He, he, się ucieszyłem, bo słowo "yntelygent" napawa mnie lekkim niesmakiem.
Nie wiem, skąd się takie określenie wzięło, ale za czasów komuny oznaczało tyle, że ktoś nie pracował łopatą, tylko siedział za biurkiem.
Inteligentem był profesor uniwersytetu, ale i był urzędnik na poczcie. Był nim reżyser filmowy, ale także gryzipiórek w ministerstwie.
W normalnych krajach żadnych inteligentów nie ma. Są tylko intelektualiści, którzy stanowią 0,01% populacji, oraz profesjonaliści, którzy są mistrzami w swoim fachu.
Odebranie mi statusu inteligenta zupełnie mi nie uwłacza. Wręcz przeciwnie, ci, co się dalej uwazają za inteligentów tkwią po uszy w PRL-u.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)