"Praca czyni wolnym", głosi hitlerowski napis nad wejściem do byłego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Nasze czołowe i popularne media nie wiedzą nawet, jak to zdanie napisane powinno być poprawnie. Nad wejściem do byłego obozu wszystkie litery napisu wykonane zostały w tak zwanym "wersaliku". Wiem, to także trudne, ba, niezrozumiałe słowo. A, że napisano je właśnie wszystkie "dużymi" więc ani TVN, ani Onet.pl nie bardzo wiedzą, co zrobić z tym faktem, gdy zdanie zacytować przychodzi już nie w wersaliku. Więc na wszelki wypadek w Polskę idzie napis, który pisany jest we wszystkich wyrazach z dużej litery. Słowo "czyni" (niemieckie "macht" od czasownika "machen" - robić, czynić), TVN i Onet.pl prezentują nam, jako "Czyni". To samo dzieje się ze słówkiem "frei", "wolny, wolnym". Nasi "dziennikarze" piszą je na wszelki wypadek także z dużej litery.
Sformułowanie "Arbeit macht frei" - "Praca czyni wolnym" użyto zostało po raz pierwszy w roku 1873 (a drukiem ukazało się rok wcześniej na łamach gazety), jako tytuł książki niejakiego Lorenza Diefenbacha, niemieckiego autora i narodowca. W roku 1922 niemiecki Związek Szkolny w Wiedniu (Deutsche Schulverein Wien) wydrukował rodzaj znaczków skarbowych, także z tym napisem. Jak doszło do tego, że sformułowanie to stało się popularne w kręgach niemieckich, narodowych socjalistów - nazistów, nie jest ustalone. Używano go jednak często w środowiskach antysemickich.
Ten sam napis, jak ten w Oświęcimiu, hitlerowcy umieścili na prawie wszystkich wejściach lub wjazdach do więzień lub obozów koncentracyjnych. Na przykład nad wejściem do więzienia Gestapo w czeskim Terezinie. Identyczny znajdował się również nad wjazdem do hitlerowskiego obozu koncentracyjnegow Rogoźnicy (Groß-Rosen) w powiecie strzegomskim na dzisiejszym Dolnym Śląsku. I na większości pozostałych. Wyjątek stanowi wjazd do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, gdzie na bramie znajdował się napis: "Jedem das Seine", bazujący na łacińskim zwrocie "suum cuique", czyli po polsku "Każdemu to, co mu się należy". Ale zwrot ten występuje na przykład również jako dewiza Fryderyka I, króla Prus. Znaleźć go można również na orderach, nadawanych jako wynagrodzenie w uznaniu tego, że nagrodzonemu "się należy". Hitlerowcy zbezcześcili więc sformułowanie, umieszczone na bramie obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, sformułowanie "Każdemu to, co mu się należy".
Wszystkie te informacje są ogólnie dostępne na przykład na stronach niemieckojęzycznej "Wikipedii". Wystarczy poszukać. I znać niemiecki.
Czepiam się, powie ktoś. Tak, czepiam się, ponieważ, gdzie nie spojrzeć, tam kompromitujemy się publicznie i na każdym kroku. Kompromitujemy się faktem, iż na samym wejściu do byłego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego ktoś z premedytacją i bez większego problemu może w nocy usunąć, ukraść po prostu, ogromnych rozmiarów napis. Według danych mediów miał on prawie pięć metrów szerokości. Tego "drobiazgu" nie da się schować po prostu do kieszeni. Tego napisu nie da się zdemontować przez chwilę, trzeba go następnie przecież jeszcze jakoś odtransportować. A obóz - muzeum jest podobno monitorowany i pilnowany przez firmę ochroniarską. To miło, że ktoś bierze pieniądze za nic. A ile bierze za to, żeby nie zauważyć złodziei?
Następnie, tuż po informacji, że napis został skradziony, kompromitujemy się publicznie w naszych mediach, pokazując światu, że nawet dwóch prostych słówek (w języku niemieckim) nie umiemy w naszych, tak zwanych "redakcjach" poprawnie napisać. I uparcie piszemy je z błędem, wprowadzając setki tysięcy widzów i czytelników w błąd. Bo przecież w telewizji pokazali, w internecie napisali. To oni tam muszą wiedzieć. Autorytety od siedmiu boleści. Analfabeci pracują teraz w naszych "mainstream" mediach. Analfabeci na każdym kroku. Niestety.
Analfabeci pracują też w naszych firmach ochroniarskich. I analfabeci pracują także w naszym wymiarze sprawiedliwości lub w służbach śledczych. Przypomnieć bowiem w tym miejscu należy, że gdy po raz pierwszy opublikowano u nas informację o kradzieży, wówczas nagroda dla osób / osoby, która pomoże w znalezieniu sprawcy wynosiła.... żałosne pięć tysięcy złotych. Pięć tysięcy złotych zarabiają u nas panie ze świata rozrywki horyzontalnej (jak tę branżę, złośliwie, nazywają nasi zachodni sąsiedzi) i to za jedną noc. A czasami i za więcej, niż pięć tysięcy.
Trzeba było dopiero "afery" na szczeblu polityki międzynarodowej, rozmów premiera Tuska z politykami z Izraela, by z pięciu tysięcy zrobiło się nagle sto.
Kompromitujemy się co chwilę. Kompromitujemy się na własnym, krajowym podwórku w sprawie senatora Piesiewicza, wieszając na nim wszystkie przysłowiowe "psy", tylko dlatego, że coś obrzydliwego napisał o nim jeden z polskich brukowców. I ten sam premier Tusk już odcina się natychmiast od znanego senatora. Premier, jak ognia, boi się wszystkiego, co bywa dwuznaczne. A czy ma to cokolwiek wspólnego z prawdą, to już przecież nieważne.
Dlaczego ciągle się kompromitujemy?


Komentarze
Pokaż komentarze (18)