Grzegorz Ziętkiewicz Grzegorz Ziętkiewicz
174
BLOG

Polbank... to taka wywiadownia?

Grzegorz Ziętkiewicz Grzegorz Ziętkiewicz Polityka Obserwuj notkę 3

 

  Jak wielu posiadam telefon komórkowy. I jak wielu użytkowników takiego telefonu, operator sieci, w ramach której funkcjonuje mój numer telefonu, bombarduje mnie prawie codziennie różnego rodzaju reklamami. Operator sieci jest wyraźnie zdania, że skoro podpisałem z nim przed laty umowę abonencką, to między innymi po to, by kilka razy w tygodniu można mi było wysyłać reklamowe sms-y.

  Ich forma bywa różna. Są więc takie, które zachęcają mnie jedynie. Mam dać się przekonać, że gdy zapłacę więcej, to wydam mniej. Bowiem te kilka złotych, które wydam więcej, spowoduje, niby, że będę mógł, ho, ho.

  Nie mam potrzeby wydawania kilku złotych miesięcznie więcej. Być może, między innymi, dlatego, że nie mam potrzeby na owe "ho, ho", oferowane mi nachalnie i co chwilę, przez operatora sieci telefonii komórkowej. Ale to tylko jeden z typów nadsyłanych przez operatora sms-ów.

  Typ drugi informuje mnie, iż oto właśnie wylosowano mój numer telefonu. I, że jest to niebywała okazja, szansa, ogromna wręcz. Teraz więc muszę natychmiast odesłać operatorowi sam sms-a. Bo przecież, zapewnia mnie w te lub inne słowa, operator sieci telefonii komórkowej, ja mam wielką szansę by... wygrać. A wygrana jest... i tu znowu pojawia się kolejne "hoho". I to nie byle jakie "hoho". Ono jest, raz, samochodem, że hoho, (najlepiej, by było to autko marki "BMW"). Operator widać dobrze wie (albo raczej jego dział PR to dobrze wie), że Polakowi na dźwięk skrótu BMW robi się maślano przed oczyma. I wtedy Polak od razu wysyła BMW, nie, sms w sprawie BMW, w każdym bądź razie wysyła.

  A koszty nieważne są, rzecz jasna.

  Zresztą następnym razem nie będzie to już BMW, lecz (ach, jaka szkoda) niestety tylko Mercedes. Ale autko to także niemieckie, więc na pewno wysłać wyślę tego sms-a ja, liczy na to operator. Następnym razem, by sprawy zbytnio nie komplikować, będzie to po prostu... kasa. Nie czarujemy się, to będzie naprawdę wielka kaaaaasa.

  Nie wysłałem, hmmm. Szkoda, myśli sobie sztab ludzi, zatrudnionych przez operatora, którzy tak zbudowali system automatycznego rozsyłania sms-ów, by system sam zaatakował mnie za chwilę, za dzień lub za dwa, oczywiście kolejnym sms-em. Jego treść będzie wówczas mniej więcej taka:

  - Czy ja wiem, co ja robię? Nie wiem? Przecież miałem ogromną i jedyną w swoim rodzaju szansę, a w ogóle to przecież tylko do mnie skierowana była ta oferta z tym niemieckim autkiem. A ja głupi (albo co) i nie zareagowałem. Ale może nie zauważyłem. Więc teraz system wysyłkowy sms-ów od mojego ukochanego operatora daje mi jeszcze jedną szansę. Bo to jest szansa jedyna w swoim rodzaju i mam nie zwlekać.

  Cóż stanie się w tym miejscu, jeśli okazać miałoby się, że moja odporność na sms-y od operatora uległa wyczerpaniu? Dadzą mi spokój, pomyślę może, gdy wydam te na przykład 2,- złote (netto) plus 22% VAT dla państwa naszego ukochanego. Dadzą spokój? Skądże znowu. Przecież system wysyłkowy sms-ów reklamowych mój operator dał zbudować fachowcom. A fachowcy (od hazardu) doskonale wiedzą, że skoro odesłałem tego jednego, jedynego sms-ka, to oznacza to, nie mniej, nie więcej, ale dokładnie tyle, że oto systemowi udało się obudzić we mnie moją żyłę hazardzisty. A jakże, ludzie pracujący dla systemu doskonale przecież wiedzą, że ja, podobnie jak wszyscy inni, chciałbym wygrać. I tu już zupełnie żadnej roli nie odgrywa fakt, czy to o ten bawarski czy może badeńsko - wirtemberski pojazd konkretnie chodzi. Wygrywać to piękna rzecz. A przecież nie tylko z reklamy lotto wiemy, że aby wygrać, trzeba po prostu grać. Nie ma siły, inaczej wygrać się nie da.

  Wysłałem odpowiedź, w postaci sms-a? To cudownie. Teraz system operatora nie da mi już w ogóle spokoju. Za chwilę dostanę kolejnego sms-a. Ten, odnotowując mój udział we wspaniałej zabawie i informując mnie o cudownie wzrastających szansach na wyśmienitą, ach, jakże przepiękną nagrodę na czterech niemieckich kołach, albo szeleszcząca świeżą gotówkę, albo... albo... zachęci mnie natychmiast do ponownego, kolejnego, ale na pewno koniecznego wysyłania dalszych sms-ów. Bo przecież nie chcę chyba (zostanę o tym poinformowany) zmarnować swojej, jedynej rzecz jasna, szansy. Skoro już jestem w grze, będę informowany, to szanse moje są coraz większe. Ogromne rzecz jasna.

  Zabawa to doskonała i dla... operatora sieci telefonii komórkowej bardzo intratna. Milion naiwnych dziennie, razy(tylko) dwa złote(netto) na głowę każdego naiwnego, to... dwa miliony czystego zysku dziennie.

  Na tym "przygody" z moim operatorem sieci telefonii komórkowej się oczywiście nie kończą. Operator tejże sieci nie po to jest operatorem, by świadczyć między innymi i mojej skromnej osobie, usługi telefonii komórkowej. Operator stwarza przy okazji wrażenie, że dba o moje... finanse. Przecież cudownie będzie, gdy to dzięki operatorowi tejże sieci wejdę właśnie w posiadanie kolejnego produktu finansowego. A może nim być, na przykład, taka wyśmienita i darmowa (przez rok na pewno, a później to znowu hoho) karta kredytowa. Mam już jedną? To nie szkodzi. Mam już dwie? To tym lepiej. Mam już trzy, to wyśmienicie się składa. Im więcej ich mam, tym więcej przecież na mnie zarobią każdego miesiąca wszystkie te banki, które wystawiły specjalnie dla mnie owe karty kredytowe.

  Teraz więc mój wielce zatroskany o mnie operator telefonii komórkowej wysyła do mnie sms-a następującej treści: "Nawet 8 000 złotych na co tylko potrzebujesz, a dodatkowo zwrócimy 1% każdego wydatku. Wybierz kartę kredytową (tu nazwa operatora) bez żadnych opłat. Zadzwoń (tu numer centrali operatora)".

  Jak piękny jest dzień, w którym operator oferuje nam prezenty. Jak ślicznie jest mieć takiego operatora. Ach, warto żyć.

  Nie jestem przecież głupi. Dzwonię. Pracownik call center operatora sieci komórkowej tłumaczy mi radosnym głosem, że to wcale nie jest karta kredytowa operatora. Bo to tylko taki skrót myślowy.

  - Aha, skrót, myślę sobie.

  - Bo naprawdę, tłumaczy mi pracownik operatora, to jest oferta zaprzyjaźnionego banku. I jeśli ja wyrażę zgodę, to on, pracownik, chętnie i rzecz jasna natychmiast, przekieruje mnie do systemu tego banku,. A ja muszę tylko i wyłącznie wyrazić zgodę na to, by moje dane (ciekawe, jakie to dane) przekazane zostały do tego banku. A bank ów to... Polbank. Wystarczy, że nacisnę "1".

  - I wtedy, tłumaczy dalej pracownik operatora, bank ten skontaktuje się już ze mną.

  Prawda, że to cudownie wygodne?

  A skoro to wszystko tak doskonale i z myślą tylko i wyłącznie o mojej wygodzie pomyślane, więc ja oczywiście wyrażam zgodę. I wduszam "1".

  Miną dwa dni (robocze) i oto radosny głos pracowniczki "call center" Polbanku już do mnie dzwoni. Bo przecież chodzi o tą cudowną kartę kredytową. Tak, tak, właśnie o tą za darmo i z tym prezentem w wysokości aż 1% procent i to, proszę sobie wyobrazić, od każdej, ale naprawdę i oczywiście każdej transakcji.

  Panienka z banku, z Polbanku czyta mi dosyć niepewnym głosem wszystkie te cudowności. Albo raczej klepie, czytaniem nazwać to byłoby trudno. Wyklepała.

  Teraz w jej rubryce pod nazwą "Jak rozmawiać z klientem" (albo pod jakimś takim tytułem) jej palec dotarł do pytania, które właśnie w tej chwili mnie zadać powinna. Więc zadaje. A pytanie brzmi:

  "- Czy jest Pan zainteresowany taką kartą kredytową?"

  - Oczywiście, odpowiadam.

  - To doskonale, informuje mnie panienka. I kontynuuje:

  - W związku z tym przejdziemy do procedury ustalania Pana zdolności kredytowej. Czy wyraża Pan na to zgodę? - pyta panienka. A ja, rzecz jasna, zgodę wyrażam, kocham przecież kolejne karty kredytowe, o 1% za friko już w ogóle nie wspominając. Ach, jak ja to kocham.

  - "Cała rozmowa (panienki ze mną, chociaż tak naprawdę to jest raczej jej monolog), jest dla mojego bezpieczeństwa rzecz jasna nagrywana", informuje mnie przedstawicielka Polbanku. Czuję się więc cudownie bezpieczny.

  - Czy ma Pan swój dowód osobisty pod ręką?, pyta mnie przedstawicielka Polbanku.

  - To Pani mój dowód osobisty potrzebuje, dla określenia wysokości mojej zdolności kredytowej? - pytam nieśmiało.

  - Tak, oczywiście, bez dowodu się nie da, brzmi odpowiedź.

  Cóż, myślę pokornie. Się nie da, bank musi wiedzieć, co robi.

  Odpowiadam więc, że mam dowód osobisty pod ręką.

  Panienka z Polbanku jest zadowolona, kolejny punkt jej kartki - instrukcji został zrealizowany. Teraz pada podstawowe pytanie. Bez odpowiedzi na to pytanie, Polbank nie jest w stanie ustalić mojej zdolności kredytowej.

  Pytanie pracowniczki Polbanku brzmi:

"Jaka jest Pana seria dowodu osobistego i numer?".

  A ja, naiwny, myślałem, że zdolność kredytową w bankowości polskiej, w tym i w Polbanku, ustala się na podstawie wysokości czynników finansowych. Ja naiwny dotychczas myślałem, że o zdolności (lub jej braku) decydują takie czynniki, jak wysokość wpływów i rozchodów, wysokość posiadanych już pożyczek, kredytów i innych zobowiązań. Ja naiwny myślałem, że moją zdolność kredytową, wyznacza moja zdolność, uzyskana także w innych bankach. Słowem ja nic nie wiem.

  Ale teraz już wiem. Moją zdolność kredytową określa w Polbanku moja seria i numer dowodu osobistego. Mój Pesel z pewnością także. I kto wie, może i mój numer NIP. A może mój numer PIN do dotychczas posiadanych przeze mnie kart kredytowych?

  Polbank jest bankiem?

A może po prostu wywiadownią gospodarczą?

  Komu następnie, a przede wszystkim za ile, sprzedaje się te bazy danych, zawierające nasze serie i numery dowodów osobistych, które wyłudzono w ten sposób od naiwnych. To wszystko rzecz jasna dzieje się u nas, rozumiem, zgodnie z literą prawa. Klient podał przecież swe dane sam i całkowicie dobrowolnie.

  Bowiem Polbank jest, jak czytamy na jego stronie internetowej "bankiem dla każdego człowieka, serdecznym i ludzkim, zaskakującym swoją otwartością i życzliwością przy każdym kontakcie".

Jakie to piękne.

Jest dobrze...

 

Grzegorz Ziętkiewicz Utwórz swoją wizytówkę Dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny. W okresie 1980 - 81 redaktor prasy NSZZ "Solidarność" ZR Wielkopolska w Poznaniu, internowany 13. 12. 1981. Na emigracji w RFN 1983 - 97. Były berliński korespondent Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa oraz korespondent paryskiej "Kultury". Autor periodyków (nakładem władz Miasta Berlina) o historii i współczesności Polaków w Niemczech i w Berlinie. W latach 90. współpraca dziennikarska z tygodnikiem "Wprost", "Rzeczpospolitą" "Tygodnikiem Powszechnym" i "Gazetą Wyborczą" oraz I PR. Obecnie autor cyklicznego programu o tematyce polsko-niemieckiej na antenie Radia Merkury Poznań. <a

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka