloss.
- To znaczy, że jakby nie patrzeć, to musimy was rozwalić. Inspektor wstał i raźnym krokiem zaczął przechadzać się po pokoju. - No bo tak... - stanął i skrzyżował ręce na piersiach. - Jesli pracowaliście dla tych z Moskwy to znaczy, że byliście szpiegiem niby polskim, ale tak naprawdę to ruskim. A my teraz budujemy demokrację. Więc jesteście kłopotliwi. Ciort was wie, co wy tam, Kloss, wiecie... A jesli pracowaliście dla tych z Londynu, to jesteście kłopotliwi jeszcze bardziej, bo ciort was wie, co wy tam Kloss, wiecie... Rozumiecie...?
- Nie bardzo - Kloss marszczył czoło heroicznie, ale i tak nic nie mógł pojąć.
- Mniejsza o to - inspektor poklepał go po plecach. - Rozwalimy was zaraz i nic nie będzie bolało, a nie będziecie się musieli już więcej martwić. No jak? - uśmiechnął się szeroko - Jesteście gotowi umrzeć za Ojczyznę?
- Owszem! - zawołał Kloss i wstał wyprężając się jak struna. - Nie wiem dlaczego, nie wiem dokładnie, co mi zarzucacie, ale zginąć za Ojczyznę mogę zawsze!



Komentarze
Pokaż komentarze (4)