Poznań ma wreszcie swój temat. Tak się akurat składa, że znam obu panów. I nie jest to znajomość jednostronna. Poznań, miasto ciche, grzeczne, posłuszne, by nie powiedzieć, że wręcz potulne ma swoje 10 sekund w ogólnokrajowych mediach.
Wierny sługa Prezydenta Miasta, Ryszarda Grobelnego (bezpartyjny), miejski urzędnik w randze sekretarza miasta, Piotr Kołodziejczyk (bezpartyjny) przestał być nagle wierny. Minione sześć lat Kołodziejczyk wiernie i grzecznie służył obecnemu prezydentowi. Nie on jeden zresztą. Poznań to miasto ustabilizowane. W pozytywnym, jak i w negatywnym, w każdym wręcz tego słowa znaczeniu. A, że stabilizacja, marazm i zastój często jednocześnie oznacza... Cóż, ale za to jaki spokój tu błogi. I zgodność powszechna.
Od czasu odzyskania niepodległości miasto miało tylko dwóch prezydentów. Ten pierwszy, dawno zapomniany, dzisiaj już nieżyjący Wojciech Szczęsny - Kaczmarek zastąpiony został już w roku 1998 przez obecnego, Ryszarda Grobelnego. Grobelny to najpierw członek Kongresu Liberalno - Demokratycznego, później Unii Wolności. Później Platforma go już tylko popierała. Później już go nie popierała, bezpartyjny został. "Rysiu", jak się w go ramach braci urzędniczej i radnych miasta od lat (i po cichu) nazywa, króluje już w Poznaniu nieprzerwanie trzecią kadencję. I ma, wszystko na to wskazuje, wielką ochotę na kadencję kolejną, czwartą już z kolei. Grobelny, okopany w Poznaniu umiejętnym zdobywaniem poparcia wszędzie, gdzie zdobyć je tylko można, rządzi miastem jak... prywatną firmą. Co się opłaca, to się robi. Co się nie opłaca, tego się w ogóle nie dotyka. I tak na przykład inwestycji w strukturę komunikacyjną miasta (poza nowymi autobusami i może, lub chyba, tramwajami) się "Rysiu" w ogóle nie dotyka. Bo to przecież droga zabawa taka nowa droga i po co to komu. Imprezy sportowe robi się za to i czasem chętnie. Budowę stadionu "Lech"-a się na przykład od lat popiera. Bo to widać, a i samemu się pokazać można. Mecenasem sztuki (jakiejś tam) też i czasem zostać chętnie można. Zwłaszcza, gdy inni się napracują i gdy ich to, tak naprawdę, impreza.
Gdy w miejskiej kasie zaistnieje niebezpieczeństwo dziury nie do pokrycia, wówczas "Rysiu" rozważy publicznie, co by tu z tej miejskiej firmy sprzedać na rzecz prywatnego biznesu, albo komu by tu i gdzie podnieść opłaty. Najlepiej mieszkańcom w kolejnych dzielnicach, dotychczas nie objętych jeszcze opłatami za parkowanie. I można by też ceny biletów za miejską komunikację podnieść. Bo przecież kasy brakuje. Ostatnio pan prezydent miasta wpadł na przykład na pomysł, że sprzedać można... miejski zakład komunikacyjny (MPK). O polepszeniu standardu dojazdów mowy przy okazji, rzecz jasna, nie było. Bo przecież nie o standardy mieszkańców tu chodzi. A o kasę. Wierni prezydentowi urzędnicy, tego lub innego szczebla, nigdy nie protestują. Wierna prezydentowi rada miasta, w której przytłaczającą większość ma Platforma tylko czasem nieśmiało protestuje. Ludzie z PO mają się przecież wyśmienicie w strukturach ogromnego, rozbudowanego urzędu. Po co więc głośno protestować. Skoro Poznań to, jako się rzekło, miasto ustabilizowane. Za to pieniądze na reklamy miasta w... sieci CNN zawsze się znajdą.
Grobelny do PO nie należy, Platforma wystawiła mu nawet kontrkandydatkę w ostatnich wyborach 3 lata temu. A sam Tusk wyraźnie dał wówczas do zrozumienia, że pan Grobelny nie jest (już) wymarzonym kandydatem PO na stanowisko Prezydenta Miasta Poznania. Dwie otwarte wówczas w prokuraturze sprawy Grobelnego, Tuska wyraźnie zniesmaczyły. Kandydatka PO była jednak niezbyt znana (by nie rzec, iż prawie nieznana) i "Rysiu" wygrał. Znowu. Wzmocniło go to w przekonaniu, że wielki jest i nie do pokonania. Wielkopolski szef Platformy, poseł Waldy Dzikowski, Grobelnego zresztą nadal popiera.
W minionych sześciu latach Piotr Kołodziejczyk był jednym z owych wiernych sług Grobelnego. Bo to przecież prezydent osobiście decyduje, kto obejmie szefowanie tego lub innego wydziału urzędu miasta. Lub kto otrzyma intratne stanowisko sekretarza miasta. I tak Kołodziejczyk urzędował sobie grzecznie raz na czele Wydziału Działalności Gospodarczej , a ostatnio, już lat kilka, jako Sekretarz Miasta. Zracjonalizował przy okazji to i owo w dziedzinie komputeryzacji papierków, wymaganych do rejestracji działalności gospodarczej w mieście, inwentaryzacji grobów na miejskich cmentarzach i w USC. I chwała mu za to. A, że uprzednio szefował krótko jednej z fabryk Hipolita Cegielskiego (HCP), o tym dzisiaj nikt, a i sam zainteresowany, woli nie pamiętać. Dzisiaj, gdy los HCP zdaje się przypominać stan pacjenta w zaawansowanej agonii, Kołodziejczyk o swym udziale w ratowaniu HCP nie wspomina. A lokalna redakcja "Gazety Wyborczej" umiejętnie przemilcza ten niewygodny i bezowocny (dla fabryki) epizod w życiorysie Kołodziejczyka. Papierki (i groby) racjonalizować komputerowo jest łatwiej.
Grobelizm, jak niedawno nazwano styl rządów "Rysia" stał się ostatnio w Poznaniu tematem, mniej lub bardziej, publicznej debaty. Jej łamy to lokalne wydanie "Gazety Wyborczej". Wypowiedzi ludzi różnych ukazało się już kilka, w tym nieliczne głosy znaczące, wskazujące na tak zwane biznesowe podejście prezydenta do miasta. Miasta, które zresztą sam Grobelny mianem korporacji nazywać lubi. Odnieść więc można było ostatnio wrażenie, że pomnik Grobelnego może się jeszcze nie chwieje, ale to już "nie ta świeżość w kroku", jak zwykł mawiać pewien, wybitny przecież, polski komentator sportowy.
I oto na tle owego zapachu, wierny urzędnik założył nagle swoją skromną stronkę internetową. Blogiem nazwać ją trudno, znaleźć na niej cokolwiek tudzież. Informatycznie rzecz ujmując amatorszczyzna to pełna. Nawet linków do poszczególnych tematów tam brak. Od dwóch tygodni wierny dotychczas urzędnik miejski produkować zaczął na swojej stronie własne "przemyślenia". Strukturę racjonalizować postanowił, o zarządzaniu, rzecz jasna nowoczesnym, była mowa. Aż tu nagle konkretnie i z przysłowiowej "grubej rury" pan Kołodziejczyk decyzje pana Grobelnego wprost i bez pardonu zaatakował. Strony w necie, nikomu nieznanej nikt by też nie zauważył, gdyby nie, znowu, ta sama redakcja tej samej lokalnej "GW". Przypadki to wszystko, rzecz jasna. Polska, a więc i Poznań przypadkiem jak wiadomo stoi.
Pana Prezydenta Miasta o "rewelacji" także nie kto inny, tylko redakcja lokalnej "GW" poinformowała. I tu się "Rysiu" zdenerwował. A tak się dobrze wszystko dotychczas układało. Trzy dni obaj panowie na wyjaśnienia potrzebowali, ale Kołodziejczyk niczego odwoływać nie zamierzał. Więc prezydent urzędnika zwolnił, w stylu, jak to u nas, media o tym przez rzeczniczkę informując. Bo przecież nie samego zainteresowanego. I tak to ma Poznań swe dziesięć sekund w mediach ogólnopolskich.
O co chodzi w tej całej, na pierwszy, a i na drugi rzut oka, niejasnej "aferce". Gdy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że zawsze o kasę chodzi. I o władzę. I tejże kasy niewłaściwe zasady wydawania, Grobelnemu właśnie Kołodziejczyk na swej stronce www zarzucił. Czemu nagle teraz i ot tak... No właśnie. To dobre pytanie, jak mawiają nasi najbliżsi, zachodni sąsiedzi. Widać rysa na pomniku Grobelnego większa już jest, niż to widać, póki co. Widać Kołodziejczyk już wie to, czego Grobelny jeszcze nie wie. I nie o nierozstrzygniętym nadal procesie karnym przeciwko Grobelnemu, w sprawie słynnego poznańskiego "Kulczykparku" tu myślę. Bo w pierwszej instancji Grobelny skazany przecież został. Łącznie z zakazem sprawowania urzędu prezydenta miasta. Ale odwołał się przecież, a młyny sprawiedliwości nie tylko u nas powoli mielą. A o przyjaźni do rodziny Kulczyków, w ramach której prezydent Grobelny na pokładzie prywatnego samolotu Kulczyka ślubu córce biznesmena w przeszłości udzielał, już przecież dawno nikt nie pamięta.
Dni Grobelnego widać może... są jednak policzone. Już w roku 2007 wymieniano Kołodziejczyka jako jednego z kandydatów Platformy na stanowisko wojewody wielkopolskiego. Teraz Kołodziejczyk zastrzega, że nie o fotel prezydenta miasta mu chodzi. Do wyborów samorządowych jeszcze prawie rok. Ale i Kołodziejczyk nie jest przecież samobójcą. Za dobrze i jego znam.
cdn.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)