W zasadzie trylogię powinno się kończyć kropką. Kropka i koniec, żadnych uzupełnień. Zdecydowałem się na tych kilka słów po ostatniej kropce w trosce o tych z czytelników, którym po przeczytaniu całości pozostał pewien niedosyt. Dla tych wszystkich uciążliwców, którzy zawsze chcą o coś dopytać, którzy chcieliby wiedzieć więcej i więcej. Podobnych dzieciom, które - pomimo, że bajka dawno się skończyła i wypadałoby po prostu grzecznie iść spać - wołają do wymęczonych rodziców: Jeszcze! Jeszcze!
Dla was więc i tylko dla was garść dodatkowych szczegółów.
Kilka tygodni po tym, jak Kloss vel Kłos został pacjentem szpitala psychiatrycznego na obrzeżach miasta, w tajemniczych okolicznościach został zamordowany pan ordynator. Wracał sobie spokojnie do domu, a tu: łups! Ktoś mu skręcił kark! Przeprowadzone dochodzenie nic nie dało i sprawcy nigdy nie wykryto. Był ordynator i nie ma ordynatora!
A kilka tygodni po tym zdarzeniu miało miejsce kolejne, jeszcze bardziej makabryczne. Tym razem ofiarą mordercy została pani Kłos i jej nowy narzeczony. Ich ciała znaleziono w położonym tuż przy willi basenie utopionych w wodzie sodowej “Twój Zdrój”. Nie nacieszyła się długo bogactwem nieszczęsna kobieta, oj nie!
Fabianek trafił do domu dziecka o zaostrzonym rygorze, co do reszty zwichnęło mu psychikę.
Nie minął rok, a w szpitalu psychiatrycznym wybuchł groźny pożar. Akcję gaśniczą przeprowadzono tak nieudolnie, że ze szpitala, korzystając z zamieszania wywołanego katastrofą, uciekli prawie wszyscy pacjenci. Rozbiegli się po całym mieście wzbudzając popłoch i przerażenie ludności. Na szczęście szybko ich wyłapano, bo jako osoby niepamiętające odpowiednich numerów bardzo rzucali się w oczy. Nie wszystkich jednak udało się wyłapać. Kloss vel Kłos zaginął bezpowrotnie w miejskiej dżungli. Nigdy już nie go nie odnaleziono. Jeden z podróżujących dużo po świecie znajomych opowiadał mi, że widział Klossa w Nowym Jorku, jak razem z piękną i dystyngowaną kobietą jadł sobie spokojnie lody z marcepanem w lodziarni przy dwieście pięćdziesiątej piątej ulicy, ale ten mój znajomy jest znanym w towarzystwie blagierem i nie odważyłbym się mu zaufać. Zresztą jakim cudem Kloss, nie mając dowodu i numeru PESEL, miałby się dostać do Nowego Jorku? Przecież Amerykanie nie daliby mu wizy! No chyba, że miałby jakichś szczególnie wpływowych patronów. Niemniej, wiadomość przekazuję zastrzegając jednak, że nie pochodzi z wiarygodnego źródła.
VIDELIJSTE POSLEDNI KUSOK DIVADLA NEMCONICE NA KRAJI MESTA
NA SHLEDANOU!



Komentarze
Pokaż komentarze (5)