Czytanie ma tę jedną przewagę nad pisaniem, że człowiek się nie kompromituje próbując coś stworzyć. Znam kilku wybitnych historyków, którzy zwykli mawiać, żeby wpierw sporo czytać a dopiero później próbowaćpisać. No chyba, że jest to blog ;)
Trwa u Krzysztofa Leskiego gorąca polemika na temat wyborów 4 czerwca. Komentów sporo, ale jak to zwykle bywa mało treściwe, niekiedy wulgarne, jedynie kilka pereł. Czyli taka salonowa norma. Coś tam u niego poczytałem, coś skomentowałem i wróciłem sobie do lektury. Kończę właśnie "Dzieje polskie w zarysie" Michała Bobrzyńskiego. Książka nieco już może archaiczna, ale warta uwagi. Co prawda wiele podnoszonych w niej tez zostało przez późniejszych historyków obalone, część faktów również nie znalazła pokrycia. Tak już bywa w tym zawodzie.
Niewątpliwie jednak była to książka, którą czytało pokolenie, które wywalczyło niepodległość po I wojnie światowej. To właśnie m.in. wokół tej książki (toczyły się gorące spory, nie gasnące polemiki. Na pewnym poziomie umysłowym, gdy człowiek chciał coś znaczyć na przełomie XIX i XX musiał tę pozycję znać. Dziś chyba nie ma takich książek. Chyba, że się mylę?
Jednak nie tym chciałem. Myśląc o tezach Bobrzyńskiego i wpisie Leskiego (dwaj "klasycy": historiografii i salonowy ;) ) tak pomyślałem, że 4 czerwiec 1989 to taki współczesny Grunwald. Wtedy też roznieśliśmy wroga, wydawało się, że bestyja długo nie pociągnie i generalnie będzie ok. Przecież takie wspaniałe zwycięstwo. Nie sposób go zmarnować.
Tak to jednak bywa, że dar do wygrywania ważnych bitew nie zawsze idzie w parze z umiejętnością wygrywania nie mniej ważnych wojen. Co prawda Jagiełło z Krzyżakami wygrał, ale miast ich zmiażdżyć pozostawił wrogowi czas na odsapnięcie.
4 czerwiec też ma coś z tej mistyki. Zwycięstwo wielkie. Mogę się mylić, ale czy jest ktoś kto będąc w 1989 roku świadomym człowiekiem (niekomunistą) nie cieszył się z wyniku wyborów? Tyle, że bitwy trzeba konsumować z pożytkiem dla powodzenia wojny. Po wielkim zwycięstwie przyszła gorycz listy krajowej, pierwszego prezydenta III RP, pierwszego kandydata na premiera itp. Czy brakło odwagi, wizji, a może po prostu wtedy nie dało się niczego więcej ugrać? Jeszcze długo będzięmy się o to spierać, tyle, że z mijającymi latami w sposób bardziej merytoryczny, kosztem emocji.





Komentarze
Pokaż komentarze (17)