Przewodniczący związku zawodowego "Solidarność", Janusz Śniadek jest nieskuteczny. Nieskuteczny nie tylko w publicznych próbach odbierania głosu Henryce Krzywonos. To kierowany przez niego związek jest od dawna nieskuteczny i niepopularny. A Śniadek kieruje związkiem już osiem lat.
Prezes Jarosław Kaczyński jest także nieskuteczny. Nie tylko pani Krzywonos nie może już słuchać "tych bzdur", które głosi prezes. Nieskuteczność prezesa, wyraża się, nie od dzisiaj, na przykład kolejnymi porażkami wyborczymi. Następne już wkrótce. Powoływanie się i podpieranie osobą, tragicznie zmarłego brata nic tu nie zmieni.
Na marginalną rolę dzisiejszego związku zawodowego "Solidarność" pracowało w minionych dwudziestu latach wielu. Pracował "AWS" z Krzaklewskim, pracuje Śniadek. Początek końca związkowej "Solidarności" rozpoczął Lech Wałęsa, wybierając karierę polityka. I z nim wielu innych.
Dzisiaj obserwujemy już tylko agonalne zejście organizacji, która nie potrafi nawet odcinać przysłowiowych kuponów od swych historycznych zasług. Potrafi za to doskonale dawać publicznie i to na swoim rocznicowym zjeździe przykład, jak na pewno nie należy się zachowywać. Dziesięciomilionowy związek, którego istnienie zapoczątkowało proces upadku komunizmu w całej Europie, liczy dzisiaj... najwyżej 700 tysięcy członków. A może jeszcze mniej.
W marcu 1990 roku, u początku III RP, na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego, Tadeusz Mazowiecki przestrzegał: "Abyśmy tej zaczynającej się polskiej demokracji nie zamienili w polskie piekło (...) swarów, podgryzań i walk".
Warcholstwo, rokosz i brak odpowiedzialności, to cechy znane i niestety popularne w historii Polski. Polskie piekiełko ma się nadal wyśmienicie.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)