Wróciłem właśnie z kina. Film o generale Fieldorfie-Nilu to jedna z tych spraw wokół których nie można przejść obojętnie. Film smutny, tragiczny w swej wymowie i, używając eufemizmu, nie nastrajający optymistycznie.
Nie wiem dlaczego dopiero teraz powstają filmy traktujące o ważnych wydarzeniach z najnowszej historii Polaków. Katyń, Popiełuszko, czy wreszcie Nil to filmy mniej, lub bardziej udane, ale jednak potrzebne. Siedząc w kinie na Nilu nie trudno się wzruszyć. Nietrudno, również potraktować ekranizacji jako hagiografii generała, mimo, że reżyser starał się go pokazać jako człowieka. Człowieka targanego w wirach historii najbardziej ludzkimi odruchami. Rodzina, chęć prowadzenia spokojnego życia, "przystosowania", którego nie dane mu było zaznać.
W tle geopolityka, komunizm i zbydlęcenie okresu stalinizmu. Generał Nil jest tu tylko przykładem osoby, która pomimo najszczerszych chęci przystosowania się do nowego ładu przegrywa z systemem. Każdy kto bliżej interesował się historią Polski i Polaków po II wojnie wie, że tak naprawdę jednostki zaangażowane podczas wojny w podziemie (bez znaczenia jakiego kolorytu, z wyjątkiem komunistów) nie miały żadnego wyboru. Śmierć w celach UB, lesie czy ucieczka za granicę to marny wybór. Była jeszcze współpraca,która oznaczała nic więcej jak ratowanie własnej skóry za cenę życia przełożonych, kolegów, czasami przyjaciół. Jednak nawet i to nie dawało gwarancji spokojnej egzystencji.
Losy tych, którzy uniknęli śmierci, w PRL-u dowodzą jednoznacznie, że władzy nie interesowało, żeby budowali nową Polskę. Zostali lekarzami, inżynierami, rolnikami, czy robotnikami. W kraju, w którym nie istniało bezrobocie często mieli problemy z uzyskaniem jakiejkolwiek pracy. Mocno prawdopobne, że październik 56 i jego konsekwencje przerwały ich rozłożoną w czasie eksterminację.
Siedząc w kinie, w gronie 20, 30 latków (moich rówieśników) nie byłem zdziwiony. Okazuje się, że pokolenia wychowane w wolnej Polsce jednak interesuje się historią. Tylko trzeba im ten "produkt" atrakcyjnie zaprezentować. Stanowili przytłaczającą większość na seansie. Nikt im nie kazał, nie zmuszał. Sami zapłacili za bilet, poświęcili wolny czas, który mogliby przeznaczyć na ciekawszą rozrywkę. Myślę, sądząc po minach opuszczających salę, że nie żałują wyboru. Oni przynajmniej jakiś mieli.





Komentarze
Pokaż komentarze