Halo Halo
1285
BLOG

To ja sprowadziłam do domu zboka, nie matka

Halo Halo Rozmaitości Obserwuj notkę 52

 

 

Naszło mnie na kontynuowanie moich opowieści z historii życia. A co? Stara jestem, a starzy ludzie tak mają. Trzeba się cieszyć, że nie wyciągam rewelacji sprzed I wojny światowej jak moja babcia, która urodziła się przed II wojną.

No więc ciągnąc wątki z mojego dzieciństwa odsłonię trochę psychologii dziecka i psychologii tych wrednych samców. Jak ktoś się tym interesuje to może poczytać, jak nie, to nie.

 

Moja matka miała ogromne powodzenie wśród mężczyzn. Co i raz jakiś za nią latał. Często, gęsto nie mogła się opędzić. Była pracoholiczką. Pracowała w zawodzie rytmiczki i nauczyciela fortepianu od świtu do nocy (po przedszkolach ogniska muzyczne), a nocami robiła jeszcze swetry na drutach z pięknych, moherowych wełen kupionych w Pewexie i sprzedawała koleżankom z pracy. Zarabiała kupę kasy i żyłyśmy jak lordy. Chodziłam ubrana w brazylijskie sukienki i buty z Pewexu i ciągle żarłam się z matką, żeby mi kupowała zwykłe tenisówki, jakie miały dzieci w przedszkolnej zerówce, a później w szkole. A sukienki opluwałam, bo były dziwaczne przy polskich, komunistycznych ubrankach dla dzieci i ich nie znosiłam. Matka oczywiście nie zwracała uwagi na moje fochy i robiła swoje.

 

Gdy do matki przyczepiał się jakiś samiec – dostawałam białej gorączki. Nie dość, że matka miała dla mnie mało czasu, to jeszcze w weekendy zwalał się gach i się do niej kleił, obściskiwał, całował, a mnie traktował jak piąte koło u wozu. Żaden nigdy nie chciał się ze mną pobawić, czy porozmawiać. Każdy jeden wpatrzony był tylko w nią i świata poza nią nie widział. Więc robiłam sceny z kaprysami i wywalałam jęzor. Jak matka widziała, że konflikt między mną a gachem dochodził do zenitu, to z nim zrywała. I dobrze. Czułam się usatysfakcjonowana, że rządzę w domu. :)

 

Problem był tylko jeden. Od urodzenia tak cholernie brakowało mi braciszka, że aż mnie skręcało. Odkąd pamięcią sięgnę, a pamiętam dzieciństwo od 2 roku życia – mękoliłam mamę:

- Mamo, urodź mi braciszka, no proszę cię, urodź. No kiedy mi urodzisz? Może być też siostrzyczka.

Generalnie marzyłam o starszym braciszku i byłam niezadowolona, że pojawiłam się na świecie pierwsza, bo nijak szło wstawić w scenerię naszego życia starszego brata. Mając 5 lat oświeciło mnie, że moim starszym braciszkiem mógłby być Jezus Chrystus, o którym opowiadała mi babcia. Zatem przez cały rok chodziłam z marzeniami w głowie, że mam starszego brata i mówiłam do Niego w myślach tak jakby był przy mnie. Mamy jednak nie przestawałam mękolić o realnego.

A tu mi mama mówi, że jeśli chcę mieć braciszka/siostrzyczkę to trzeba poszukać tatusia, bo bez tatusia ani rusz i mama musi wyjść za mąż i tatuś musi z nami pozostać do końca życia. No to mi dobiła ćwieka do trumny! Jak pogodzić przemożną chęć posiadania rodzeństwa z przygarnięciem pod dach jakiegoś samca, których tak nie znosiłam? Chryste Panie!

 

W I klasie podstawówki tak mnie przypiliło, że w końcu mówię do matki:

- Dobra. Niech już będzie ten tatuś. Wychodź za mąż i urodź mi rodzeństwo, bo wszyscy w szkole mają po dwoje, troje a ja nikogo!

 

W tym czasie mama prowadziła kwiaciarnię i podrywało ją dwóch mężczyzn. Jeden – to młody chłopak, który w sumie był nikim, bo pracy nie chciało mu się imać żadnej. Tylko tyle, że był młody, przystojny, jurny i woził mnie na motorze, co bardzo lubiłam. Ale ciągle robił mamie awantury o tego drugiego. A ten drugi to był ogrodnik spod Warszawy, który dowoził mamie do kwiaciarni róże. Był stary, ale miły, cichy, spokojny i poświęcał mi swój czas jak to dziecku się należało.

Był otwarty na moje potrzeby. Naprawił mi rowerek, gdy się popsuł, interesował się moimi problemami z rówieśnikami na podwórku, zabierał mnie do Pewexu i kazał wybierać co chciałam a on za wszystko płacił. W tym czasie furorę robiły lalki Fleur (odpowiednik Barbie). Naciągałam go na lalki i ubranka dla nich. Lalka kosztowała wtedy 6 $ a jeden komplet ubranek 2$. I to wszystko były wtedy straszne pieniądze.

Było mi go czasem żal, bo opowiadał, że ma straszne długi, że komornik go ściga i czasem ma ochotę rzucić się na tablicę rozdzielczą w kotłowni (sterująca napędem miałowym i piecami, pod prądem) i odebrać sobie życie. No ale zabierał mnie do Hortexu na najlepsze lody i w ogóle był fajny. Mamie też dogadzał. Mówiła do mnie:

- Ty wiesz? Ten człowiek jest niesamowity. Siedzę w kwiaciarni i naszła mnie wielka ochota na salami. Siedzę, myślę, ślinka mi cieknie. Nie minęła godzina a przyjeżdża Józef z całym pętem. On mnie chyba odbiera telepatycznie.

 

W tamtym czasie doszło między mną a mamą do poważnej rozmowy. Mama powiedziała, że zdecyduje się urodzić mi rodzeństwo, tylko muszę wybrać, którego tatusia chcę – czy tego młodego, lecz wówczas bardzo ciężko będzie nam finansowo, będziemy klepać biedę, nie będzie za co kupić braciszkowi ubranek i jedzenia, czy tego brzydkiego starego, przy którym braciszkowi nie będzie niczego brakowało.

Nie było nad czym się zastanawiać. Powiedziałam mamie:

- Bierz tego starego. No trudno, że stary i brzydki. Jakoś wytrzymamy.

 

Jako dziecko niewiele rozumiałam z tych przedślubnych manipulacji matki i ojczyma – ten gada, że ma długi, matka gada, że będziemy dobrze żyć. Ale jako dorosła zrozumiałam. Po prostu matka – pracoholiczka – zobaczyła tam pod Warszawą nieograniczone możliwości do harowania! A harowanie było jej pasją. I oczywiście podniosła to jego gospodarstwo z ruiny do świetności w 5 lat.

No dobra. Mama sprzedała kwiaciarnię, wyszła za mąż, po niecałym roku, gdy miałam 9,5 roku urodziła mi się siostrzyczka. O Chryste jaka ja byłam w niebo wzięta! Jaka dumna! Zupełnie jakby to było moje dziecko! Nie odstępowałam siostry na krok. Wszystkich od niej odpędzałam. Prasowałam pieluchy, przewijałam, karmiłam butelką, woziłam w wózeczku na spacery, uczyłam mówić! Siostra jako półroczny berbeć umiała ze mną do spółki mówić PUMA. Mówiła „PUUUU…”, a ja kończyłam „…MA”.

(Do jej piątego roku życia niańczyłam ją jak nawiedzona, gdy tylko miałam wolną od szkół chwilę. Zemściło się to na mnie strasznie. Siostra do dziś ma do mnie pretensje, że jej matkowałam i obwinia za wszystkie swoje problemy życiowe, że ją źle wychowałam.)

Gdy siostra miała roczek, przeprowadziłyśmy na gospodarstwo ojczyma pod Warszawę. A co było dalej… no to już trochę wiadomo z poprzednich notek.

 

No cóż. Czuję się współodpowiedzialna za „sprowadzenie do domu” potwora. Wcisnęłam matce Marii - Józefa starego, który został moim opiekunem prawnym, bo mnie adoptował. I szopka się odstawiła. Rozegrałam swoje dzieje życiowe…

 

Nie molestował mnie często. Robił to bardzo rzadko. I nie jakoś brutalnie z przemocą itp. Jako dorosła i wykształcona osoba podejrzewam, że wcale nie był pedofilem. Bo trzeba odróżnić pedofilię od czynów pedofilskich. Ale wtedy jako dziecko i nastolatka tego nie wiedziałam i czułam potworne zagrożenie i lęk.

Z Wiki:

Pedofilia – rodzaj parafilii: stan, w którym jedynym lub preferowanym sposobem osiągania satysfakcji seksualnej jest kontakt z dziećmi w okresie przedpokwitaniowym lub wczesnej fazie pokwitania[1].

W świetle powyższej definicji należy rozróżnić pedofilię od czynów pedofilnych, których dokonywanie nie musi być przejawem właściwej pedofilii; wbrew potocznemu znaczeniu słowa pedofil, osoba dokonująca czynu pedofilnego nie musi być dotknięta pedofilią w znaczeniu medycznym[2].”

 

Podejrzewam, że ojczym napastował mnie z zawiści do matki. On jej zawiścił geniuszu, że rytmiczka, która skończyła tylko 3 miesięczny kurs bukieciarski – wydobyła z ruiny olbrzymie przedsiębiorstwo i poprowadziła hodowlę tak trudnych kwiatów jak amarylisy. Zawiścił jej, że była genialną bizneswoman a on saską pierdołą i chciał ją zranić. A wiadomo czym najbardziej zranić matkę – uderzając w jej dzieci.


 

Halo
O mnie Halo

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (52)

Inne tematy w dziale Rozmaitości