Właściwie notka jest dalszym ciągiem dyskusji z Humphreyem z poprzedniej notki, ale robię nową, abyśmy skoncentrowali się jeszcze raz na zdaniach napisanych przez Humphreya:
"Bóg jest miłością. Z miłości stwarza aniołów i ludzi i daje im WOLNOŚĆ. Po co? Bo chce być kochany, a do miłości nie można zmusić. Oznacza to, że człowiek ma wolność wyboru Boga - po to mu została dana. Ale jest to też wolność odrzucenia. Kto odrzuca Boga i jego wskazówki jak trzeba żyć, żeby być szczęśliwym - niszczy. Innych i siebie. Zauważ, że wszystkie przykłady, które dałeś są poważnym naruszeniem Bożych przykazań. Więc co robi Bóg? Bierze ciężar ludzkiego zła na siebie. Sam odpokutuje za ludzkie grzechy, żeby tylko człowiek mógł się uratować. A Niebo, które obiecuje jest też nagrodą za wszelkie krzywdy poniesione z rąk innych ludzi."
Tak naprawdę, to ja do Boga (jeżeli istnieje) pretensji nie mam (póki co). Żyje mi się spokojnie, Rodzinę mam wspaniałą, smakołyków mam pod dostatkiem, geny swoje powieliłem, dostęp do internetu mam, ... żyć, nie umierać. A że granty europejskie mi odrzucają jeden za drugim? Trudno, przyznali za to amerykański.
Ale doskonale wiem, że są na świecie małe dzieci katowane, gwałcone, okaleczane, żeby lepiej żebrały. Czy Bóg (jeżeli istnieje) mógłby to zmienić?
Ale oczywiście, gdyby ujawnił się na chwilę i z obłoków wrzasnął (po angielsku i chińsku): "Nie grzeszyć, do cholery." Mógłby też na niebie ustawić podświetlone meteoryty z napisem "Alleluja". Efekt byłby natychmiastowy.
Ale Bóg tego nie robi, wobec tego jest współodpowiedzialny za cierpienia tych małych dzieci. Może ma w tym jakiś wyższy cel? Może ma, ale ja go nie znam, mimo matury z religii. Dlatego powtarzam po raz sto dwudziesty pierwszy: Jeżeli Bóg istnieje, to można Go określać wieloma przymiotnikami, ale nie "dobry", "kochający", czy "miłosierny".
Mi jeszcze nikt nic złego nie zrobił, ale gdybym za młodu był katowany drągiem, miał ręce wsadzane do kontaktu, a ktoś by mi powiedział, że Jezus grzechy moich oprawców wziął na siebie, a ja nagrodę za moje cierpienia dostanę w Niebie, to bym chyba obsikał rozmówcę.
Jeszcze jedno... Czy naprawdę tak trudno Bogu było objawić się w wielu miejscach, a nie tylko w jednym. Potem Słowianie, Germanie, Indianie, Hindusi, czy Chińczycy musieli długo czekać na "Słowo Boże". Doczekali się w końcu, tonąc we krwi. Ale może nagroda w Niebie ich nie minęła...


Komentarze
Pokaż komentarze (7)