Czy mógłby mi pan opowiedzieć, jakie są pana najdawniejsze wspomnienia?
Kloss zmarszczył brwi, co jak sądził miało mu pomóc w przypominaniu sobie najwcześniejszych wspomnień.
- Najstarszym moim wspomnieniem jest... Kancelaria Trzeciej Rzeszy* - odpowiedział na zadane pytanie, a potem, zatrzymując się nieraz i gubiąc, opowiedział tyle, ile pamiętał z tych czarodziejskich lat.
- Wspaniale! - ucieszył się pan ordynator. - Niech pan zauważy Kloss, że rzeczywistość, którą pan opisał jest rzeczywistością oglądaną z perspektywy dziecka! Odpowiada to najwcześniejszym stadiom rozwoju osobowości i budowania tożsamości. Świat bez wyraźnych konturów, z niedbale zarysowanymi detalami, nieograniczony i przytulny zarazem. Świat niedookreślony czasowo i miejscowo. Płynny. I jakże zaskakujący, czarodziejski. Wszystko może się tam zdarzyć i wszystko zachwyca. Pana mózg stworzył z posiadanych przez siebie zasobów coś, co miało posłużyć za protezę pierwszego etapu pana życia psychicznego. - Zapisał coś w czarnym notesie długopisem z plastykową obudową w szkocką kratę.
- Być może - zgodził się Kloss niechętnie, nie chcąc wszakże podejmować polemiki.
- A co było dalej? - zapytał pan ordynator wyraźnie rozochocony.
- Dalej... była Ameryka!** - Kloss, lepiej już pamiętając opisywane przez siebie wydarzenia opowiadał barwnie podając masę szczegółów, które bądź sam znał, bądź których się domyślał. Gadał ze swadą bitą godzinę, aż się zasapał.
- Świetnie, świetnie! - pan ordynator niemalże zatupał z podniecenia, kiedy Kloss skończył z zaczerwienionymi z emocji policzkami. - Niech pan zauważy, że to co pan opowiedział to opis świata dziecka, które nauczyło się już czytać i chłonie wszystkie te przygodowe i podróżnicze historie psując sobie wzrok przy świetle nocnej lampki...Toż to klasyka literatury dla młodszej młodzieży! Fenomenalne! - zawołał i znowu zapisał coś w notatniku.Widząc wielkie ukontentowanie pana ordynatora Kloss zabrał się z zapałem do relacjonowania wszystkiego tego, co - według jego pamięci i przekonania - wydarzyło się ostatnio.
- No ładnie, ładnie - roześmiał się szczerze ordynator i pogroził mu żartobliwie palcem. - Niezły z pana wywrotowiec! Mam cichą nadzieję, że nie wszyscy absolwencji techników meblarskich mają tak niepoprawne politycznie przekonania.
- Ja przecież nie byłem twórcą tych historii. Zostały mi one opowiedziane - tłumaczył się Kloss zaczerwieniony.
- Zostały opowiedziane, zgoda - mruknął ordynator zerkając na Klossa znad oprawek okularów - ale to pan sam sobie wszystko opowiadał. A raczej jedna część pana mózgu, analityczna, drugiej, odpowiedzialnej za syntezę i uogólnienia. A dlaczego w taki, a nie inny sposób wszystkie zapamiętane przez pana skrawki zdarzeń i strzępki wspomnień zostały poukładane tworząc nową, spójną i racjonalną całość....? Tego, drogi panie, to ja już nie wiem.
- Hmm - zmartwił się Kloss - ale to by znaczyło, że... - zająknął się - że to wszystko, co przeżyłem było fikcją?
- A jak to inaczej wytłumaczyć? - wzruszył ramionami słynny psychiatra.
- Ale przecież jestem... czuję się Klossem, a nie Kłosem?
- Ale jest pan Kłosem, który uważa że jest Klossem - zaproponował rozwiązanie łamigłówki ordynator.
- Z Kłosem nic mnie nie łączy! - zawołał Kloss zapalczywie. - To jakiś odpad, produkt uboczny tego pozbawionego smaku świata! Tak właśnie sądzę!
- I właśnie dlatego znalazł się pan tutaj! - ordynator wstał i poklepał go po plecach pocieszająco. - Niech się pan nie martwi, na pewno znajdzie pan tutaj wspaniałych kolegów. Będziecie się rozkosznie bawić, aż do samego końca... to znaczy: do woli - poprawił się szybko. Będzie pan mógł czytać książki, słuchać płyt z kolegami...
- A czy pan ordynator - Kloss rozejrzał się po gabinecie - pozwoli mi, tak od czasu do czasu - zastrzegł - wypożyczać książki również i z pańskiej biblioteczki?
- To są fachowe i bardzo kosztowne wydawnictwa! - zawołał przestraszony lekarz. - No dobrze - westchnął dodając po dłuższej chwili zastanowienia - Niech się pan rozejrzy. Jeśli znajdzie pan coś dla siebie, to w drodze wyjątku... Tylko niech pan się tym nie chwali!
- Obiecuję! - Kloss podniósł dwa palce w geście przysięgi i zaczął wnikliwie, choć z mozołem, zapoznawać się z zawartością biblioteczki ordynatora. Rzeczywiście, tytuły nie były zachęcające. Sugerowały raczej nudny i pozbawiony polotu psychologizm zamiast wartkiej akcji. Kloss miał już się zniechęcić i przeprosić, kiedy wzrok jego padł na tytuł wytłoczony na nie rzucającym się w oczy szarym grzbiecie jednej z pozycji. Tytuł sprawił, że serce zabiło mu szybciej, a oczy napełniły się łzami. Włożył wiele wysiłku w to, żeby się nie odkryć i nie ujawnić przed ordynatorem swojego poruszenia. Stał, odwrócony w kierunku oszklonych drzwiczek jakąś minutę wystawiając cierpliwość gospodarza na ciężką próbę.
- A to? - wskazał wreszcie palcem na książkę, kiedy na powrót udało mu się przybrać obojętny wyraz twarzy.
- To? - zdziwił się ordynator i podszedł bliżej poprawiając okulary.
- Falsyfikacja paradygmatu tradycyjnej medycyny europejskiej - przeczytał Kloss uprzejmie, żeby wielki psychiatra nie musiał się męczyć. - Doktor Rudolf Smeisser.
- A! To! - ordynator zatrzepotał rękami. - To... to nudne, wie pan... Nic ciekawego... Taka... gratka dla specjalistów. Żadnych dialogów ani obrazków. Czcionka poza tym mała i źle się czyta. Przywiozłem to kiedyś z Ameryki Południowej. Z jakiegoś sympozjum czy zjazdu... Nie polecam - dodał na koniec stanowczo.
- Tak sobie myślałem - Kloss przyjął zmartwiony i rozczarowany wyraz twarzy dąsając się jak dziecko - To ja jednak nie będę od pana ordynatora pożyczał książek, tak jak pan radził.
- I bardzo słusznie - pochwalił go ordynator i odetchnął z ulgą, bo bardzo nie lubił pożyczać książek, jako że zdażyło się nie raz, że pożyczający oddawali je pobrudzone masłem, dżemem, albo jajkiem. - Wobec tego teraz - lekarz objął Klossa ramieniem - pójdziemy zapoznać się z pana nowymi kolegami z sali. Będzie pan spał w piatce. Cieszy się pan?
- Chyba tak, dziękuję - Kloss ukłonił się grzecznie, bo numer sali był rzeczywiście całkiem przyjemny i łatwy do zapamiętania. Zauważył ponadto, choć nie powiedział tego na głos, że w odróżnieniu od świata poza murem, ilość numerów, które koniecznie trzeba pamiętać jest o wiele, wiele mniejsza, a same numery są jednocyfrowe i łatwiejsze do przyswojenia. Pan ordynator odprowadził Klossa na powrót do izby przyjęć i przekazał ponownie w ręce lekarza dyżurnego, a ten wręczył mu prześliczną piżamę w paski i szlafmycę. Potem poszli zapoznać się z salą i nowymi kolegami.
Tak jak obiecał pan ordynator sala była przytulna i... taka generalnie fajna po prostu, a koledzy nadzwyczaj mili i serdeczni. Kloss miał spać we jednym pokoju z Katonem Starszym, Sancho Pansą i Leszkiem Balcerowiczem. Takie towarzystwo zapowiadało spokój, odpowiedzialność i uczciwość. Niosło ze sobą także pewne drobne dolegliwości, o czym się Kloss przekonał, kiedy okazało się, że Leszek Balcerowicz dokonuje permanentnej dewaluacji jego kieszonkowego, a z dodatkowych porcji budyniu zdejmuje nawis inflacyjny, ale i tak było to o wiele lepsze niż mieszkanie w dziewiątce razem z Kubą Rozpruwaczem, Batmanem i Matą Hari, albo w dwójce, którą dzielił Sokrates z Kaltenbrunnerem i Tierieszkową.
Tej nocy Kloss długo nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok czując, że na samym początku powinien dokonać jakiegoś ukrytego, ale spektakularnego gestu. Wreszcie, upewniwszy się, że koledzy śpią w najlepsze, odsunął łóżko od ściany o centymetr i wyrwaną ze szpitalnego materaca zszywką wyrył w miękkim tynku na wysokości ramy, tak żeby po ponownym przysunięciu łóżka nie było widać napisu, następujące słowa: “D.O.M. KŁOS, HIC NATUS EST KLOSS” Bardzo go to uspokoiło i dało dużo satysfakcji. “Myślisz, że mnie złapałeś” - posłał ironiczną myśl ordynatorowi - “że panujesz nade mną i masz mnie w saku... Sam nawet nie wiesz, co sprowadziłeś sobie na głowę!” Usypiał już z otwartymi ustami, kiedy przez ogarniający go senny majak dotarł do niego dziwny odgłos. Dochodził z oddali, spod otaczającego szpital muru. Brzmiało to tak, jakby wzdłuż ogrodzenia ktoś sobie spacerował, raz w te, raz z powrotem Nie był to jednak zwyczajny odgłos odmierzanych kroków. Pomiędzy uderzeniami podeszw butów o bruk dawało się wychwycić szereg podejrzanych piśnięć i zgrzytnięc, tak jakby w nogi chodzącego wbudowano jakiś stalowo - skórzany mechanizm.
* Opisane w "Der Trommelmann" - części pierwszej, blog o tym samym tytule.
** Opisane w "Kartinkach" blog również na salonie 24



Komentarze
Pokaż komentarze (1)