Grzegorz Ziętkiewicz Grzegorz Ziętkiewicz
93
BLOG

Kwiatki z lokalnego podwórka / Poznań (1)

Grzegorz Ziętkiewicz Grzegorz Ziętkiewicz Polityka Obserwuj notkę 12

 

  Poznań, to moje miasto rodzinne. Tu się urodziłem, chodziłem do przedszkola, kolejnych szkół, studiowałem. Tu również... i tak dalej. Lista jest długa.

  W naszym zwyczajowym nazewnictwie nie istnieje na co dzień pojęcie dwóch ojczyzn, nazywanych jeszcze dwoma różnorodnymi słowami. Przywilej taki posiadają za to nasi zachodni sąsiedzi. Może dzieje się tak dlatego, że to język właśnie oddaje charakter narodu, który język ów tworzy. Tworzy go swymi zwyczajami, a więc i przywiązaniem do tych, a nie innych obyczajów. To te zwyczaje kształtują charakter i bogactwo tego codziennego języka. Więc to pewnie dlatego nasz polski odpowiednik niemieckiego słówka "Heimat" jest u nas aż dwu wyrazowy" mała ojczyzna" i na co dzień niezbyt popularny.

  Dla większości u nas tak naprawdę nic nie znaczy. Nie stanowi żadnego, namacalnego, codziennego punktu odniesienia. Nie występuje w naszej świadomości. Niemiecka "Heimat" to konkretna identyfikacja z domem, ulicą, podwórkiem, przestrzenią wokół nich. Miejsce, w którym się urodziliśmy, bawiliśmy z kolegami lub koleżankami w piaskownicy, w którym żyjemy, które współtworzymy. Tam tkwią nasze korzenie, stamtąd nasz ród. U nas dopiero słówko "ojczyzna" ma swoje, jak to się dzisiaj modnie zwykło nazywać, przełożenie, w niemieckim słowie "Vaterland", (dosłownie: kraj ojca). Ale ojczyzna nasza, ta przez DUŻE "O", to wielki zbiór jednocześnie bardzo wielkich wartości. Od hymnu, przez flagę i godło narodowe, do... jak się ostatnio okazuje dla wielu, do krzyża. Ojczyzna to często okazja do akademii, uroczystości i święta wzniosłego. Więc to u nas także słowo niezbyt treścią wypełnione codziennie i konkretną.

  Mała ojczyzna, owa niemiecka "Heimat", stanowi u naszych zachodnich sąsiadów bardzo konkretny punkt odniesienia. Miłości i troski wobec niej uczy się tam już w... przedszkolu. Nie tylko na wywieszaniu flagi i uroczystościach ku czci, patriotyzm polega. Lecz na tym, jaka jest nasza ulica, jak żyjemy wspólnie z sąsiadami, tymi tuż obok. Na tym, czy szkoła, do której chodzą nasze i ich dzieci, jest na poziomie, czy wieczorem nikt nie boi się wyjść z domu. A może nasze lub sąsiada dziecko rzuca śmieci na ulicy lub na placu zabaw, wówczas zwrócimy mu przecież uwagę. Tak będzie normalnie. Wtedy już za młodu nauczy się nas, że "Heimat", że mała ojczyzna to nasze wspólne dobro. I, że bardzo dużo od nas samych zależy, jak dobrze, lub jak bardzo przeciętnie, będzie się nam żyło. Bo mała ojczyzna to my wszyscy na tej ulicy i wokół tego osiedla. Bez znaczenia czy to blokowisko będzie, czy domków, takich lub innych, kilka lub kilkanaście.

  Odnieść można nieodparte wrażenie, że pojęcie troski i znaczenia "małych ojczyzn", które wszystkie razem tworzą ową dużą, wielką, wspólną polską ojczyznę u nas dopiero raczkuje. I to raczkuje tylko tu i ówdzie. A edukacja nasza, która przyswajać winna wiedzę, o tej trosce o, i dla wspólnego dobra, właściwie ciągle nie istnieje. Kto miałby niby edukować w tej materii młodych, skoro sam nie widzi takowej potrzeby.

  Poznań, piąte pod względem ilości mieszkańców miasto kraju, nie pojawia się w mediach ogólnopolskich praktycznie nigdy. Wiadomo, Poznań to ani nie, o wiele większy, Kraków i nie o wiele mniejszy Gdańsk. Poznań to międzynarodowe targi i... koziołki na ratuszu. I... już. Poznań to takie miejsce na mapie, na trasie autostrady A-2, która prowadzi od lasu koło Nowego Tomyśla do... I lotnisko międzynarodowe, na które dojechać przez miasto trudno. Poznań to w myśl zarzuconego już hasła reklamowego autorstwa ojców miasta "miejsce warte Poznania". Ale Poznań to nie Wrocław i znowu nie Kraków. Tu brak tłumów turystów, tak charakterystycznych dla tamtych dwóch miast. Koziołki to stanowczo za mało.

  Poznań to nie jest również miasto, którego polityczni przedstawiciele robią karierę w Warszawie. Stąd nie rekrutuje się nawet żaden minister, a o premier Suchockiej już przecież nikt nie pamięta. Poznań to zresztą tradycyjnie nie jest ostoja lewicy, to ośrodek myślący w swej większości raczej zawsze chadecko - partykularnie. Więc rola arcybiskupstwa jest tu wielce znacząca. I to często w negatywnym tego słowa znaczeniu. W negatywnym dla miasta i jego mieszkańców, bo przecież nie dla biskupstwa. I Poznaniacy dobrze wiedza, co mam na myśli, uczniowie już zwłaszcza. A do tematu chętnie i niebawem powrócę. Ale to za czasów ogólnokrajowych rządów tejże lewicy w całej Polsce znane były nazwiska wicepremiera Marka Pola i minister Krystyny Łybackiej. Ale to dawne czasy.

  Poznań to nie jest też miasto znanych teatrów, opery lub filharmonii. Sam fakt ich posiadania nie oznacza jeszcze bynajmniej, że znaczą one cokolwiek więcej, niż wszystkie inne w kraju. Bo gdy o teatrze lub muzyce się w kraju mówi, to przecież nie o poznańskiej. Tak, wiem, w przeszłości i tu zdarzały się pojedyncze przypadki. Czasami. I proszę mi przy okazji nie tłumaczyć, że jeden konkurs międzynarodowy, organizowany raz na jakiś czas, cokolwiek tu zmienia.

  Poznań i najbliższa okolica to miejsce, gdzie w minionych latach zadomowiły się dziesiątki, jeśli nie setki nowoczesnych, zagranicznych firm. Stało się tak, dzięki polityce proinwestycyjnej, najpierw władz pod poznańskich gmin (Tarnowo Podgórne i jego ówczesny wójt, Waldy Dzikowski), a później również samego miasta. W tej materii władzom, różnorodnym, zarzucić można najmniej. Bo mnogość nowych zakładów pracy daje oczywiście szeroką gamę możliwości zatrudnienia. Ale... co z tego, skoro do owych nowych miejsc pracy, setki tysięcy mieszkańców aglomeracji poznańskiej nie ma jak dojeżdżać. Inwestycje w infrastrukturę komunikacyjną miasta od lat praktycznie nie istnieją. A plany, tak, istniały, ale właśnie z nich po raz kolejny zrezygnowano. O tak zwanej trzeciej ramie komunikacyjnej mówiono latami. Budować jej już nie trzeba. Za to budowa, oddalonych od miasta, niekompletnych obwodnic ruszyła, póki co na papierze, tylko i wyłącznie w kontekście zbliżającego się wielkimi krokami Euro 2012, którego i Poznań ma być jednym ze współgospodarzy. A gdyby Polska nie była gospodarzem Mistrzostw Europy...?

  Nasze małe ojczyzny, ulice, place zabaw, szkoły. Teraz grypa stała się tematem goszczącym na ustach, prawie, wszystkich. Więc teraz Sanepid całego kraju postanowił, nagle, kontrolować nasze szkoły, by spać mógł spokojnie (domyślam się) kolejny urzędnik, kolejnego ministerstwa. Kontrole trwają. Przy ich okazji okazuje się że... w Poznaniu i w powiecie poznańskim "sprawdzono 13 szkół. Toalety w 11 z nich nie spełniały podstawowych warunków higienicznych. Nie było ręczników papierowych ani suszarek elektrycznych do rąk, nie było mydła i ciepłej wody - wylicza (...) rzecznik powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej", czytam na stronie serwisu internetowego lokalnej "Gazety Wyborczej".

  Kibel a sprawa polska, chciałoby się powiedzieć i przypomnieć w tym miejscu genealogie słowa "sławojka". Tak, tak, to generał Felicjan Sławoj Składkowski, lekarz zresztą z wykształcenia, "robił" wówczas za... Sanepid. A teraz grypa szaleje, więc okazało się, że... ale tylko przy okazji. Bo gdyby nie grypa...

  Ale... co tam grypa. W tym samym wydaniu tego samego serwisu czytam w następnej wiadomości o tym, że "Wielkopolskie Centrum Onkologii (WCO) ograniczyło pracę przychodni. Chce w ten sposób przymknąć drzwi przed chorymi, którzy leczenia onkologicznego jeszcze nie zaczęli.

  Do tej pory Narodowy Fundusz Zdrowia płacił szpitalowi przy ul. Garbary za leczenie wszystkich pacjentów, więc WCO przyjmowało wszystkich potrzebujących pomocy. W tym roku już tak nie będzie. I w przyszłym prawdopodobnie też nie. Więc kolejki do poradni mogą rosnąć, zapowiada kierownik działu ewidencji świadczeń medycznych i pełnomocnik dyrektora ds. rozliczeń.

  WCO zmiany wprowadziło w tym tygodniu. Na razie przyjmujemy o około 10 proc. pacjentów mniej niż dotychczas. Nie zdecydowaliśmy się na ograniczenie chemioterapii, czy radioterapii u pacjentów, którzy już u nas takie leczenie rozpoczęli, bo naraziłoby ich to na pogorszenie stanu zdrowia. (…) Ale niestety, musimy ograniczyć przyjęcia chorych, którzy leczenia onkologicznego jeszcze nie zaczęli. Dlatego mniej pacjentów przyjmujemy w przychodniach. I tu prawdopodobnie tworzyć się będą tzw. listy oczekujących".

  Tak, wiem, "cudowne" dziecko polskiej lewicy, Narodowy Fundusz Zdrowia, zrobi wszystko, by liczba chorych, a co za tym idzie i umierających, była coraz wyższa. I Poznań, ten "biedny" Poznań, nic w tej materii nie może. Podobnie zresztą jak wszystkie pozostałe miejsca w kraju.

  To zresztą niejedyny taki przykład z poznańskiego podwórka.

  Na liście inwestycji zaplanowanych przez władze województwa wielkopolskiego na rok 2010 "próżno szukać budowy nowej siedziby dla szpitala dziecięcego, dziś mieszczącego się przy ul. Krysiewicza w Poznaniu. Dotychczas na budowę budynku, który sąsiadowałby z siedzibą szpitala miejskiego przy ul. Szwajcarskiej, planowano wydać w najbliższych latach 100 mln zł", czytamy tylko kilka dni wcześniej w tym samym serwisie.

  Bowiem: "Cały ten rok nie mogliśmy się doczekać od miasta Poznania decyzji o warunkach zabudowy, twierdzi wicemarszałek województwa wielkopolskiego, Leszek Wojtasiak".

  W odpowiedzi wiceprezydent miasta Poznania, Jerzy Stępień stwierdza, że "decyzję o warunkach zabudowy wydaliśmy w normalnym terminie, bez żadnego opóźnienia. Doszukiwanie się w tym wszystkim winy miasta jest dla mnie czymś niezrozumiałym".

  Dla mnie także w zacytowanych powyżej trzech przypadkach jest cała masa spraw, jakby to powiedzieć, niezrozumiałych.

  Gdzie tu miejsce na interes jakiejś tam "małej ojczyzny".
Która przecież u nas znowu i tak nic nie może.

  Bo wszystko to... "ONI" i nadal, prawda?

cdn.

 

Grzegorz Ziętkiewicz Utwórz swoją wizytówkę Dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny. W okresie 1980 - 81 redaktor prasy NSZZ "Solidarność" ZR Wielkopolska w Poznaniu, internowany 13. 12. 1981. Na emigracji w RFN 1983 - 97. Były berliński korespondent Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa oraz korespondent paryskiej "Kultury". Autor periodyków (nakładem władz Miasta Berlina) o historii i współczesności Polaków w Niemczech i w Berlinie. W latach 90. współpraca dziennikarska z tygodnikiem "Wprost", "Rzeczpospolitą" "Tygodnikiem Powszechnym" i "Gazetą Wyborczą" oraz I PR. Obecnie autor cyklicznego programu o tematyce polsko-niemieckiej na antenie Radia Merkury Poznań. <a

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Polityka